Nienawidzę Grand Prix Monako. Koszmarny ścisk, korki rano i wieczorem, fatalna logistyka. No i tak zwani „celebryci”. Masakra…

Poruszanie się samochodem po totalnie zakorkowanych ulicach Monako w czasie wyścigowego weekendu absolutnie mija się z celem. Trzeba jednak jakoś docierać na tor, a ponieważ nocleg w Księstwie kosztuje małą fortunę, pozostają dojazdy z Nicei czy Menton. Pociąg to wygodne rozwiązanie, lecz wiąże się ze spacerkiem ze stacji w Monaco do portu. Wgryzione w skałę miasto ma to do siebie, że idzie się albo w górę, albo w dół. Trekking dla początkujących. Albo stoisz w korkach, albo spacerujesz. W sumie wolę to drugie.

Dalej warunki w „pracy”. Padok tak ciasny, że dla „Energy Station” Red Bulla miejsce jest za płotem. Za to w stylu, bo piętrowe pomieszczenia gościnne mistrzów świata, z tarasami, basenem i barami, mieszczą się na zacumowanej przy nabrzeżu gigantycznej tratwie. Archaiczne i klaustrofobiczne biuro prasowe ma swój urok, ale koszmarem jest przejście z padoku – trzeba przeciąć wąski chodnik wiodący wzdłuż budynku z restauracjami na parterze. Z drugiej strony stoi płot padoku, więc ścisk panuje niemiłosierny. Tak samo jest w padoku, gdzie kręcą się kohorty tak zwanych „celebrytów”. Często mam przez nich problemy, bo po wyścigu znajomi pytają, czy widziałem na torze jakiegoś Snoop Dogga czy Jolie. Z kiepsko udawanym zażenowaniem przyznaję, że nie mam pojęcia o kim mówią… W swej ignorancji poznaję, że ktoś jest znany, jeśli uganiają się za nim hordy fotoreporterów. Tego, czy dany gość jest aktorem, czy może strzelił bramkę w ostatnim finale mistrzostw świata i pogrążył drużynę tego pana, który przed chwilą miał sesję foto z kierowcami Virgina, nie potrafię już stwierdzić.

Zostawmy „celebrytów” i spróbujmy dostać się na pas serwisowy. Proszę bardzo – spacer wąskim przejściem pomiędzy padokiem i nabrzeżem (czasami cumują tam małe łódki rybackie, zupełnie nie na miejscu w otoczeniu pysznych jachtów Flavia czy Vijaya, za to wydzielające niezapomniany aromat świadczący o skuteczności połowu), przeciśnięcie się pomiędzy jakimś kioskiem i grupką ochroniarzy, jazda windą lub spacer dwukierunkowymi schodami o szerokość metra na mostek nad wejście w La Rascasse, jeszcze parę kroków i już jest się w alei serwisowej.

Zdaję sobie sprawę z tego, że wielu fanów Formuły 1 dałoby się pokroić za to, żeby w taki właśnie sposób spędzić weekend w Monako. Ja zresztą też, wbrew temu co napisałem powyżej.

Po żmudnej wędrówce na pas serwisowy można stanąć w miejscu, z którego widać, jak poniżej kierowcy wychodzą z kompleksu pod basenem. W zeszłym roku tu stałem jak wryty, obserwując jazdę Roberta Kubicy. Najeżdżał na lewą tarkę przy wyjściu, samochód wyrzucało w powietrze, a on już wiedział, co trzeba zrobić w momencie lądowania. Bez chwili wahania, zbędnego ujęcia gazu, ogarniał auto na milimetry od bariery. W delikatnym uślizgu prawe tylne koło zdawało się muskać stal. Nie było w tym ani krztyny fartu czy też przypadku – robił tak okrążenie po okrążeniu.

Wracając na padok można nadłożyć nieco drogi i stanąć po wewnętrznej La Rascasse. W miejscu, gdzie wieczorem kibice piją herbatkę przy kawiarnianym stoliku, można stanąć na wyciągnięcie dłoni od samochodu Formuły 1. To nieważne, że w tym miejscu poruszają się ze ślimaczą jak na je możliwości prędkością. Kolejne przykłady milimetrowej precyzji przy składaniu samochodu w ciasny prawy zakręt, łomot z wydechu przy redukcji biegów i dudniący metr od ucha silnik – co prawda na niskich obrotach, ale zawsze… – to przyprawia o gęsią skórkę.

Dlatego weekend w Monako kocham i nienawidzę. Jak to się teraz mówi, „status związku: to skomplikowane”. Za rok, jeśli wszystko pójdzie tak jak trzeba i Robert wróci za kierownicę, to nie będę miał już wątpliwości. Widok jego jazdy na ulicach Monte Carlo wart jest znacznie więcej niż długie spacery, tłok i „celebryci”. W tym roku trzeba się jeszcze jakoś przemęczyć 😉

PODZIEL SIĘ
Następny artykułKurs na górę lodową