Pogoń za króliczkiem (Ayrtonem Senną) w wykonaniu Nigela Mansella. W 1992 roku nie było „nitro”, nikt nikogo nie wyprzedził, ale rywalizację w Monako oglądało się z zapartym tchem.

Ayrton Senna. Tylko dwa słowa i aż dwa słowa, stanowiące kwintesencję szybkości, perfekcji, narkotycznej wręcz determinacji do zwyciężania, nieprawdopodobnego zaangażowania, wielkiej siły umysłu, inteligencji i wyścigowego geniuszu, obok którego nie można było przejść obojętnie. I pomimo upływu lat, nic się nie zmienia. On nadal stanowi nieskończone źródło inspiracji dla kolejnych pokoleń kierowców i kibiców F1, porwanych jego wyjątkowym talentem i nadludzkimi umiejętnościami za kółkiem wyścigowej maszyny, ale także charyzmatyczną osobowością, pełną kontrastów, również najzwyklejszych ludzkich słabości.

***
Jeśli czegoś w życiu żałuję, to tego, że nie zdążyłem poznać Ayrtona osobiście. Nie zmienia to faktu, że przez pewien czas wyznaczał on rytm mojego życia. W jakich okolicznościach usłyszałem o Sennie? Zaczęło się nietypowo, bo od cieniutkiego skryptu Niny Lengyel „Nareszcie Alain Prost”, przedstawiającego losy mistrzostw świata w 1985 roku. Wypożyczona z miejskiej biblioteki książeczka rozpaliła moją młodzieńczą głowę, zasiedlając w niej bakcyla, który miłość do piłki nożnej szybko zmienił w uwielbienie dla Formuły 1. A w ówczesnej Polsce był to sport równie egzotyczny jak krykiet albo golf.

Klamka jednak zapadła, gała poszła w kąt, a lukę po niej wypełniły z trudem zdobywane plakaty i własnoręcznie wykonywane rysunki najnowszych wyścigówek. Łatwo nie było, zwłszcza że polska telewizja pod koniec lat 80. nie rozpieszczała fanów F1, pokazując jedynie niektóre wyścigi europejskie i to pocięte na części, niczym brazylijska telenowela. W przypadku tych, które rozgrywano poza Europą, pozostawało czekanie na skąpe, kilkuminutowe skróty. Ratunkiem była prasa, a konkretnie katowicki „Sport” i niezawodny Janusz Śmiłowski, który malowniczo opisywał wyczyny Senny i spółki. Sytuację zmieniło dopiero pojawienie się telewizji kablowej, dzięki której wszyscy mogli posmakować F1 na żywo i bez żadnych ograniczeń. Można było poczuć prawdziwą wolność.

***
Stwierdzenie, że Ayrton podniósł jazdę wyścigowym samochodem do rangi sztuki, nie byłoby prawdziwe. On wyniósł ją do rangi religii, ze wszystkimi tego konsekwencjami, zyskując zarówno grono zagorzałych zwolenników, jak i zaprzysięgłych wrogów. Brazylijczyk uwielbiał ryzyko, był cholernie szybki, a przy tym odznaczał się niespotykaną determinacją. Jeździł niezwykle widowiskowo, co sprawiało, że oglądanie go za kierownicą stanowiło prawdziwą ucztę dla zmysłów. Potrafił wyprzedzać w każdej sytuacji, z kolei z wyprzedzeniem Brazylijczyka jego rywale mieli znacznie więcej problemów. Już widok żółtego kasku Senny z jednej strony ich deprymował, a z drugiej zmuszał do jazdy na pełnych obrotach. – On jest ciągłym wyzwaniem. W walce z nim można tylko zyskać, nigdy stracić – przyznawał Riccardo Patrese, a Martin Brundle dodawał: – Chciałbym, żeby zwiał w cholerę, do Brazylii. Wtedy reszta miałby jakieś szanse.

Najlepszą okazję do wejrzenia w głąb geniuszu Senny niewątpliwie miał Gerhard Berger, który przez trzy lata ścigał się u boku Brazylijczyka w McLarenie. – Ayrton był moim najlepszym przyjacielem w F1. W trakcie trzech lat spędzonych z nim w McLarenie, zdałem sobie sprawę, że był klasę wyżej od nas. Moim zdaniem był najlepszym kierowcą, jakiego mieliśmy w F1. – stwierdził przy jednej z okazji Austriak.

Senna nie brał jeńców. Od samego początku interesowało go wyłącznie pierwsze miejsce. – Drugi na mecie to pierwszy przegrany – zaznaczał. To bezkompromisowe podejście, połączone z agresywnym stylem jazdy, musiało wzbudzać kontrowersje. Z jednej strony gotów był natychmiast pospieszyć z pomocą każdemu, kto tego potrzebował, a z drugiej prowokował kolizje, narażając na szwank zdrowie i życie swoje oraz innych kierowców. Jakby na to nie spojrzeć, sprzeczność widoczna jest gołym okiem.

***
Myśląc o trzykrotnym mistrzu świata, pierwszym obrazkiem, które staje mi przed oczami jest Senna mknący w biało-czerwonym McLarenie po ulicach Monako. W szalonym pędzie przelatujący w kolejnych zakrętach, ocierając się o stalowe bariery. Nie bez przyczyny na ulicach księstwa hazardu zwyciężał aż sześć razy. Zresztą on w ogóle na ulicznych torach był klasą dla siebie. Podczas występów w Detroit, Adelajdzie czy Phoenix zawsze można było się spodziewać po nim czegoś ekstra. – Był bardzo szybki i zdecydowanie czyściej wchodził w każdy zakręt, dosłownie ocierając się o bariery. Nie na jednym okrążeniu, ale kółko za kółkiem – podkreślał były mechanik Lotusa Nigel Stepney, oceniając występy Senny na ulicznych obiektach.

***
Od kiedy pamiętam, Polska była krajem futbolu. Na naszym podwórku było trochę inaczej. Wszyscy wiedzieli, czym jest F1, znali Laudę, Prosta, Mansella, Piqueta, no i Sennę. Na ścianach zamiast nazwisk piłkarskich sław, dumnie błyszczał slogan z Ayrtonem w roli głównej. Zabawy też były niecodzienne, bo o ile zwykle za pomocą odpowiednio przyozdobionych zakrętek do słoików dzieciarnia rozgrywała wyścigi kolarskie, my „pstrykaliśmy” w Formułę 1. Kredą na asfalcie rysowaliśmy tory, na których krążyły Ferrari, McLareny, Williamsy i Lotusy. Były nawet kwalifikacje i regularne pit stopy. Czad!

***
Jedną z wizytówek Senny była przerażająca prędkość. Demonstrował ją podczas kwalifikacji, aż 65 razy sięgając po pole position. Nierzadko w takim stylu, że jego rywale najchętniej schowaliby głowy w piasek. Książkowym przykładem jest Monako z 1988 roku, kiedy Ayrton dosłownie zmiótł Alaina Prosta. Bo jak inaczej określić to, że mierzącą 3,3-kilometra, ciasną pętlę Monte Carlo pokonał o 1,4 sekundy szybciej od swojego rutynowanego kolegi, doświadczając po drodze metafizycznych doznań? Albo czasówka w Detroit w 1985 roku. – No dobra, to właściwie gdzie pojechał na skróty? – pytał Jo Ramirez z McLarena, zastanawiając się, jak Ayrton urwał najbliższemu rywalowi ponad sekundę. I takie perełki można mnożyć, ale warto zobaczyć przynajmniej kilka z nich – Estoril 1986, Suzukę 1989, Jerez 1990, Spa 1991, Adelajdę 1993 czy Aidę 1994. Mistrz w akcji, jazda w limicie. Jest na co patrzeć!

Podobne odczucia miał pewnie John Watson, który podczas kwalifikacji na torze Brands Hatch w 1985 roku z bliska podziwiał geniusz Brazylijczyka. – Wjechałem w Westfield Bend, gdy dostrzegłem w lusterku czarny samochód. To był Senna. Wyprzedził mnie po wewnętrznej i wtedy zobaczyłem i usłyszałem coś niesamowitego. Wyglądało to tak, jakby miał cztery ręce i cztery nogi. Hamował, zmieniał biegi, kręcił kierownicą i co chwilę wciskał przepustnicę – wszystko w tym samym czasie. I to przy potwornej prędkości. Jego samochód tańczył na granicy przyczepności, a on prezentował ten swój niezwykły spokój. Myślę, że to był przebłysk geniuszu – opowiadał Watson.

Pod wielkim wrażeniem występu Brazylijczyka był także jego szef, Peter Warr. – Ten chłopak jest nowym Jimem Clarkiem, albo Jackie Stewartem. Albo obydwoma naraz – stwierdził boss Lotusa, unikając zawiłych wyjaśnień dotyczących fenomenu Ayrtona.

Niesamowite w Brazylijczyku było to, że nawet wtedy, gdy osiągnął czas, który pozostawał poza zasięgiem jego rywali, on nadal zastanawiał się, gdzie jeszcze mógłby urwać jakieś ułamki sekundy. – To niesamowite uczucie, kiedy czujesz, że można przyspieszyć jeszcze i jeszcze – mawiał. Trzeba było widzieć miny innych kierowców! Ale taki był, cały czas dążył do doskonałości, niczym prawdziwy samuraj, w czym pomagały mu niesamowita precyzja, fotograficzna pamięć oraz niezwykłe wyczucie. Cechy te były widoczne u niego od samego początku.

Piękne świadectwo daje w tej sprawie Pat Symonds, który w 1984 roku pracował z Senną w Tolemanie. – W Dallas było pewne miejsce, z którym wszyscy mieli problem. Ayrton też zaliczył tam przygodę. Po powrocie do boksu powiedział: „Nie rozumiem, jak do tego doszło. Nie popełniłem błędu. Musiał przesunąć się mur”. Pomyśleliśmy sobie z ironią: jasne, mur się przesunął. Ale on był tego pewien, więc poszliśmy to sprawdzić. I wiecie co? Miał rację, betonowy blok rzeczywiście przesunął się o kilka milimetrów.

***
Świetnie pamiętam ten weekend na Imoli. Podobnie jak wszyscy fani Senny, czekałem na niego z wielkimi nadziejami. Po niepowodzeniu w Brazylii i Japonii, gdzie zwyciężył Michael Schumacher, wyścig o Grand Prix San Marino miał stanowić dla Senny i ekipy Williamsa nowe otwarcie. Nikt nawet nie przypuszczał, że Imola zbierze tak tragiczne żniwo. Oczywiście wszyscy zdawali sobie sprawę z ryzyka, ale za sprawą wielu groźnie wyglądających wypadków, po których kierowca błyskawicznie wyskakiwał z kokpitu, wysyłając w świat fałszywy przekaz „patrzcie, tu jest całkiem bezpiecznie”, czujność została uśpiona. Przebudzenie okazało się bardzo brutalne.

Pierwsze ostrzeżenie, że sprawy mogą pójść nie tak jak powinny, pojawiło się już w piątek, wraz z kraksą Rubensa Barrichello. Szczęśliwie, młody Brazylijczyk cało wyszedł w opresji. Dzień później śmierć dowiodła jednak, że nie zapomniała o F1, zabierając ze sobą Rolanda Ratzenbergera. Nagle do wszystkich dotarło, że niebezpieczeństwo jest na wyciągnięcie ręki. Tragedia Austriaka całkowicie rozbiła Ayrtona, demontując pancerz, który skutecznie go ochraniał. Senna nie mógł powstrzymać łez, zastanawiał się, czy w ogóle wystartować w wyścigu. Jego przyjaciel, a jednocześnie główny lekarz F1, profesor Sid Watkins namawiał go, żeby rzucił wszystko w diabły. – Nie mogę, nie potrafię tego zrobić – uciął Ayrton. Nie mógł, bo już zdecydował. Musiał pokonać własne demony i wygrać ten wyścig dla Rolanda. Specjalnie przygotował na tę okazję austriacką flagę. Los napisał jednak inny scenariusz….

***
Senna potrafił ścigać się w każdych warunkach. Nie bez powodu przylgnęła do niego etykietka „mistrza deszczu”. Gdy było mokro, rywale mogli jedynie przecierać oczy ze zdumienia i wizjer z wodnego pióropuszu zostawianego przez samochód Ayrtona. Dokładnie w takich okolicznościach, w 1984 roku, narodziła się jego legenda. W zalanym deszczem Monako Ayrton przebijał się do przodu, zostawiając za sobą wodną kurtynę i kolejnych rywali. Zwycięstwo było blisko, ale ostatecznie przypadło ono w udziale Alainowi Prostowi, ponieważ wyścig przerwano. Senna był niepocieszony. Na pierwsze zwycięstwo przyszło mu poczekać do kolejnego sezonu. W deszczowym Estoril nie miał równych sobie i odniósł fantastyczne zwycięstwo – zdaniem samego zainteresowanego, najwspanialsze w całej karierze. To był nokaut, bowiem tylko drugi na mecie Michele Alboreto uniknął zdublowania.

W kolejnych latach podobny scenariusz Ayrton realizował jeszcze wielokrotnie, m.in. podczas legendarnego wyścigu na Donington w 1993 roku. Pierwsze okrążenie było prawdziwie epickie. Senna ruszał z czwartej pozycji, lecz po starcie spadł jeszcze za Karla Wendlingera. To co wydarzyło się później, wszystkich wprawiło w osłupienie. W pierwszym zakręcie Ayrton uporał się z Michaelem Schumacherem, w następnym, po zewnętrznej tonącego w deszczu toru objechał Wendlingera i błyskawicznie zaczął zbliżać się do prowadzącej dwójki Williamsa. Dwa zakręty dalej miał przed sobą już tylko Prosta, a po trzech kolejnych prowadził i pomknął po jedno z najpiękniejszych zwycięstw w karierze, po drodze demolując konkurencję perfekcyjną żonglerką slickami i deszczówkami. – Wyszliśmy przy nim na idiotów – przyznawał po latach szczerze rozbawiony Berger.

***
Filmy z Imoli pokazują coś dziwnego w zachowaniu Senny. Czy przeczuwał własną śmierć? Tego się nie dowiemy. Na wielu kadrach można jednak dostrzec zastanawiającą mowę ciała trzykrotnego mistrza świata. Na ujęciach z boksu widać, jak dziwnie patrzył na swojego Williamsa. Z nieufnością, może nawet lękiem. Ale i tak największe zdumienie budzi jego zachowanie w trakcie przedstartowej gorączki. Ayrton słynął ze sztuki koncentracji, polegającej na całkowitym odcięciu od otoczenia. Tymczasem na Imoli siedział w kokpicie swojego samochodu bez kasku i balaklawy, a na jego twarzy malował się jakiś nieopisany ból. Niby rozmawiał z inżynierami, ale nie sposób oprzeć się wrażeniu, że myślami był zupełnie gdzie indziej. Gdy zapaliły się zielone światła, pomknął jednak przed siebie. Po zwycięstwo dla Rolanda, dla siebie, na przekór okolicznościom. Żeby mieć ten wyścig już za sobą. Tylko tyle i aż tyle.

***
Historii Senny nie sposób opowiedzieć bez Alaina Prosta, na punkcie którego Brazylijczyk miał wręcz obsesję. Ich rywalizacja okazała się najbardziej zaciętą w całych dziejach F1, a niechęć z czasem przeobraziła się w nienawiść. – Główną, a może i jedyną motywacją Ayrtona była chęć pokonania mnie. Ze wszelką cenę – tłumaczył kiedyś Francuz. Pierwszy wspólny sezon upłynął w miarę gładko, choć w Portugalii pojawił się pierwszy poważny zgrzyt w ich relacjach. Wojna wybuchła jednak dopiero w 1989 roku. Wszystko zaczęło się na Imoli, gdzie Prost oskarżył Sennę o złamanie umowy, zgodnie z którą w pierwszym zakręcie panowie mieli się nie wyprzedzać. Brazylijczyk zareagował wzruszeniem ramion i wyjaśnieniem, że w zasadzie wyprzedzał jeszcze przed pierwszym zakrętem. Prost był wściekły, przegraną zdołał jednak wykorzystać politycznie.

Narastający przez cały sezon konflikt dosłownie eksplodował na Suzuce. Próba wyprzedzania Francuza pod koniec wyścigu zakończyła się kolizją. Prost wysiadł z samochodu, natomiast Senna popchnięty przez obsługę toru pojechał dalej. Zwyciężył, ale za sprawą Jean-Marie Balestre’a został zdyskwalifikowany… za ominięcie szykany. Tytuł przypadł Alainowi. Rok później, na tym samym torze, wielcy rywale zakończyli walkę już w pierwszym zakręcie, zakopując się w piasku. Tym razem mistrzem został Brazylijczyk, który wziął odwet na Francuzie. – Sport umarł, Formuła 1 nie jest już sportem – komentował skandal Nigel Mansell.

Na relacje Senny z Prostem warto spojrzeć przez pryzmat nieskrywanej religijności Ayrtona. Trzeba przyznać, że trudno pogodzić naturę chrześcijanina z chęcią dominowania w F1. Wymownym przykładem jest wyścig na Suzuce w 1990 roku, podczas którego Brazylijczyk sam wymierzył Francuzowi sprawiedliwość, taranując samochód Alaina w pierwszym zakręcie. W jego poczuciu, wyrównał rachunki – i dopiero rok później – ponownie na japońskim torze, podczas konferencji prasowej przyznał, że celowo wjechał we Francuza, oskarżając przy okazji Balestre’a o „obrabowanie” ze zwycięstwa w 1989 roku i „wydymanie” w kolejnym sezonie po kwalifikacjach. Zaczęto mawiać, że wierzyć w Boga to jedno, a czuć się jak Bóg to już coś innego…

Koniec końców, w ostatnim wspólnym wyścigu, czyli w Adelajdzie w 1993 roku, wielcy rywale wreszcie zawarli rozejm. Stojąc razem na podium, Senna wyciągnął do Prosta rękę i panowie uścisnęli sobie prawice, kończąc tym samym trwającą od lat wojnę. Czy byłoby podobnie, gdyby Francuz pozostawał w F1? Trudno powiedzieć. Szybko okazało się natomiast, że Senna tęskni za starymi czasami i dobrze sobie znanym rywalem. Podczas jednego z treningów tragicznego weekendu na Imoli, Ayrton przekazał przez radio wiadomość, która dobitnie o tym świadczyła: – Specjalne pozdrowienia dla mojego drogiego przyjaciela, Alaina. Wszyscy za tobą tęsknimy.

***
– Życie kierowcy wyścigowego rozgrywa się w ułamku sekundy – powiedział Senna w jednym z wywiadów. Mając świadomość ryzyka, trzykrotny mistrz świata całymi latami igrał ze śmiercią i wygrywał tę walkę. Mogło się wydawać, że jest nieśmiertelny. I tak było do 1 maja 1994 roku, kiedy okazało się, że czasami nawet bogowie są śmiertelni…

***
Metafizyczne zdarzenia dotykały również ludzi, którzy znajdowali się w jego otoczeniu. Diana Spires i jej mąż Stuart przez wiele lat byli związani z ekipami F1, zajmując się ich motorhome’ami. Z Ayrtonem zetknęli się w Tolemanie, a potem w Lotusie. Zżyli się ze sobą na tyle, że po powrocie Di i Stuarta do ekipy z Enstone mama Senny przekazała Stuartowi cenny długopis, natomiast Dianie łańcuszek z niebieskim oczkiem. – Mama prosiła, żebyś nigdy się z nim nie rozstawała – oznajmił Ayrton, przekazując prezent na Imoli. I od tamtej pory Di regularnie nosiła amulet. Ponieważ z biegiem czasu uwidoczniły się na nim coraz wyraźniejsze ślady użytkowania, Diana zakładała go tylko na wyścigowe weekendy.

– Ciągle noszę łańcuszek, który podarowała mi Twoja mama, ale obawiam się, że całkowicie się zniszczy. Jeśli to możliwe, chciałabym dostać taki sam – powiedziała Diana Ayrtonowi podczas spotkania przy okazji wyścigu w Brazylii w1994 roku. W Japonii nastąpiło nieuniknione, amulet dosłownie się rozpadł. – Nigdy czegoś takiego nie widziałam. Nie mogłam mu tego powiedzieć, bo na tym etapie kariery Ayrton stał się niezwykle religijny i przesądny. Naprawdę nie wiedziałam, jak zareaguje. Przez cały czas byłam niespokojna, no a podczas wyścigu w Ayrtona wjechali Mika Häkkinen, a potem Nicola Larini – wspominała. – Ayrton obiecał, że na Imolę przywiezie mi nowy łańcuszek z amuletem. Mówił, że już go ma, tylko zapomniał ze sobą zabrać. Nigdy go nie otrzymałam. Co się wydarzyło na Imoli, wiedzą wszyscy.

***
W niedzielę 25 samochodów ustawiło się na pozycjach startowych. Na pole positon Senna, tuż obok Schumacher. Po zapaleniu zielonych świateł w aucie JJ Lehto zgasł silnik, kierowca natychmiast podniósł rękę do góry. Kilku zawodników ominęło niespodziewaną przeszkodę. W porę niebezpieczeństwa nie dostrzegł jednak Pedro Lamy i doszło do kolizji. Szczątki rozbitych aut fruwały w powietrzu, raniąc kibiców na trybunach. Kierowcy wyszli z kraksy bez szwanku, a do akcji wysłano samochód bezpieczeństwa, który przez pięć okrążeń dyktował tempo. Potem nastąpił restart i trzykrotny mistrz świata, w sypiącym snopami iskier Williamsie, pomknął w stronę swojego przeznaczenia.

Widząc, jak samochód Ayrtona wypada z toru i niemal wbija się w betonowy mur przy Tamburello, nawet przez myśl mi nie przeszło, że są to jego ostatnie chwile. Pomyślałem tylko: „cholera, znowu wygra Schumacher”. Sadziłem, że Senna za chwilę odepnie pasy i wyskoczy z auta, jak to czynił w przeszłości. Mijały jednak sekundy, a on pozostawał nieruchomy, nie licząc drobnego ruchu głową. Błyskawicznie zjawiły się ekipy ratunkowe, w tym jego przyjaciel, Sid Watkins. – Zdjęliśmy mu kask. Miał zamknięte oczy i był nieprzytomny. Podniosłem mu powieki i już wiedziałem, że mamy do czynienia z poważnymi obrażeniami mózgu. Wyciągnęliśmy go z kokpitu i położyliśmy na ziemi. W tym momencie usłyszałem westchnienie i poczułem, jakby jego dusza uleciała z ciała – przyznał profesor Watkins.

Patrząc na odlatujący śmigłowiec, ciągle liczyłem na cud. W miejscu, w którym leżał Senna pozostała wielka kałuża krwi. Po jakimś czasie wyścig wznowiono, ale prawdę mówiąc czekałem tylko na wieści ze szpitala. Jako że o internecie nikt jeszcze nie słyszał, pozostawało cierpliwe wsłuchiwanie się w strzępki informacji napływających ze szpitala w Bolonii. Niestety, nie były one budujące. Gdy pojawił się najgorszy z możliwych komunikatów, nie mogłem powstrzymać się od płaczu. W moim życiu nagle zabrakło człowieka, który przez lata stał mi się niewyobrażalnie bliski. Idola, bohatera, mistrza. W jakimś sensie przyjaciela. Za to wszystko wielkie dzięki, Ayrton!

Pisząc tekst, wspierałem się m.in. następującymi źródłami: Alan Henry „Wspomnienie”, Jo Ramirez „Memoirs of a Racing Man”, Ivan Rendall „Ayrton Senna. A Tribute”, Sid Watkins „Life at The Limit: Triumph and Tragedy in Formula 1”, Diana Spires „I Just Made The Tea”, miesięcznikiem „Autosport”, dziennikiem „Sport”, jak również materiałami znajdującymi się na stronie Aleksandra Jedenaka senna.prv.pl.

 

4 KOMENTARZE

  1. Bardzo trafne podsumowanie tego co zrobił AS dla F1 i jakim był człowiekiem. Dzięki za artykuł i ta pewną nutę refleksji. Tez byłem Jego fanem.

  2. Bardzo trafne podsumowanie tego co zrobił dla F1 i jakim był człowiekiem. Dzięki za artykuł i ta pewną nutę refleksji.

  3. Lepiej tego ująć się nie da! Dzięki Ayrton!
    Dzięki za ciwkawy tekst nasączony pewną refleksją.
    Inicjały AS mówią same za siebie.

  4. Dziękuję za ten artykuł. Za opowieść o wyjątkowym człowieku i jego nieśmiertelnej pasji. Senna był wybitnym kierowcą, być może najlepszym jakiego mieliśmy w F1.

Comments are closed.