„W czasie deszczu dzieci się nudzą, to ogólnie znana rzecz” – śpiewał niezapomniany Kabaret Starszych Panów. Na szczęście Formuły 1 ta jakże oczywista prawda nie dotyczy. Kiedy wreszcie w sezonie 2019 doczekaliśmy się prawdziwie kapryśnej aury, kierowcy stworzyli na Hockenheimringu niezapomniane widowisko. Trzeba przyznać, że zmienne warunki pomagają w stworzeniu fascynującego spektaklu.

Deszcz dla samochodów Formuły 1 nie jest naturalnym środowiskiem, lecz na szczęście – w przeciwieństwie do chociażby amerykańskich wyścigów na owalach – rywalizacja w takich warunkach również się odbywa. Owszem, nie zawsze stan nawierzchni na to pozwala i warto pamiętać, że nie ma to niczego wspólnego ze zdziecinnieniem kierowców, brakiem umiejętności czy niedostatecznie dobrymi oponami.

Deszczówki Pirelli przy prędkości 300 km/h odprowadzają 85 litrów wody na sekundę i mają średnicę większą o 10 milimetrów od slicków, ale mimo tego odporność na aquaplaning ma swoje granice. Osobną kwestią jest widoczność – nie tylko ta, która może uniemożliwić korzystanie ze śmigłowca ratunkowego. Kierowca siedzi nisko nad ziemią, nie ma przed nosem szyby z wycieraczkami, a wspomniana skuteczność w odprowadzaniu wody spod kół przynosi efektowne, ale nieźle zasłaniające widok pióropusze wodne. Zdarza się jednak, że warunki pozwalają trochę pojeździć i wówczas z reguły otrzymujemy fantastyczne widowisko.

W deszczu nieco zacierają się różnice sprzętowe, a na pierwszy plan wysuwa się cały szereg cech, które tworzą doskonałego kierowcę – oraz skuteczny zespół. Zawodnik musi wszystkimi dostępnymi zmysłami wyczuwać przyczepność, która może zmieniać się z okrążenia na okrążenie i z zakrętu na zakręt. Wraz z zespołem musi trafnie analizować sytuację i podejmować właściwe decyzje odnośnie doboru opon. Niejeden twardziel poległ w śliskich warunkach, o czym mogliśmy przekonać się chociażby podczas tegorocznej GP Niemiec.

Nie na darmo ci, którzy świetnie sobie radzą na mokrym torze, zyskują zaszczytne przydomki „mistrzów deszczu”. Ayrton Senna, Michael Schumacher, Jackie Stewart, w obecnej epoce Lewis Hamilton czy Max Verstappen – to kierowcy, którzy w piekielnych warunkach czuli się lub czują się jak, nie przymierzając, ryby w wodzie. Im również zdarzały się wpadki, ale z drugiej strony zawodnicy tego kalibru potrafili osiągnąć zupełnie niespodziewane wyniki w kokpitach maszyn, które niekoniecznie pozwalały spokojnie, bezboleśnie i regularnie odnosić sukcesy.

Pierwsze zwycięstwo Schumachera za kierownicą Ferrari, mistrzowski popis Senny na Donington Park, wygrana Verstappena w Brazylii – to były wyścigi, w których uznawani za faworytów rywale mieli niewiele lub po prostu nic do powiedzenia. Takie występy pamięta się przez długie lata.

Deszcz potrafi też być sprzymierzeńcem outsiderów, którzy po prostu mieli swój dzień. Jean-Pierre Beltoise czy Olivier Panis swoje jedyne zwycięstwa w Formule 1 odnieśli właśnie w zmiennych warunkach – co ciekawe, obaj w Monako. Teraz w trudnych warunkach spokojny i skuteczny wyścig pojechał Robert Kubica – nawiązując tym samym do innych swoich świetnych występów w deszczu, jak debiut na Hungaroringu w 2006 roku czy jazda po podium w Monako, dwa lata później.

Kierowca Williamsa udowodnił, że radzi sobie na mokrej nawierzchni i mimo że w przekroju całego sezonu lepsze wyniki w wyścigach osiągał George Russell – nie czas to i miejsce, by szczegółowo analizować przyczyny – to jeden błąd Brytyjczyka zakończył się porażką w walce, której stawką, jak się okazało, był jeden punkt. Być może historyczny dla Williamsa, bo nie zanosi się na to, by zasłużona brytyjska ekipa mogła w normalnych warunkach włączyć się w tym sezonie do walki o pierwszą dziesiątkę. Żadne to dla Russella pocieszenie, że uzyskał swój najlepszy jak dotąd wynik w karierze. Jak sam stwierdził, pojechał najgorszy wyścig w życiu, zmagając się z brakiem przyczepności. Taki już jest urok trudnych warunków. Pierwszą i najważniejszą zasadą jest unikanie błędów.

Współczesna Formuła 1 nieco rozpieszcza kierowców, bo błędy nie są karane tak dotkliwie, jak za dawnych lat. Znakomity w tym sezonie Charles Leclerc skarżył się po Grand Prix Niemiec na… śliski asfalt na poboczu. Właśnie od tego jest pobocze, żeby po nim nie jeździć i żeby karało za błędy. Sukces odnosi ten, kto potrafi umiejętnie zarządzać ryzykiem i własnymi możliwościami. Niektórzy mają większą smykałkę do jazdy w trudnych warunkach, innym przychodzi to z trudnościami – i dostają po łapach za zbytnią pewność siebie czy po prostu za chwilową utratę koncentracji.

Ktoś może powiedzieć, że przypomina to loterię, że warunki są losowe i nie sprzyjają uczciwym rozstrzygnięciom. Ale to także jest część tego sportu. Jak to się mówi, warunki są jednakowe dla wszystkich – czasami zwabią w pułapkę starego wygę, czasami pozwolą zabłysnąć żółtodziobowi albo kierowcy, którego w normalnych okolicznościach nie zobaczylibyśmy na tak wysokiej pozycji.

Loterią byłoby sztuczne nawadnianie torów – już widzę burzę wśród fanów, gdyby okazało się, że losowe uruchomienie zraszaczy zagrałoby na czyjąś korzyść, a ktoś poniósłby przez to porażkę. Rozszalałyby się różne spiskowe teorie, więc lepiej zostawić pogodę w rękach prawdziwej siły wyższej. Może i deszczowe wyścigi zdarzają się zbyt rzadko, ale kiedy już popada, to z reguły jest później o czym mówić. Oby więcej takich emocji.

Artykuł ukazał się w polskiej edycji miesięcznika „F1 Racing”.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here