Każdy maniak motoryzacji powinien przynajmniej raz odwiedzić Festiwal Prędkości.

Wstyd się przyznać, ale organizowana od 1993 roku impreza o wiele mówiącej nazwie „Festival of Speed” była przeze mnie uporczywie ignorowana. Nie byłem do końca świadomy, jak wspaniałe widowisko tworzy na swojej posiadłości hrabia March (tytułowany też „lordem”, ale jego oficjalny tytuł brzmi „Earl of March”). Na szczęście w tym roku moja narzeczona rzuciła luźną koncepcję: „A może wybierzemy się na Goodwood?” Z reguły jej pomysły są warte realizacji i nie inaczej było tym razem.

Trzy dni to zdecydowanie za mało, żeby w pełni nacieszyć się zgromadzonymi w Goodwood maszynami. Mamy tu cały przekrój motoryzacji: od najdawniejszych konstrukcji po współczesność, nie wyłączając motocykli czy pojazdów koncepcyjnych. Wszystko można obejrzeć z bliska, a znakomita większość pojazdów cieszy oczy miłośników motoryzacji także jazdą – po liczącym niespełna dwa kilometry długości podjeździe pod wzgórze u stóp imponującego „domku” hrabiego.

Rozmach całego przedsięwzięcia doceniają fani – 20 lat temu, na pierwszy Festiwal Prędkości, przybyło 25 000 widzów, teraz organizatorzy chwalą się liczbą sięgającą 180 000. Znalezienie się wśród nich to jak przepustka do raju. Nie będzie trzeba mnie namawiać, żebym wrócił tam za rok – może uda się obejrzeć więcej eksponatów niż tym razem. A tymczasem, zanim weekend na Hungaroringu na dobre się rozkręci, zapraszam Was do obejrzenia galerii z Goodwood. Zapewniam, że to jedynie niewielki wycinek tego, co można tam obejrzeć, dotknąć, posłuchać…