Robert w formie: o rajdach, wyścigach, F1…

Pojawia nam się nowa, doroczna tradycja na SokolimOkiem: długa, konkretna rozmowa z Robertem Kubicą. Dwanaście miesięcy temu trzyczęściowy wywiad przypadł do gustu nie tylko Wam, ale także kibicom z innych krajów (wydrukowano go w motorsportowych magazynach w Holandii, Portugalii czy Chorwacji). W tym roku uderzamy jednorazowo: długa lektura o rajdach, wyścigach oraz Formule 1 i mam nadzieję, że nie będzie to dla Was zmarnowany czas 😉

Nie chciałem dzielić tej rozmowy na części, bo wszystko tworzy całość, a jeśli ktoś nie zdoła dobrnąć do końca, to zawsze można wrócić do czytania jutro. Sądzę, że każdy fan motorsportu wyłowi kilka naprawdę wartościowych zdań. Może więcej osób zrozumie, o co Robertowi chodzi w tych rajdach…

English version HERE

Jesteś w połowie drugiego pełnego sezonu w samochodzie klasy WRC. Na początku rajdowych startów mówiłeś, że do zdobycia doświadczenia na tym poziomie potrzebne są minimum trzy sezony. Czy ta ocena zmieniła się wraz z upływem czasu i kolejnymi startami?
Tak naprawdę nie i nadal podtrzymuję, że trzy pełne sezony w Rajdowych Samochodowych Mistrzostwach Świata są potrzebne, żeby to wszystko miało sens, ręce i nogi. Trzeba też wziąć poprawkę na to, że ja pochodzę z całkiem innego świata. Wyścigi i rajdy mają bardzo mało wspólnego i to tak, jak porównywać siatkarza i koszykarza. Bierzemy jednego z najlepszych siatkarzy i niech sobie gra w NBA. Na pewno pewne rzeczy można przenieść z wyścigów do rajdów i odwrotnie, jednak charakterystyka i specyfika tych sportów jest zupełnie inna i każdy kierowca musi trochę inaczej się rozwijać.

Pytam o to rajdowe zbieranie doświadczenia, bo zimą powtarza się taki okres niepewności: czym i gdzie będziesz startował, czy dalej w rajdach – przez pewien czas nie wiadomo…
Nie wiadomo, bo na dzisiaj nie mogę jeździć w rajdach za darmo! Do tego sezon Rajdowych Samochodowych Mistrzostw Świata kończy się bardzo późno i zaczyna bardzo wcześnie, ponieważ czołówka już w grudniu testuje przed Rajdem Monte Carlo. Taka jest kolej życia: żeby podjąć pewne decyzje, nie wystarczają tylko twoje decyzje. Jest też cały sztab ludzi i trzeba mieć wszystkie puzzle na swoim miejscu, żeby móc podjąć tę decyzję. W tym roku podjęliśmy ją bardzo późno i niestety nie tak miało to wyglądać. Pewne konsekwencje ciągną się do dziś, co na pewno nie ułatwia zadania, ale nie ma co narzekać i trzeba starać się jak najlepiej robić swoje i dążyć powolutku do jakichś tam celów czy też do poprawy.

Wszystko zaczęło się dosyć niewinnie – od mojego widzimisię, żeby wystartować. Tak naprawdę zaczęło się od tego, żeby poznać coś nowego i mieć nowe wyzwania. Będąc w Formule 1, zawsze miałem jakieś tam wyzwanie i jakiś tam swój cel. Niestety, po wypadku znalazłem się w sytuacji trochę innej niż byłem. Za wszelką cenę – ponieważ mam ambitny charakter – chciałem znaleźć sobie wyzwanie, które według mojej oceny będzie równie trudne do sprostania albo nawet trudniejsze niż te, które miałem w Formule 1.

Decyzja o startach w rajdach sprawiła, że to wyzwanie było ogromne. Ogromna była też ilość czasu i pracy, które trzeba było włożyć i i jest to duże ryzyko. 2013 rok to był mój pierwszy sezon startów w rajdach. Jeździłem w WRC-2, udało mi się wygrać od razu tytuł, i to w dobrym stylu, ale jeśli chodzi o jazdę… Jak jechałem rajdy szutrowe, to wydawało mi się, że dobrze jadę. Dopiero w sezonie 2014, jak znowu pojechałem te rajdy – jeśli spojrzymy na wyniki, to nawet dużo gorzej – to chwyciłem się za głowę i mówię: „co ja wtedy myślałem?”. Wydawało mi się, że jechałem bardzo dobrze, ale czasami to, co ci się wydaje, nie zawsze jest zgodne z rzeczywistością.

Żeby walczyć z czołówką, trzeba mieć te wszystkie puzzle poukładane. Cały sezon w mistrzostwach świata, z odpowiednim zapleczem, to są bardzo wysokie koszty i trzeba podziękować Grupie Azoty, Grupie Lotos i wszystkim naszym partnerom, którzy sprawili, że mogliśmy od samego początku w tym roku startować. Zadanie na pewno nie jest łatwe, biorąc pod uwagę sytuację ogólną, czyli moje doświadczenie i moje ambicje.

Małe doświadczenie, duże ambicje?
Jeśli chodzi o rajdy, to na dziś tak naprawdę nie mam żadnych ambicji. To znaczy mam, żeby pojechać jak najlepiej.

Presji na wynik nie ma?
Fajnie by było, ale obecnie wynik jest ważny tylko z jednego punktu widzenia. W rajdach, jak w każdym innym sporcie, nie da się napisać scenariusza, zaplanować wszystkiego, i to jest fajne, bo wszystko może się wydarzyć i trzeba być w odpowiednim miejscu w odpowiednim czasie – mówiąc wprost, trzeba być na drodze, żeby wykorzystać potknięcia innych i mieć wynik.

Sądzę jednak, że dzisiaj jest dużo więcej cenniejszych rzeczy niż wynik – to, żeby kiedyś można było go osiągnąć nie tylko przez wpadki innych, ale też swoją siłą, swoimi rękami, swoim doświadczeniem i umiejętnościami. Dlatego rajdy mogą być bardzo niewdzięczne, bo mały błąd może cię dużo kosztować. Na dystansie całego rajdu każda załoga ma jakieś sytuacje podbramkowe i teraz kwestia jest taka, że jeśli tobie jakimś fartem udało się wyjść z nich i dojechać do mety, to jest fajnie. Jeśli niestety ci się nie udało, nie miałeś za dużo farta i coś się wydarzyło, to wtedy odbiór jest całkiem inny. Tak naprawdę jest albo czarno, albo biało. Nie ma remisu.

W dzisiejszej sytuacji znajduję się w takim momencie, w którym powinienem tak jechać rajd, żeby dojechać i zbierać punkty. Wówczas jeśli nikt nie będzie miał przygód, to powinienem być w okolicach dwunastego miejsca. Tyle, że ja chcę sprawdzić, czy jestem w stanie nauczyć się tej dyscypliny w takim stopniu, żebym był w stanie równo ścigać się z tymi chłopakami na najwyższym szczeblu – z rajdu na rajd, a nie tylko na poszczególnych odcinkach. Później, jeśli będę w stanie, to trzeba będzie mieć do tego odpowiedni pakiet: testy, starty w innych rajdach.

Problem też jest taki, że mając mniejsze doświadczenie i startując tylko w tych rajdach, w których oni startują, nie robię dwóch kroków, tylko jeden. Oni na pewno dużo mniej wyciągają z poszczególnych odcinków, bo je już jechali i znają tę dyscyplinę. Pod tym względem na pewno w 2013 roku było dla mnie ciekawiej, inaczej. Miałem do osiągnięcia cel, czyli wygranie mistrzostw WRC-2, a potem miałem rajdy treningowe, gdzie po prostu robiłem to, co mi się podobało. Dziwnym trafem na przykład w WRC-2 na siedem rajdów do punktacji liczyło się sześć, my wygraliśmy pięć i raz byliśmy drudzy, czyli praktycznie full points. Tak naprawdę nigdy nikt więcej nie zdobył i ludzie nabrali trochę za dużego apetytu, a jednak WRC to jest całkiem inna liga. Nie chodzi o sam poziom kierowców, ale też o tempo jazdy, o ich zaplecze. Nagle okazuje się, że prywatnym autem WRC tak naprawdę nie jesteś w stanie się do nich podpinać – albo jesteś, ale to bardzo ryzykowne.

Dla mnie największym priorytetem i największym plusem tego wszystkiego jest dzisiaj to, że pamiętam, jak po zapoznaniu po każdym oesie miałem sto znaków zapytania: a to miejsce tam, a ten skok to o matko, co to będzie działo, wiesz. Na torze wszystko było zaplanowane, pod kontrolą. Teraz czuję się już bardziej rajdowo, już się tak nie boję różnych miejsc. Nie lekceważę ich, ale wiem, co się wydarzy. Jest dużo mniej niespodzianek i rozmyślania. Jedzie się dużo bardziej po rajdowemu, jest więcej improwizacji.

Chociaż dzisiaj Krzysiek [Hołowczyc] powiedział: kiedy spytałem go o jeden nowy oes, czy go zna, to on mówi, że na pamięć. Tyle razy go jechał. To jest dopiero komfort, inna bajka. Prawda jest taka, że jak jedziesz, to dokładnie wiedziesz i kojarzysz, że ten zakręt jest śliski, bo na przykład co roku jest śliski, a następny jest przyczepny, ale musisz uważać, bo dwa zakręty później znowu robi się ślisko. Automatycznie dużo mniejsze jest ryzyko, że coś ci się poślizgnie, wymsknie spod kontroli i będzie kuku. No, ale do tego trzeba czasu, cierpliwości i też możliwości.

Piękne trasy i piękne czasy na odcinkach: oesowe zwycięstwa w Rajdzie Monte Carlo zwróciły uwagę rajdowego świata.
Piękne trasy i piękne czasy na odcinkach: oesowe zwycięstwa w Rajdzie Monte Carlo zwróciły uwagę rajdowego świata.

Wspomniałeś, że cenne jest dla Ciebie sprawdzenie, czy kiedyś będziesz w stanie powalczyć z chłopakami z czołówki. Czy wszystko idzie w odpowiednim kierunku?
Na przykład w 2013 roku pojechałem naprawdę rewelacyjne dwa dni na asfalcie w Hiszpanii. Uważam, że Citroen jest idealny do jazdy po asfalcie, świetnie mi się nim jechało. Gdybyśmy wyliczyli różnicę pomiędzy autem WRC i RRC, to mogłoby się okazać, że nawet jadąc ten rajd po raz pierwszy, miałem doskonałe tempo. Akurat miałem bardzo dobre auto na końcówkę sezonu, Hiszpania jest taka najbardziej „torowa”, samochód fajnie się mnie słuchał i do tego Citroen jest też bardziej wyścigowy niż rajdowy. Jednak nigdy nie przyszło mi do głowy, że będę w stanie być blisko czołówki na szutrze. W ubiegłym roku na przykład na Sardynii były odcinki, gdzie jechałem bardzo blisko czołówki, a wiem tak naprawdę, ile traciłem na systemie zmiany biegów, który nie pracował rewelacyjnie. Jazda na szutrze się poprawiła i jakieś światełko w tunelu jest. A to, jak się potoczy sytuacja, to zobaczymy.

Pamiętam wywiad z 2010 roku, w którym – jeszcze obserwując rajdy z boku – porównywałeś Colina McRae i Carlosa Sainza. Ten pierwszy był bardziej znany, jeździł widowiskowo, ale miał dużo dzwonów. Z kolei Sainz był bardziej skuteczny. Teraz przypinają Ci łatkę Colina, a czy kiedyś nadejdzie Carlos?
Carlos nie Carlos, wszystko zależy od priorytetu i celów. Ja jestem naprawdę w dużo innej sytuacji niż Colin kiedykolwiek był, bo on zanim zaczął startować w Rajdowych Samochodowych Mistrzostwach Świata, tych rajdów przejechał sporo…

…i rozbił dużo samochodów.
Nie wiem, wtedy się tym nie interesowałem. Łatwo się mówi i łatwo się patrzy z zewnątrz i nie mówię tego po to, żeby bronić Colina czy mnie, bo pewnych faktów nie da się wybronić. Z drugiej strony na to, jak potoczy się rajd, składa się jednak wiele czynników. Rytm jazdy w mistrzostwach świata jest bardzo wysoki – może zbyt wysoki, ponieważ większość załóg poza jedną czy dwiema ma jakieś przygody. Czasami kierowca zajmuje na przykład trzecie miejsce, a potem na YouTube widzisz go trzy razy poza drogą. Raz dziesięć centymetrów od murku przy 100 km/h, drugi raz leci rowem, trzeci raz na przykład walnie w kamień, w który ty też walnąłeś i zostawiłeś tylne zawieszenie, a on pojechał dalej. Wtedy się zastanawiasz, o co w tym wszystkim chodzi. Czy to jest szczęście, czy to jest pech? Ja zawsze uważałem i uważam, że w sportach samochodowych nie ma pecha i szczęścia.

Jeśli kończysz rajd, to jest cacy, ale tak naprawdę mógłbyś go zakończyć tam, gdzie ktoś już odpadł albo na tym murku, który jakimś cudem ledwo co ominąłeś. Ja zawsze mówię, że to jest tak jak z kartami: musisz mieć cztery dżokery na rajd. Jak masz te cztery dżokery i je użyjesz, to jest dobrze i jesteś w stanie ukończyć rajd, jadąc czy starając się jechać tempem czołówki. To, czy rzeczywiście jedziesz takim tempem, to już oczywiście inna historia – ale przynajmniej się starasz.

Punkty zdobywa się jednak na mecie.
Na pewno trzeba jechać trochę inaczej, żeby wywieźć jak najwięcej punktów na koniec sezonu. Ale jeśli ty chciałbyś kiedyś ścigać się z czołówką, to trzeba próbować jechać tak jak oni, bo inaczej nigdy nie wiesz, jak oni jadą, ile to kosztuje wysiłku i z jakim ryzykiem się wiąże.

Chociaż ryzyko to złe słowo, bo nigdy nie jest tak, że wsiadamy do rajdówki, mówimy „dobra, teraz jedziemy na sto procent”, zapinamy się mocno w pasy i co będzie, to będzie. Ja jeszcze nigdy tak nie wystartowałem do odcinka. Oczywiście momentami jedziesz szybciej, momentami jedziesz wolniej, ale paradoksalne jest to, że ja popełniałem błędy jadąc dużo wolniej, bo te auta nie są zbudowane do wolnej jazdy. Wszystko musi pracować: opony, zawieszenie, amortyzatory. Muszą być siły. Przy małym doświadczeniu nie ma różnicy, czy jedziesz sekundę, czy dwie wolniej na kilometrze. Oczywiście jadąc wolniej masz większe szanse na to, że jak coś się wydarzy, to się wybronisz. Nie jest jednak powiedziane, że masz mniej sytuacji podbramkowych i jest taka sama szansa na to, że coś się wydarzy.

Nie jest tajemnicą, że nie jeździsz najlepszym samochodem w stawce. Tak mi się przypomina przykład Daniela Ricciardo, który po startach w HRT i Toro Rosso rozprawił się w Red Bullu z Sebastianem Vettelem, przyzwyczajonym do startów świetnym autem. Czy myślisz, że w przyszłości będziesz mógł skorzystać na nauce w trudnym samochodzie?
Może tak się wydarzyć, chociaż ciężko jest to powiedzieć, bo nikt nie wie, co wydarzy się w przyszłości. Na pewno komfort jazdy autem z czołówki byłby dużo większy. Ja uważam, że samo auto nie jedzie, ale też pomaga w komforcie pracy kierowcy. Jeśli wiesz, że nawet gdy pojedziesz słaby odcinek, to i tak nadal jesteś piąty czy szósty, to jedzie się dużo łatwiej niż w sytuacji, w której wiesz, że po świetnej jeździe i tak będziesz szósty.

Uważam, że gdybym miał startować tylko po wyniki, to na pewno byłbym w stanie zrobić tak, żeby być dużo równiejszym kierowcą. Tyle, że te wyniki na pewno nie będą w granicach szóstego miejsca – oczywiście mogą być, jeśli zdarzy się taki rajd jak na Sardynii, gdzie jest siedem czy osiem defektów i każdy, kto dotoczy się do mety, zbiera solidne punkty. Jednak na pewno moja osobista satysfakcja jest dużo większa, jeśli pojadę solidny rajd, jak na przykład w Portugalii. Tam byłem dziewiąty, ale różnica czasowa do czołówki była dużo mniejsza i z nią na Sardynii byłbym na przykład trzeci. To są rzeczy, których nie widać. Wiedzą o nich kierowca i ludzie dookoła.

Przyjdzie czas – nie wiem czy na pewno, ale miejmy nadzieję – kiedy będę w stanie się skupić i będę czuł się na siłach, żeby koncentrować się na wyniku i jechać tak, jak mi odpowiada. Wtedy na dłuższą metę będziemy oceniać, czy będę w stanie być w czołówce, trzymać poziom przez różne rajdy. Wszyscy tu zapominają, że każdy rajd w mistrzostwach świata to inna bajka. To jest tak, jak byśmy szli do kina na komedię, później na horror, na film wojenny, na kreskówkę. Każdy rajd to inna historia, inna charakterystyka i dlatego też nie jest tak, że zbierane doświadczenie się kumuluje. Z doświadczenia, które zbierzesz na Rajdzie Polski w tym roku, w Finlandii przyda się tylko dwadzieścia procent. Musisz czekać cały rok, żeby przyjechać znowu do Polski na ten sam rajd. Jeśli wtedy organizator zmieni 80% trasy, to wszystko zaczyna się od nowa. Łatwiej jest temu, kto ma większe doświadczenie, a ty znowu wracasz do tyłu.

Do walki o najwyższe cele potrzebny jest jednak fotel w zespole fabrycznym…
Umówmy się, że z moimi wpadkami to żaden zespół fabryczny mnie nie zatrudni! Bądźmy tutaj realistami 🙂 Zespół prywatny nigdy nie wygrał i nie wygra, to jest bardzo proste. Może poszczególne oesy, tak jak nam się udawało, to tak, ale na dłuższą metę nie jesteś w stanie nawet powalczyć.

Plan jest jasny: powalczyć z czołówką.
Plan jest jasny: powalczyć z czołówką.

Musi przyjść taki moment…
Musi albo nie musi, zobaczymy. Ja będę na pewno starał się polepszać jako kierowca i dążyć do tego, żeby w momencie, w którym będę czuł się na siłach, znaleźć się w odpowiednim miejscu i czasie. Zawsze trzeba dążyć do tego, żeby stawać się coraz lepszym w swojej dyscyplinie i wtedy jest większe prawdopodobieństwo, że taki moment przyjdzie. Miałem to szczęście, że doszedłem do Formuły 1 i to mi otworzyło nową furtkę do pięciu sezonów w Formule 1, na moim zdaniem całkiem niezłym poziomie. Niektóre moje sezony były niemal perfekcyjne, ale gdybym nie znalazł się w odpowiednim miejscu w odpowiednim czasie, to może już by nikt nie pamiętał o mnie, bo wcześniej jeździłem w Formule 3 i kto by to teraz pamiętał…

Czy czujesz się już bardziej kierowcą rajdowym niż wyścigowym?
Nadal czuję się kierowcą wyścigowym, ponieważ dorastałem jako kierowca wyścigowy. To, że coraz bliżej mi do kierowcy rajdowego, to już inna para kaloszy. Właśnie to może zaprocentować w przyszłości: kiedy wreszcie wsiądę do tej rajdówki i poczuję się tak naturalnie, jak pijąc wodę. To dla mnie bardzo ważne, żeby wszystko stało się bardziej naturalne.

Nie spoglądasz czasem w stronę toru, żeby tam trochę pojeździć?
Pojeździć to czasami sobie pojeżdżę. Problem z torem jest taki, że ja wiem, jak jeździłem przed wypadkiem, kiedy byłem w cudzysłowie stuprocentowy. Były później trzy czy cztery okazje, kiedy zasiadałem za kierownicą, czy to na torze, czy to w symulatorze, i w pewnym momencie zacząłem się zastanawiać czy to jest możliwe, że jadę szybciej niż dawniej. Raczej to jest niemożliwe, ale ogólnie jeśli chodzi o prędkość, to mało się zmieniło. Oczywiście teraz mam pewne ograniczenia i automatycznie mnie to bardziej wkurza, bo wiem, jak jeździłem przedtem na torze, bez tych ograniczeń. W rajdach tak naprawdę nigdy nie jeździłem na takim poziomie, takimi samochodami i na takich trasach bez moich ograniczeń, więc tak naprawdę nie wiem, jak by było. Jedno wiem: na pewno byłoby łatwiej.

Dlatego tak cenne dla mnie jest to, żeby w rajdach wszystko stało się dla mnie bardziej naturalne. Tylko wtedy będę mógł brać poprawkę na moje ograniczenia, a tak jest za dużo rzeczy, które mogą mnie zaskoczyć i utrudnić zadanie. Im więcej takich rzeczy, tym łatwiej, że coś ci się wymsknie.

Czy jest jakaś poprawa, jeśli chodzi o Twoje ograniczenia?
W codziennym życiu jest tak samo, bo nie miałem żadnych zabiegów. Powiedzmy, że poszło to trochę w odstawkę. Jeśli chodzi o auto rajdowe, to jest o wiele łatwiej. W Portugalii były odcinki, na których było dużo kolein. Takie oesy zawsze były dla mnie ciężkie, ale byłem zadowolony, ponieważ wiem, że przed rokiem na tych partiach straciłbym dużo więcej. Nadal dużo tracę i to jest normalne, bo dzieje się wiele rzeczy, których nie jesteś w stanie zaplanować, jadąc jakby w rynnie i nie wiedząc, co za chwilę zrobi tył auta: czy chwyci, czy załapie. Na pewno na takich partiach muszę dużo bardziej ryzykować, żeby trzymać rytm czołówki. Nie chodzi o to, że ryzykuję, bo chcę, tylko z moimi ograniczeniami automatycznie wiąże się większe ryzyko. Rok czy dwa lata temu bardziej odpuszczałem na takich partiach, a teraz czuję się na nich może nie pewnie, ale mniej mnie zaskakują i mniej się ich boję. Nie ma chyba nic gorszego niż robienie czegoś, nad czym nie ma się kontroli. Trzeba brać poprawkę.

Nie uważasz, że w motorsporcie – rajdach czy wyścigach – brakuje teraz osobowości? Kierowców, którzy mówią to, co myślą, a nie to, co muszą. Tak jak ty albo Kris Meeke w rajdach…
Wszystkich kierowców trzeba doceniać i należy im się respekt. W Formule 1 było tak, że jak coś powiedziałeś, to niektórzy bili brawo, a u innych za to samo zdanie szedłeś na dywanik. Ciężko jest powiedzieć coś, co by satysfakcjonowało wszystkich. Jeśli jesteś w zespole fabrycznym, to udzielanie wywiadów nie jest takie łatwe, bo z jednej strony ma się spory reżim jeśli chodzi o to, co można powiedzieć i w jaki sposób, a z drugiej nie możesz też powiedzieć niczego.

Jeśli nie możesz nic powiedzieć od siebie i masz tyle narzuconych punktów, których musisz się trzymać, to ciężko jest być gwiazdą, która wali prosto z mostu. Nawet nie chodzi o walenie prosto z mostu, bo w dzisiejszych czasach żadna krytyka nie jest mile widziana.

Widzisz, nawet dzisiaj na konferencji [przed Rajdem Polski]… tutaj nikt do dzisiaj nie zrozumiał, że w 2013 roku mało osób miało tak zwane jaja, żeby powiedzieć, jak to naprawdę wyglądało: że ludzie stali po kolana w błocie. Nie chodzi tu o mnie, bo ja byłem na serwisie przez 20 minut, a kibice z małymi dziećmi stali tam po trzy godziny. Mówiło się, że to ja narzekałem – a ja nie narzekałem, tylko powiedziałem, co widziałem.

Cieszę się, ponieważ dwa lata później ci sami ludzie mogą przyjechać i jak będzie walił deszcz, to oni będą sobie stali na betonie. Mam satysfakcję z tego, bo uważam, że należy się respekt ludziom, którzy przyjeżdżają z rodzinami spędzić weekend, żeby mogli obejrzeć w godnych warunkach jedną z ważniejszych imprez w Polsce – nie tylko w sporcie, tylko w ogóle.

To była konstruktywna krytyka i cieszę się, bo powiedziałem, jak wyglądała sytuacja i pojawiły się efekty. Większość mówiła to samo za plecami i nie miała odwagi czy myślała bardziej o sobie. Problem był taki, że nie dało się dojść do kibiców, żeby dać im autograf. Jak wszedłem w to błoto i chciałem przesunąć się o pół metra dalej, to zostałem bez butów. Zawodnicy nie mogą tam wejść w butach rajdowych, no i kibice są niezadowoleni.

Uważam, że zrobiłem dużo dobrego dla Rajdu Polski, tak naprawdę w ten weekend wszyscy jesteśmy na jednej łodzi i wiosłujemy w tym samym kierunku. To, że ktoś nie wychodzi z Gołębiewskiego i ma zawsze ładne buciki, to nie znaczy, że wszystko było idealnie. Ktoś, kto nawet nie był tam na miejscu i nie widział, jak było – ale wiadomo, że media szukają sensacji. Tak jak w tym sezonie z Rajdem Warmińskim: ja raz powiedziałem tylko jedno zdanie, że chciałbym pojechać jakiś rajd. Celowo nawet nie wymieniłem nazwy, ale wszyscy w Polsce pomyśleli, że jadę Warmiński. Każdy sobie dopisał swój tekst, swoje parę słów i się zrobiła cała historia.

To skoro już jesteśmy przy krytykowaniu…
Nie no, to tak półżartem było! Dopisz tam uśmieszek [dopisuję 😉 ], bo znowu będzie jazda. Na przykład uważam, że w zeszłym roku Rajd Polski był fajnym rajdem, ale o tym się nie pisało, bo jak Kubica powie, że organizatorzy zrobili dobrą robotę, to nie będzie świetnego tytułu. Jak zrobili, to trzeba o tym powiedzieć, a jak coś nie gra, to dla dobra całego sportu też trzeba powiedzieć. Uważam, że dla wszystkich jest lepiej, że mamy rajd w mistrzostwach świata. Akurat w 2013 roku tak nie było i ja się założę, że gdyby w sezonie 2013 przyjechałyby tu Rajdowe Samochodowe Mistrzostwa Świata i ludzie z FIA, to w 2014 roku Rajdu Polski by nie było. A tak akurat dobrze się stało, że pogoda była jaka była i można było skorygować pewne niedociągnięcia. Proste?

Tak, to wracając do tego krytykowania… Oglądasz F1, bo ostatnio modne się zrobiło krytykowanie?
Mało, ponieważ jestem dosyć zajęty. Z reguły jest krytykowanie, jak jedni wygrywają.

Tak samo jest w rajdach: teraz Volkswagen i Ogier, wcześniej Citroen i Loeb…
W rajdach samochody nie jadą razem. Rajdy docenia się za coś innego niż wyścigi. Plusem widowiska w wyścigach jest kontakt, walka. Wszyscy widzą, że na przykład jeden jedzie 10 km/h szybciej na prostej niż drugi, a w rajdach tego nie widać, chociaż rzeczywistość jest bardzo podobna. Tylko że jest dużo trudniej dostać takie informacje, nie ma tego podanego na talerzu. Dla kibiców to są zupełnie inne sporty. Można tu kłócić się godzinami, co jest bardziej atrakcyjne dla kibiców i kierowców. W zależności od gustu jeden powie to, a drugi tamto. Umówmy się jednak, że to są dyscypliny, które mają mało wspólnego ze sobą. Ktoś lubi kurz i dwugodzinny marsz na fajną miejscówkę, gdzie rozpala grilla i siedzi cały dzień – bo w rajdach są tacy pasjonaci – a w wyścigach nie jest w stanie tego zrobić, ponieważ na Gold Tribune raczej ciężko wpaść z grillem 🙂

Tak się zastanawiam, czy wśród polskich kibiców są narzekania na F1, bo nie ma… wiesz…
…Bo nie ma Kubicy! Już dużo było następców 😀 Ja uważam, że Formuła 1 jest mniej atrakcyjna – ale nie mówię, że nie jest atrakcyjna – bo teraz jest wolniejsza. Na początku wyścigu samochody jeżdżą o jakieś osiem sekund wolniej. Sądzę, że ten sam wyścig w 2008 roku, z taką samą liczbą okrążeń, kończyliśmy jakieś 8 minut wcześniej. Z drugiej strony pamiętam, że w ubiegłym roku było paru młodych kierowców, którzy mieli problemy w Singapurze. Singapur jest naprawdę hardkorowy, ale ponieważ wyścigi są wolniejsze, jazda stała się dużo mniej fizyczna i jak przyjeżdża się na tor bardziej fizyczny, to okazuje się, że zawodnicy są słabo przygotowani. Za nie tak dawnych czasów, kiedy było tankowanie, wszystko składało się na serię sprintów i dużo szybciej się jeździło. Jeszcze nie tak dawno było tak, że jeśli jeździłeś trzy dni testów i fizycznie naprawdę nie było już łatwo, to wystarczyło zwolnić o trzy dziesiąte sekundy na okrążeniu, żeby nie odczuwać takiego wysiłku. Trzy dziesiąte!

Mam wrażenie, że wśród polskich kibiców tych narzekań byłoby mniej, ale po prostu brakuje im Kubicy w Formule 1…
Kubicy też brakuje Formuły 1. Mówmy prosto z mostu. Trudno, takie życie.

Żyjemy jeszcze jakąś nadzieją?
Nadzieja nigdy nie umiera 🙂 Trzeba być realistą. Gdyby ktoś mi powiedział: „Robert, na początku sezonu jedziesz na Monzy”, to jestem w stanie schudnąć te 10 kilogramów, które niestety mi przybyło – no, spokojnie sześć-siedem, no problem – i pojechałbym ten wyścig. Sądzę, że bym sobie nawet nieźle poradził, ale wiem, że pewnych wyścigów nie dałbym rady pojechać. Na początku naszej rozmowy powiedziałem ważne zdanie, na które wiele osób nie zwraca uwagi, nie docenia jego wagi. Znalazłem się w miejscu, w którym potrzebowałem nowych celów. Nowych, bo wiem już, że tamtych nie jestem w stanie osiągnąć i te nowe rajdowe mają mi zastąpić te, które na dziś niestety są poza zasięgiem…


Jeśli ktoś miałby ochotę wykorzystać fragmenty tej rozmowy w swoim medium, to serdecznie zapraszam do kontaktu: kontakt@sokolimokiem.com

1 KOMENTARZ

Comments are closed.