Wiadomo, że w dawnych czasach kierowcy wyścigowi byli znacznie bardziej wszechstronni niż obecnie, ale dokonania Johna Surteesa były wyjątkowe już w latach 60. Anglik przeszedł do historii jako jedyny mistrz świata na motocyklach i w Formule 1 – i pewnie już na zawsze pozostanie jedynym członkiem tego wyjątkowego klubu. „Wielki John” – zwany tak na cześć talentu i osiągnięć, bynajmniej nie postury – zmarł po krótkiej chorobie w wieku 83 lat.

Sukcesy na dwóch i czterech kołach odnosiło paru kierowców, ale nikt na taką miarę jak Surtees. Przed wojną Tazio Nuvolari czy Bernd Rosemeyer, ale to były zupełnie inne czasy. Po wojnie Mike Hailwood, Jean-Pierre Beltoise, Giacomo Agostini, Johnny Cecotto (ojciec, nie crash-tester z GP2) czy Damon Hill próbowali jednego i drugiego, jednak z takich czy innych względów z balansem sukcesów wyraźnie przesuniętym na jedną stronę. John był prawdziwym wyjątkiem.

Bakcyl motorsportu ukąsił go dość wcześnie, jeszcze jako nastolatek startował u boku ojca w wyścigach tzw. sidecarów – motocykli z wózkiem bocznym. W pierwszym wspólnym starcie panowie Surtees zostali zdyskwalifikowani, bo ktoś odkrył, że siedzący w koszu John miał zaledwie 14 lat… Gdy podrósł na tyle, by wziąć sprawy w swoje ręce, niewielu mogło go powstrzymać. Do dziś zajmuje piątą lokatę na liście najmłodszych mistrzów królewskiej kategorii motocyklowej – obecnie MotoGP, za jego czasów 500 cm3 – pierwszy tytuł wywalczył w sezonie 1956 w wieku 22 lat (niejaki Valentino Rossi był o 48 dni starszy, gdy zdobywał swoje pierwsze mistrzostwo).

Ogółem Surtees zdobył aż siedem tytułów mistrza świata na dwóch kołach: trzy w klasie 350 cm3 (1958-60) i cztery w „pięćsetkach” (1956 i 1958-1960). Nawet gdy był już fabrycznym zawodnikiem w ekipie włoskiego arystokraty Domenico Agusty, nie przestawał twardo stąpać po ziemi. Podobno w 1956 roku na słynny, morderczy wyścig TT na Wyspie Man (który zresztą wygrywał sześciokrotnie) podróżował z Londynu do Liverpoolu w wagonie towarowym, pilnując swojej MV Agusty, a następnie przepchał ją ulicami portowego miasta na prom do Douglas, stolicy Wyspy Man.

Za przesiadkę do samochodów odpowiadał despotyczny właściciel ekipy Agusta: hrabia Domenico nie życzył sobie, by głodny ścigania Surtees dosiadał innych motocykli niż MV Agusty. Okazało się, że ograniczenie nie dotyczy samochodów, a swoje trzy grosze dorzucił jeszcze Mike Hawthorn, który w 1958 roku został pierwszym brytyjskim mistrzem świata F1: krótko przed śmiercią w wypadku drogowym w styczniu 1959 roku przekonywał Surteesa, że samochody nie przewracają się tak łatwo jak motocykle.

Pierwsze testy wypadły na tyle obiecująco, że motocyklowy czempion zasiadł za kierownicą fabrycznego Lotusa już w GP Monako 1960, jeszcze jako urzędujący mistrz klas 350 cm3 i 500 cm3. Do mety nie dotarł, ale już w drugim starcie, na Silverstone, zajął drugie miejsce, a w trzecim – na ulicach portugalskiego Oporto – zdobył pole position i prowadził w wyścigu, ale kres marzeniom o dobrym wyniku położył wyciek paliwa do kokpitu, przez który stopa ześlizgnęła mu się z pedału hamulca…

Po takich początkach Colin Chapman rozwinął przed Surteesem czerwony dywan, oferując mu pozycję lidera ekipy i wpływ na decyzję o zespołowym partnerze. Mając do wyboru Jima Clarka i Innesa Irelanda, John (słusznie) postawił na tego pierwszego, ale urażony Ireland oskarżył motocyklowego mistrza o „kradzież” miejsca w ekipie. Surtees uniósł się honorem i pożegnał Lotusa. Starty Cooperem i Lolą w latach 1961-62 przyniosły parę podiów, ale wielkie sukcesy nadeszły wraz z zaproszeniem do Maranello.

W sezonie 1963 „Il Grande John” wygrał na Nürburgringu swoją pierwszą Grand Prix na czterech kołach i sezon zakończył na czwartym miejscu, a rok później powtórzył triumf w Niemczech i dorzucił wygraną na Monzy. Po zwycięstwie we Włoszech zajmował trzecią lokatę w mistrzostwach, dwa punkty za Jimem Clarkiem (Lotus) i cztery za Grahamem Hillem (BRM). Do końca sezonu pozostawały wyścigi w USA i Meksyku, ale nie zanosiło się na to, by Surtees miał powalczyć o tytuł – Enzo Ferrari pokłócił się z FIA o homologację sportowego Ferrari 250 LM (Federacja wbrew życzeniom Scuderii homologowała auto w kategorii prototypów, a nie GT) i obwieścił, że jego samochody już nigdy nie wystąpią we włoskich barwach. Na domiar złego złożył licencję FIA.

Dlatego w dwóch ostatnich wyścigach sezonu samochody Ferrari nie były czerwone: Surtees i Lorenzo Bandini wystartowali biało-granatowymi autami, oficjalnie wystawianymi przez North American Racing Team i Luigiego Chinettiego, amerykańskiego importera Ferrari. W dramatycznej końcówce Surtees zmagań dwa razy zajął drugie miejsce i pokonał Hilla o jeden punkt – nie bez kontrowersji, bo w finale w Meksyku Bandini najpierw wypchnął z toru Hilla i uszkodził wydech w jego BRM, a następnie na ostatnim okrążeniu przepuścił Surteesa, oddając mu potrzebną do tytułu drugą lokatę. Clark zmierzał po zwycięstwo (i tytuł, wobec zerowej zdobyczy Hilla i dalszej lokaty Surteesa), ale na przedostatnim kółku w jego Lotusie zatarł się silnik.

W niczym nie umniejsza to talentowi Surteesa, który w tamtym sezonie do mistrzostwa świata F1 dorzucił jeszcze trzecią lokatę w 24h Le Mans, w parze z Bandinim. Enzo Ferrari tak uwielbiał swojego nowego mistrza, że pozwalał mu na starty innymi samochodami – i w 1965 roku John uległ poważnemu wypadkowi za kierownicą Loli T70 serii CanAm na kanadyjskim torze Mosport. Wrócił do zdrowia i kolejny sezon w Formule 1, pierwszy z trzylitrowymi silnikami, rozpoczął od zdobycia drugiego pola startowego w Monako i wygranej w Belgii. To był jego ostatni start w barwach Scuderii: „Il Commendatore” nie jeździł na wyścigi i polegał na raportach z pola walki, a menedżer ekipy Eugenio Dragoni nie był wielkim fanem Surteesa i dbał o to, by do uszu szefa docierał niekorzystny dla mistrza przekaz. „Wielki John” spakował manatki i przeniósł się do Coopera, a podia w Niemczech i USA oraz wygrana na koniec sezonu w Meksyku dały mu tytuł wicemistrza świata, za Jackiem Brabhamem. Nie brakuje opinii, że gdyby nie wewnętrzne niesnaski w Ferrari, to nie byłoby większych problemów ze zdobyciem kolejnego tytułu. Jednocześnie Surtees założył własny zespół, początkowo startujący w amerykańskiej serii Can-Am – i zdobył tam mistrzowski tytuł.

Kolejne dwa lata Surtees spędził w fabrycznym zespole Hondy, odnosząc w jej barwach swoje szóste i ostatnie zwycięstwo w F1 – w sezonie 1967, jak na ironię na ziemi Ferrari. Po odejściu Japończyków ze sportu i nieudanym epizodzie z BRM (jedno podium w 1969 roku) John postanowił, że nastał czas na to, by jego własna ekipa, startująca dotąd w Can-Am i Formule 5000, pojawiła się także w Grand Prix. W Formule 1 początkowo korzystał z McLarena M7C, a własne nadwozie – model TS7 – pojawiło się w połowie sezonu.

Surtees ostatni oficjalny start w F1 zaliczył w końcówce sezonu 1972, a jego ekipa istniała do 1978 roku. Przewinęli się przez nią tacy kierowcy jak inny motocyklowy mistrz świata Mike Hailwood, późniejszy mistrz świata F1 Alan Jones czy zwycięzcy Grand Prix: José Carlos Pace, Jochen Mass, Jean-Pierre Jabouille, John Watson, Vittorio Brambilla, Patrick Tambay i René Arnoux.

Bilans Surteesa jako właściciela zespołu był znacznie skromniejszy niż jako kierowcy: dziewięć sezonów w F1 przyniosło jedynie dwa podia (druga lokata Hailwooda w GP Włoch 1972 i trzecia Pace w GP Austrii 1973) i piątą lokatę wśród konstruktorów w 1972 roku. Można zatem powiedzieć, że w tej nowej roli bliżej mu było pod względem wyników do takich kolegów z toru, jak Graham Hill, Chris Amon, Wilson Fittipaldi czy Arturo Merzario – którym lepiej szło za kierownicą niż na fotelu właściciela ekipy. Niestety, nie nawiązał do sukcesów Jacka Brabhama czy Bruce’a McLarena – zwycięzców w obu rolach.

Największy dramat Surtees przeżył wiele lat po zakończeniu kariery, w 2009 roku. Miał już 75 lat, gdy jego syn Henry zginął w wyścigu Formuły 2 na torze Brands Hatch. Obiecujący zawodnik miał zaledwie 18 lat. John niemal do swojej śmierci aktywnie działał w fundacji imienia swojego syna, pojawiał się na Grand Prix i nawet brał udział w Festiwalu Prędkości w Goodwood: wdziewał skórzany kombinezon i podjeżdżał pod słynne wzgórze jednym ze swoich klasycznych motocykli.

Jego historyczne sukcesy pozostały jednak do pewnego stopnia niedocenione. Zdaniem wielu kibiców to skandal, że nie doczekał przyznania tytułu szlacheckiego. Członkiem Orderu Imperium Brytyjskiego (MBE) został jeszcze w latach 60., w 2008 roku z okazji urodzin królowej Elżbiety II dostał „awans” na Oficera Orderu (OBE), a nieco ponad rok temu jego nazwisko znalazło się na noworocznej liście odznaczonych orderem klasy Komandora (CBE). Tytuł Sir przysługuje dopiero dwóm najwyższym klasom i mimo licznych petycji Surtees nie doczekał zrównania się pod względem honorów z Sir Stirlingiem Mossem, Sir Jackiem Brabhamem czy Sir Jackie Stewartem.

Cóż, niesmak pozostał, ale dla niego znaczyło to tyle, co zeszłoroczny śnieg. Liczyło się to, czego dokonywał na torze. Był szybki, bardzo szybki, ale nie szalony. Rozumiał sprzęt, którym walczył o najwyższe lokaty, nie skupiając się wyłącznie na samej jeździe. Jego wyjątkowego osiągnięcia pewnie nikt już nigdy nie powtórzy.

2 KOMENTARZE

Comments are closed.