Kanada świętuje pięćdziesięciolecie pierwszego wyścigu Formuły 1, który odbył się 27 sierpnia 1967 roku na Mosport Park. Od tamtej pory królowa sportów motorowych gościła na kanadyjskich torach 47 razy (zdarzyły się bowiem trzy przerwy), dostarczając kibicom wielu niezapomnianych wrażeń, które wpisały się w annały F1. Nie inaczej będzie zapewne w najbliższy weekend, gdy do kolejnego starcia ruszą Sebastian Vettel, Lewis Hamilton i reszta towarzystwa.

Z krwi i kości
Przyznam, że czekam z niecierpliwością na to, co przyniesie rywalizacja na Ile Notre Dame. I to z kilku powodów. Nadzwyczaj frapujące jest to, jak wypadnie Hamilton, pięciokrotny zdobywca Grand Prix Kanady. Do tej pory Anglik czuł się w Montrealu jak ryba w wodzie, zwyciężając m.in. w dwóch poprzednich latach, o hat-trick nie będzie jednak łatwo.

Myślę, że trzykrotny mistrz świata marzy o tym, żeby jego przeciwnikiem okazał się ktoś z krwi i kości, a nie opony. Co się wydarzy, zobaczymy, aczkolwiek warto pamiętać o tym, że pozbawiona długich, szybkich zakrętów pętla w Montrealu nie ułatwia dogrzania przednich opon, z czym Mercedes (zwłaszcza Hamilton) miał w Monako tyle problemów. Jeżeli sytuacja się powtórzy, może się okazać, że pierwsze skrzypce w ekipie Srebrnych Strzał znowu będzie grał Valtteri Bottas, który najwidoczniej lepiej radzi sobie z dogrzewaniem ogumienia Pirelli.

Takich zmartwień nie ma stajnia Ferrari, która rozpędza się coraz mocniej. Nie ma wątpliwości, że Vettel będzie chciał pójść za ciosem i powalczyć o czwarty triumf w sezonie i powiększenie swojej przewagi w generalce, sięgającej obecnie 25 punktów. Co prawda Montreal nigdy nie należał do ulubionych torów wyścigowych czterokrotnego mistrza świata (jedna wygrana), ale tym razem Niemiec ma w ręku naprawdę mocne argumenty. Ciekawe jest również to, jak spisze się rozgoryczony wyścigiem w Monako Kimi Räikkönen? „Iceman” z pewnością ma w Kanadzie coś do udowodnienia – nie tyle Vettelowi, ile samemu sobie. Po raz ostatni Fin wizytował bowiem podium w Montrealu 11 lat temu (a rok wcześniej odniósł tam zwycięstwo). W najbliższy weekend stanie przed szansą na poprawę swoich statystyk.

Sztuka kompromisu
Patrząc na Circuit Gilles Villeneuve, widzimy długie odcinki przejeżdżane z gazem w podłodze, które przecinają szykany i ciasne nawroty. Na pierwszy rzut nic skomplikowanego, ale to tylko pozory, ponieważ w takiej charakterystyce – wymagającej licznych kompromisów – kryje się sporo pułapek, o które potykali się nawet najlepsi. Pod pewnymi względami Montreal przypomina Monako, bowiem pętlę ciasno opasają bariery. Różnice są jednak duże, gdyż kierowcy pędzą między nimi ze znacznie bardziej płaskimi skrzydłami, a co za tym idzie z nieporównywalnie mniejszym dociskiem.  Chwila nieuwagi bądź minimalny brak precyzji może zakończyć się lądowaniem na „Ścianie Mistrzów” albo na barierze przy czwartym czy dziewiątym zakręcie. W tych miejscach nawet pocałunek w ścianę bywa niezwykle kosztowny.

Ze względu na swój układ kanadyjski tor stawia szczególne wyzwania przed układami hamulcowymi, w kilku miejscach wyjątkowo mocno obciążonymi. Podobnie jak w przypadku skrzydeł, inżynierowie muszą znaleźć idealny balans pomiędzy skutecznym chłodzeniem hamulców, a co za tym idzie ich żywotnością, a wydajnością aerodynamiczną. Skala trudności jest zatem duża. Kto najlepiej sobie z nią poradzi, będzie miał w niedzielę powody do radości.

Od Brabhama…
Historia Grand Prix Kanady tak naprawdę sięga w 1961 roku, choć pierwszy wyścig w ramach mistrzostw świata Formuły 1 odbył się dopiero sześć lat później. Wówczas w zorganizowanym na Mosport Park wyścigu triumfował Jack Brabham, natomiast drugą pozycję zajął jego kolega z ekipy – Denny Hulme. Dzięki temu zespół Brabhama obronił wywalczony w 1966 roku tytuł mistrza świata konstruktorów.

Dwukrotnie (1968, 1970), na zmianę z Mosport Park, kanadyjska runda gościła na Mont-Tremblant w Quebecu. W 1978 roku wyścig został przeniesiony do Montrealu na sztuczną wyspę Notre Dame, zlokalizowaną na rzece Świętego Wawrzyńca. Ciekawostkę stanowi fakt, że do budowy przygotowanej z myślą o Expo ’67 wyspy wykorzystano 15 milionów ton skał, pochodzących z tuneli drążonych na potrzeby linii montrealskiego metra. Po wystawie światowej część obiektów przekształcono, z kolei inne wyburzono.

W następnej dekadzie wyspa była wykorzystywana jako jedna z aren Igrzysk Olimpijskich, rozgrywanych w 1976 roku w Montrealu. Zlokalizowano na niej bowiem basen, na którym odbywały się zawody wioślarskie i kajakarskie. Warto przy tej okazji wspomnieć, że obiekt na Notre Dame okazał się szczęśliwy dla Andrzeja Gronowicza i Jerzego Opary, który wywalczyli srebrny medal w kategorii kanadyjek dwójek na dystansie 500 metrów. Na 1000 metrów nasi reprezentanci też byli mocni, choć ostatecznie musieli się zadowolić czwartą lokatą.

… do Villeneuve’a
Dwa lata później na wyspie ścigali się już kierowcy Formuły 1. Ku wielkiej radości miejscowej publiczności, triumfatorem wyścigu został Gilles Villeneuve, dla którego było to zresztą pierwsze zwycięstwo w królewskiej kategorii sportów motorowych. W kolejnym sezonie Kanadyjczyk ponownie stanął w Montrealu na podium, aczkolwiek tym razem wpadł na metę sekundę za zwycięskim Alanem Jonesem, który w następnym roku powtórzył sukces, przypieczętowując zdobycie swojego jedynego tytułu mistrza świata.

Co do Gilles’a, to uzupełnił on swoją kolekcję o trzecią lokatę, wywalczoną w strugach deszczu (1981). To był jego ostatni występ na własnym podwórku, ponieważ wiosną 1982 roku typowany na mistrza świata kanadyjski as Ferrari zginął w wypadku na belgijskim torze Zolder. Na cześć wielkiego Kanadyjczyka obiekt na wyspie Notre Dame przemianowano na Circuit Gilles Villeneuve.

Brazylijskie akcenty
W latach 80. i na początku 90. świetnie radzili sobie w Montrealu Brazylijczycy. Nelson Piquet trzykrotnie świętował triumfy na wyspie Notre Dame – w 1991 roku odniósł tam swoje ostatnie zwycięstwo w F1 po tym, jak na ostatniej rundzie zmierzający po wygraną Nigel Mansell zgasił silnik w swoim Williamsie.

Ayrton Senna odniósł na torze imienia Gilles’a Villeneuve’a dwa triumfy (1988, 1990). Ten drugi wyścig był szczególnie interesujący za sprawą strategii, jaką obrał McLaren. Senna przepuścił bowiem ukaranego minutą za falstart Gerharda Bergera, który dzięki temu odrobił większość strat i zajął czwarte miejsce. W 1992 roku Senna miał szansę na trzecie zwycięstwo w Kanadzie, lecz w jego McLarenie oszalała elektronika i wygrana padła łupem Bergera.

„Ściana Mistrzów”
Prawdziwym królem Montrealu okazał się Michael Schumacher, którego kanadyjskie osiągnięcia budzą wyjątkowy szacunek. Poza siedmioma triumfami Niemiec zapisał na swoim koncie pięć lokat na niższych stopniach podium, sześć pierwszych pozycji startowych i cztery najszybsze okrążenia.

Wyjątkowej urody była wygrana numer sześć, ponieważ mówiąc szczerze „Schumi” nie powinien był wygrać tego wyścigu. Michael startował z trzeciej pozycji – za swoim młodszym bratem i Juanem Pablo Montoyą. Po pierwszej serii pit stopów znalazł się wprawdzie na prowadzeniu, ale kłopoty z oponami i hamulcami sprawiły, że samego końca musiał pilnie obserwować lusterka, w których szalał Ralf.

Tor w Montrealu zawdzięcza Michaelowi Schumacherowi jeszcze jedno, mianowicie „Ścianę Mistrzów”. Niemiec był bowiem jednym z trzech czempionów Formuły 1, którzy w trakcie wyścigu z 1999 roku padli ofiarą bandy na wyjściu na prostą startową. Pozostali to Damon Hill i Jacques Villeneuve (na ścianie wylądował jeszcze Ricardo Zonta, ówczesny mistrz F3000). Problemy rywali wykorzystał Mika Häkkinen, któremu przypadło w udziale zwycięstwo.

Button w zenicie
W Kanadzie odbył się najdłuższy wyścig w dziejach mistrzostw świata F1, trwający z przerwami ponad cztery godziny. Jego triumfatorem został Jenson Button, który w drodze po swoje najwspanialsze zwycięstwo zaliczył dwie kolizje, jedną z Hamiltonem, drugą z Fernando Alonso, sześciokrotnie zjeżdżał do alei serwisowej (w tym z powodu przebicia opony i przekroczenia prędkości w boksach), a przez chwilę zamykał nawet stawkę! Na prowadzenie wyszedł dopiero na ostatniej rundzie, wykorzystując koszmarny błąd Vettela.

Z pomocą Lewisa
Montreal już zawsze pozostanie szczególnym miejscem dla polskich kibiców, ponieważ to właśnie tam w 2008 roku Robert Kubica sięgnął po swoje jedyne zwycięstwo w Formule 1 – i to zaledwie dwanaście miesięcy po jego koszmarnie wyglądającej kraksie na kanadyjskim torze. Rozbrzmiewający nad kanadyjskim torem Mazurek Dąbrowskiego przyniósł tym większe emocje, że nasz rodak został wtedy liderem mistrzostw świata.

Kluczowy moment wyścigu rozegrał się w alei serwisowej podczas neutralizacji. Ponieważ przed wyjazdem paliło się czerwone światło, Robert przytomnie zatrzymał swój samochód. Räikkönen uczynił podobnie, zatrzymując się nico z lewej. Jadący za Finem Hamilton nie zorientował się o co chodzi i z impetem uderzył w tył Ferrari, eliminując zarówno siebie, jak i „Icemana”. Po chwili uderzył w nich jeszcze Nico Rosberg. – Jestem Lewisowi wdzięczny, że wybrał Kimiego, a nie mnie – komentował Polak, któremu kolizja faworytów otworzyła szansę na zwycięstwo. W pojedynku z Nickiem Heidfeldem nie pozostawił cienia wątpliwości, komu należała się wygrana.

Jeżeli czegoś można żałować, to tego, że osiągając przedsezonowy cel, zespół BMW Sauber spoczął na laurach. Nie ulega bowiem wątpliwości, że Kubica mógł zakończyć sezon nieco wyżej niż na czwartej pozycji. No ale cóż, tak to jest, gdy zespół nie rozumie, że w F1 trzeba łapać każdą nadarzającą się okazję, bowiem inna może się już po prostu nigdy nie zdarzyć…

Sztuka hamowania
Na koniec Hamilton, którego osiągnięcia w Montrealu ustępują jedynie Michaelowi Schumacherowi. To właśnie na kanadyjskim torze Anglik zdobył swoje pierwsze pole position i odniósł pierwsze zwycięstwo w F1. Z biegiem czasu dorzucił jeszcze cztery triumfy i tyle samo wygranych czasówek – w tym w ostatnich dwóch latach z ekipą Mercedesa.

Sukcesy Hamiltona w Montrealu nie są przypadkowe. Anglik może bowiem wykorzystać na Circuit Gilles Villeneuve jeden ze swoich największych atutów – świetne wyczucie na hamowaniu z dużych prędkości. Tym razem może to jednak nie wystarczyć…

Trochę historii…
W ostatnim wyścigu na torze Mosport, w 1977 roku, James Hunt… uderzył porządkowego w furii po tym, jak wypadł z toru wskutek kolizji z kolegą z McLarena, Jochenem Massem.

W 1978 roku kanadyjscy kibice świętowali w Montrealu pierwsze zwycięstwo Gilles’a Villeneuve’a.

Trzy lata później nawet oberwane przednie skrzydło, zasłaniające widok z kokpitu, nie przeszkodziło kanadyjskiemu bohaterowi w zajęciu trzeciej lokaty przed własną publicznością.

W 1989 roku dublet w Kanadzie zgarnął Williams: swoje pierwsze zwycięstwo w F1 odniósł Thierry Boutsen, natomiast na drugiej pozycji finiszował Ricardo Patrese. Trzecią lokatę zajął Andrea de Cesaris, po raz piąty i ostatni w karierze oglądany na podium F1.


Pierwsze okrążenie Grand Prix Kanady w 1993 roku stanowiło prawdziwy majstersztyk w wykonaniu Ayrtona Senny.

Pierwsze (1994) ze swoich siedmiu triumfów w Kanadzie Michael Schumacher wywalczył za kierownicą Benettona. Po pozostałe sięgnął z ekipą Ferrari.

W 1995 roku po wygraną w Kanadzie sięgnął Jean Alesi. Był to jego jedyny triumf w karierze.

Dziesięć lat temu Robert Kubica przeżył w Montrealu groźnie wyglądającą kraksę. Polak uderzył w betonową bandę z impetem sięgającym 75 g. Szczęśliwie wyszedł z kraksy bez poważniejszych obrażeń. Rok później sięgnął w Kanadzie po swoje jedyne zwycięstwo w F1.

W 2014 roku na Circuit Gilles Villeneuve pierwsze ze swoich czterech zwycięstw w F1 odniósł Daniel Ricciardo.

Lewis Hamilton zwyciężał w Kanadzie pięciokrotnie – w 2015 i 2016 roku z barwach Mercedesa. W 2008 roku zakończył wyścig swój i Räikkönena, kuriozalną kolizją w alei serwisowej.

5 KOMENTARZE

  1. Wow, jaka dawka informacji. Proponuję przeczytać kolegom Mikołaja ze stacji ElevenSports.

  2. Jubileusz w Kanadzie to dobry moment na zaproszenie do padoków specjalnych gości… ciekawe kogo mogłoby zaprosić Renault 😉

    PS.
    Litości… bajoro na którym ścigają się kajakarze. i wioślarze raczej basenem nie jest nazywane… nawet jeśli z czysto wodnobudowlanego punktu widzenie jest to właśnie basen 😉

Comments are closed.