67 wyścigów zaliczanych do mistrzostw świata na dziesięciu różnych obiektach – historia Formuły 1 w Stanach Zjednoczonych jest długa, ale niezbyt znacząca dla samych Amerykanów, którzy niezmiennie wolą własne serie wyścigowe. Zresztą tu nie chodzi o ściganie się z IndyCar czy NASCAR, ponieważ na to nie ma absolutnie żadnych szans, lecz o to, żeby królowa sportów motorowych mogła wreszcie poczuć, że amerykański sen może dotyczyć również i jej.

Amerykanie niewątpliwie mają olbrzymi udział w dziejach wyścigów Grand Prix. Pierwsze tego rodzaju zawody zorganizowali bowiem już w 1908 roku, na liczącym czterdzieści kilometrów obwodzie w Savannah. Rok później swoje podwoje otworzył natomiast najbardziej legendarny ze wszystkich owali, czyli Indianapolis Motor Speedway, na którym od 1911 roku organizowaną słynną „pięćsetkę”. Jej pierwszym triumfatorem został Ray Harroun, który poza sławą zarobił zawrotną sumę 14 250 dolarów.

Absurd
Co ciekawe, wyścig Indy 500 od pierwszego sezonu znalazł się w kalendarzu mistrzostw świata. Trwało to jedenaście lat, sęk jednak w tym, że europejskie ekipy kompletnie nie zawracały sobie głowy wyprawą do Stanów Zjednoczonych. Sytuacja była na tyle absurdalna, że terminy wyścigów na Indianapolis i rundą w Europie dzieliły zaledwie cztery dni, co choćby ze względów logistycznych wykluczało jednoczesne uczestnictwo w obu imprezach. Szczytem okazał się 1959 rok, w którym Indy 500 tradycyjnie rozgrywano 30 maja, natomiast dzień później kierowcy F1 ścigali się o Grand Prix Holandii.

Od jakiegoś czasu wszyscy czuli, że coś tu nie gra i dlatego 12 grudnia 1959 roku Alec Ulmann zorganizował na torze Sebring Grand Prix Stanów Zjednoczonych. Kończąca sezon runda okazała się miejscem koronacji Jacka Brabhama, któremu przed metą skończyło się paliwo, ale dzielny Australijczyk dopchał na nią swojego Coopera, zajmując czwarte miejsce i sięgając po tytuł.

Po jednorazowej przygodzie z Sebring Formuła 1 przeniosła się do Kalifornii, na tor Riverside, gdzie… także rozegrano jeden wyścig, zwycięski dla Stirlinga Mossa i zespołu Colina Chapmana. W kolejnym sezonie nastąpiła kolejna przeprowadzka i amerykańska runda mistrzostw świata trafiła na Watkins Glen, który wykorzystywano do 1980 roku (od 1976 roku wyścig określano jako GP USA Wschód), po czym wyścig przeniesiono na ulice Detroit. Jednocześnie od 1976 roku, przez osiem sezonów, na zachodnim wybrzeżu organizowano Grand Prix Long Beach, funkcjonujący jako United States Grand Prix West.

Parking, upał, omdlenie
W latach 1981-1982 cyrk Formuła 1 trafiła do najbardziej rozrywkowego z amerykańskich miast, czyli Las Vegas. W obu przypadkach runda na parkingu pod Caesars Palace kończyła sezon, wyłaniając mistrzów świata. W 1981 roku został nim piąty na mecie Nelson Piquet (wygrał Alan Jones), a w następnym sezonie także piąty Keke Rosberg (zwyciężył Michele Alboreto).

Kolejnym dziwnym miejscem na amerykańskiej mapie F1 okazało się Dallas, gdzie ścigano się jedynie raz. Chodzi o wyścig z 1984 roku, który rozegrano cudem. Wszystko za sprawą upałów z piekła rodem (w najcieplejszym momencie weekendu zmierzono 66 stopni Celsjusza!), podczas których stare auta CanAm kompletnie zrujnowały nawierzchnię toru. Zastanawiano się czy nie odwołać wyścigu, ostatecznie stanęło na przesunięciu startu na godzinę jedenastą, aby ścigać się przy nieco niższych temperaturach.

Kto zwyciężył? Keke Rosberg, który pokonał René Arnoux i Elio de Angelisa. W Lotusie Nigela Mansella przed metą zepsuła się skrzynia biegów i usiłujący dopchnąć samochód na metę Anglik zemdlał z wyczerpania. Ostatecznie został sklasyfikowany na szóstej pozycji, z trzema rundami straty do Rosberga.

Uliczny król
W latach 80 i 90. wizytówkę Stanów Zjednoczonych stanowiły uliczne tory. O Dallas i Las Vegas już wspominaliśmy. W 1982 roku w kalendarzu mistrzostw świata zadebiutowało Detroit, gdzie w sumie rozegrano siedem wyścigów. Trzy z nich padło łupem Ayrtona Senny, znakomicie czującego się na ciasno opasanych barierami ulicach amerykańskich miast. Kolejne dwa zwycięstwa Brazylijczyk dorzucił na torze w Phoenix (1990-1991). W pamięć szczególnie zapadały jego okrążenia kwalifikacyjne, podczas których Senna zwykł nokautować swoich rywali. W sumie pięciokrotnie sięgał w Stanach Zjednoczonych po pole position, trzykrotnie z ponad sekundową przewagą nad autorem drugiego czasu.

W 1990 roku Senna nie zdobył co prawda pole position, ale po walce z sensacyjnym Jeanem Alesim sięgnął po zwycięstwo. Francuz okazał się rewelacją wyścigu n torze w Phoenix. Po starcie z czwartej pozycji w pierwszym zakręcie kierowca Tyrrella został liderem wyścigu, zostawiając za sobą Gerharda Bergera. Senna był w tym czasie za nimi, ale kiedy Austriak wylądował w barierach z opon, przejął drugą lokatę i ruszył w pościg za Francuzem. Na 34. okrążeniu Ayrton zaatakował po wewnętrznej, lecz w kolejnym zakręcie nadział się na kontrę. Na następnym kółku powtórzył akcję, tym razem pilnując wewnętrznej kolejnego zakrętu i choć młody Francuz nie chciał złożyć broni, Senna utrzymał prowadzenie i sięgnął po swoje czwarte (z pięciu) amerykańskie zwycięstwo.

Pod prąd
Po wyścigu z 1991 roku Stany Zjednoczone przez niemal dekadę nie gościły Formuły 1. Dopiero w 2000 roku królowa sportów motorowych ponownie zawitała do USA – i to od razu na tor Indianapolis, na którym z myślą o F1 przygotowano bardziej europejską pętlę. Wykorzystano jedynie fragment owalu, natomiast resztę okrążenia poprowadzono w środkowej części obiektu. Co ciekawe, zamiast tradycyjnie w lewo jeżdżono w prawo, czyli „pod prąd”.

Pierwszy wyścig na Indianapolis padł łupem Michaela Schumachera, który na legendarnym torze w stanie Indiana zwyciężał jeszcze czterokrotnie (2003, 2004, 2005, 2006). I tak już imponujący amerykański dorobek siedmiokrotnego mistrza świata mógł był jeszcze większy, ale w 2002 roku Niemiec postanowił wynagrodzić Rubensowi Barrichello skandal z Austrii. Przed finiszem pozwolił mu się ze sobą zrównać i tak panowie przekroczyli linię mety. Ostatecznie o 0,011 sekundy lepszy okazał się Brazylijczyk, co stanowi najmniejszą różnicę pomiędzy zwycięzcą i zdobywcą drugiej pozycji od czasu wprowadzenia pomiarów z trzema miejscami po przecinku.

Skandal
Początkiem końca Formuły 1 na torze Indianapolis była oponiarska farsa z 2005 roku, która zepsuła i tak z trudem budowaną reputację królowej sportów motorowych w Stanach Zjednoczonych. Całkowita niezdolność do znalezienia przez FIA i zespoły kompromisu w obliczu oponiarskiego kryzysu sprawiła, że na starcie stanęły tylko trzy zespoły.

Problemy z niekontrolowanym zużyciem opon firmy Michelin w pokonywanym na pełnym gazie, pochyłym zakręcie numer 13 doprowadziły do kraksy Ralfa Schumachera. Francuzi w trybie ekspresowym ściągnęli inną specyfikację ogumienia, ale to nie rozwiązało problemu. W związku z tym przedstawiciele firmy Michelin zaproponowali ustawienie w łuku szykany. W odpowiedzi Charlie Whiting bez ogródek stwierdził, iż jest zdziwiony tym, że Francuzi nie przywieźli odpowiednich opon i wykluczył zmiany w układzie toru. Zaznaczył, że propozycje Michelina są niesprawiedliwe w stosunku do Bridgestone’a, który zaopatrzył swoje ekipy we właściwe ogumienie. Zaproponował również, żeby Michelin zasugerował swoim klientom bezpieczną prędkość w „trzynastce”.

Negocjacje przeciągnęły się do niedzieli. Stojący na czele Ferrari Jean Todt sprzeciwił się ustawieniu szykany w zakręcie numer 13. Na zmianę konfiguracji pętli nie wyraził zgody również ówczesny szef FIA, Max Mosley.

W przypływie natchnienia, usiłując ratować imprezę, zespoły Michelina zaproponowały rozegranie wyścigu poza mistrzostwami świata. Pomysł nie spotkał się z akceptacją, więc po okrążeniu rozgrzewkowym wszystkie ekipy korzystające z francuskich opon zjechały do alei serwisowej. Na starcie stanęło jedynie sześć samochodów korzystających z ogumienia marki Bridgestone. Pod nieobecność konkurencji Michael Schumacher nie miał najmniejszych problemów z odniesieniem zwycięstwa. Na podium „Schumi” pojawił się przed zniesmaczoną amerykańską publicznością w towarzystwie Rubensa Barrichello i Tiago Monteiro.

Wielka trójka
W następnym sezonie Schumacher znowu zwyciężył na Indianapolis i było to jego czwarte z rzędu i piąte w ogóle zwycięstwo w Grand Prix Stanów Zjednoczonych. Siedmiokrotny mistrz świata zrównał się tym samym pod względem triumfów na amerykańskich torach z Ayrtonem Senną. Dziesięć lat później dołączył do nich Lewis Hamilton.

Anglik swój pierwszy triumf w Stanach Zjednoczonych odniósł właśnie na legendarnym torze w stanie Indiana. Wszystko odbyło się w atmosferze narastającego od Monako konfliktu z Fernando Alonso. Lewis zatankował na kwalifikacje nieco mniej paliwa niż Hiszpan (startowano z poziomem paliwa, z którym kończono czasówkę) i sprzątnął mu sprzed nosa pole position. W niedzielę Alonso nie dawał za wygraną, czaił się, ale zdołał wyprowadzić tylko jeden atak, gdy Hamiltona przystopował Vitantonio Liuzzi. Lewis pozostał jednak po wewnętrznej i utrzymał prowadzenie, wygrywając swój drugi wyścig F1.

Kolejne sukcesy Anglika miały już miejsce na Circuit of The Americas, na którym Hamilton wygrał cztery z pięciu rozegranych do tej pory wyścigów. W 2015 roku Lewis świętował tutaj nawet zdobycie swojego trzeciego tytułu mistrza świata, a w najbliższą niedzielę stanie przed szansą na czwartą koronę. Zwycięzcą tego jednego wyścigu w Austin (2013), którego Anglik nie wygrał, został Sebastian Vettel. Tak więc na torze w Teksasie zwyciężali do tej pory jedynie aktualni kandydaci do tytułu. Pozostali panowie najlepsze mają zatem przed sobą.

Embed from Getty Images

Wyścigi F1 w Stanach Zjednoczonych gościły na dziesięciu obiektach (ale na Indianapolis w dwóch wersjach), a organizowano je pod przeróżnymi szyldami. Począwszy od Grand Prix Stanów Zjednoczonych, poprzez GP West, East, Long Beach, Detroit, Dallas, Caesars Palace po Indy 500.

Embed from Getty Images

Zlokalizowany na lotnisku tor Sebring był w 1959 roku świadkiem pierwszego triumfu Bruce’a McLarena i koronacji Jacka Brabhama.

Embed from Getty Images

Philowi Hillowi nie było dane świętować tytułu mistrza świata za kierownicą Ferrari 156 podczas weekendu w swoje ojczyźnie, ponieważ ekipa Ferrari po wcześniejszym zdobyciu obu tytułów odpuściła sobie rundę w Stanach Zjednoczonych.

Embed from Getty Images

W kończących rywalizację w 1964 roku wyścigach w USA i Meksyku Ferrari wystawiło niebiesko-białe samochody pod szyldem North American Racing Team. W ten sposób John Surtees został jedynym kierowcą włoskiej stajni, który zdobył tytuł (w Meksyku) w aucie dalekim od tradycyjnych barw Ferrari.

Embed from Getty Images

Dan Gurney jest jedynym Amerykaninem, który wygrał wyścig F1 (nie liczymy Indy 500) w samochodzie amerykańskiej ekipy – zespół nazywał się Eagle, a zwycięstwo zostało wywalczone na torze Spa-Francorchamps w 1967 roku.

Embed from Getty Images

W 1973 roku na starcie wyścigu na Watkins Glen zabrakło Jackiego Stewarta, ponieważ zespół Tyrrell wycofał się z Grand Prix z powodu tragicznej śmierci François Ceverta. Warto dodać, że dwa lata wcześniej Francuz odniósł na tym samym obiekcie swoje jedyne zwycięstwo w F1.

Embed from Getty Images

W 1976 roku w Austrii na listę zwycięzców F1 wpisała się stajnia Rogera Penske. Autorem tego sensacyjnego triumfu był John Watson.

Embed from Getty Images

Drugim i ostatnim amerykańskim mistrzem świata Formuły 1 był Mario Andretti. Posiadający włoskie korzenie kierowca dopiął swego w 1978 roku w wykorzystującym efekt przypowierzchniowy Lotusie 79.

Embed from Getty Images

Jak do tej pory Andretti jest jedynym Amerykaninem, który wygrał wyścig F1 w Stanach Zjednoczonych (pomijamy Indy 500 zaliczane do mistrzostw świata). Miało to miejsce w 1977 roku w Long Beach.

Embed from Getty Images

Mario Andretti ma na swoim koncie jedno szczególne osiągniecie – swoje pierwsze pole position w F1 wywalczył bowiem w debiucie. I to na własnym terenie, na torze Watkins Glen (1968).

Embed from Getty Images

W 1982 roku w Stanach Zjednoczonych obyły się aż trzy wyścigi F1 – w Detroit (na zdjęciu), Long Beach i Las Vegas.

Embed from Getty Images
Parking przed hotelem i kasynem Caesars Palace dwukrotnie był miejscem koronacji mistrzów świata – Nelsona Piqueta (1981) i Keke Rosberga (1982). Na zdjęciu wyścig z sezonu 1981.

Embed from Getty Images

Fin był w tym najważniejszym dla siebie wyścigu piąty, za to dwa ze swoich pięciu zwycięstw odniósł na innych amerykańskich torach. W 1984 roku zwyciężył w Dallas, natomiast rok później w Detroit (na zdjęciu).

Embed from Getty Images

Ayrton Senna świetnie sobie radził na ulicach amerykańskich miast, zwyciężając trzykrotnie w Detroit i dwa razy w Phoenix (na zdjęciu).

Embed from Getty Images

Mika Häkkinen swoje ostatnie zwycięstwo w F1 wywalczył w 2001 roku na Indianapolis Motor Speedway.

Embed from Getty Images

Kuriozalne podium po kuriozalnym wyścigu z udziałem sześciu samochodów (sezon 2005).

Embed from Getty Images

W 2007 roku po kraksie w Kanadzie Roberta Kubicę zastąpił w ekipie BMW Sauber Sebastian Vettel. Debiutant zdobył jeden punkt za ósme miejsce.

Embed from Getty Images

W 2016 roku Lewis Hamilton odniósł na torze w Austin swoje 50. zwycięstwo w Formule 1.

2 KOMENTARZE

  1. Pamiętne rzucenie czapeczką przez Nico w stronę Lewisa w 2015 roku. Fakt warty odnotowania, popełnił błąd, rzuciło Niemca bolidem i Lewis go wyprzedził i przypieczętował tytuł. Mógł mieć wtedy pretensje tylko do siebie, gdyby to on wygrał, nadal miał szansę zgarnąć ten tytuł choć Lewis miał komfortową przewagę punktową i tak. Ale szans nie przedłużył, choć były małe, i się zdenerwował 🙂 Zamiast dalej jeździć na najwyższym poziomie, na który było go stać, to odszedł i założył VLOGa 🙂

Comments are closed.