Numer jeden, mechanicy w złotych butach i kolejny rekord: Sebastian Vettel odhacza sukces za sukcesem.

Za nami ostatnia sesja kwalifikacyjna w sezonie 2011, a od zapadnięcia w zimowy sen dzieli nas już tylko niedzielny wyścig o Grand Prix Brazylii. Nawet jeśli zapowiadany deszcz oszczędzi kierowców, zmagania na Interlagos powinny być godnym zakończeniem ciekawego sezonu. Ciekawego, wyjąwszy oczywiście bezdyskusyjną dominację Sebastiana Vettela.

W sobotę mistrz odhaczył kolejną pozycję na wydłużającej się liście rekordów. Piętnaste pole position w sezonie oznacza, że z tabel zniknęło osiągnięcie Nigela Mansella z sezonu 1992. Wąsaty Anglik w szesnastu czasówkach triumfował 14 razy, a nowy rekordzista sam podkreśla, że do wyśrubowania tego osiągnięcia miał o trzy próby więcej. W niczym nie zmienia to faktu, że Vettel perfekcyjnie wykorzystuje przewagę konstrukcji Adriana Neweya – jego dziełem był także wyposażony w doskonałe aktywne zawieszenie Williams FW14B, którym tytuł w 1992 roku zdobył Mansell. Na szczęście dla kierowców McLarena czy Ferrari, tegoroczna przewaga Red Bulla nie jest aż tak miażdżąca, jak miało to miejsce w przypadku Williamsa sprzed dziewiętnastu lat.

Popatrzmy na małe porównanie: Vettel był na pojedynczym kwalifikacyjnym okrążeniu Interlagos szybszy o 0,365 sekundy od najlepszego kierowcy spoza ekipy Red Bulla (tytuł „best of the rest” tym razem wywalczył Jenson Button). W 1992 roku w czasówce do rozgrywanej w początkowej fazie sezonu GP Brazylii na tym samym torze Mansell pokonał drugiego w zestawieniu zespołowego kolegę Riccardo Patrese o 1,191 sekundy, a trzeci w kwalifikacjach Ayrton Senna (McLaren) stracił do Anglika 2,199 sekundy. Różnica do siódmego na polach startowych Martina Brundle’a (Benetton) wyniosła już ponad trzy sekundy. To był dopiero nokaut, a podobne wyniki – z przewagą w granicach 1-2 sekund nad najbliższym rywalem spoza Williamsa – powtarzały się przez większość sezonu. To wspomnienie dedykuję tym, którzy uważają kończący się właśnie sezon za nudny i zbyt mocno zdominowany przez jednego kierowcę…

W przypadku duetu Red Bulla trudno o lepszą pozycję wyjściową do wyścigu, ale wypada zwrócić uwagę na jedną rzecz. Mistrzowskie samochody opierają swoją przewagą na pojedynczym okrążeniu na rezultatach środkowego, krętego sektora toru Interlagos. Charakterystyka brazylijskiego obiektu sprawia, że jeśli chodzi o ustawienia aerodynamiki, czas okrążenia można wydobyć na dwa sposoby. Większy kąt nachylenia skrzydeł daje lepsze wyniki w drugim sektorze, a ustawienia z mniejszym dociskiem i oporem umożliwiają nadrobienie strat na prostych w sektorze pierwszym i trzecim.

Tyle, że świetna przyczepność płynąca z tylnej części nadwozia (perfekcyjnie rozwiązany „dmuchany” dyfuzor) jak zwykle umożliwia inżynierom Red Bulla zastosowanie bardziej płaskich skrzydeł bez ryzyka utraty tempa w krętej partii toru. Jednak prędkości uzyskiwane przez kierowców McLarena na prostych sugerują, że w przypadku utrzymania się wystarczająco blisko za czołową dwójką, Vettel i Webber mogą czuć się przed pierwszym i czwartym zakrętem (tutaj umieszczono strefę DRS) jak kaczki na strzelnicy. Większa przyczepność umożliwi im jednak szybsze wyjścia z zakrętów poprzedzających proste i pytanie brzmi, czy przewaga McLarenów na prostych (ustawienia skrzydeł w połączeniu z przełożeniami skrzyni biegów) wystarczy, aby spróbować ataku? Jeśli będzie sucho i Vettel da swój tradycyjny popis na pierwszych dwóch okrążeniach, to trudno będzie mu zagrozić…

Taktyka dotycząca opon przy suchym torze powinna być dość prosta. Degradacja nie jest duża, skoro nawet w Q3 niektórzy kierowcy (Lewis Hamilton, Nico Rosberg) przy pierwszym wyjeździe pokonywali po dwa okrążenia pomiarowe na miękkiej mieszance. Pirelli spodziewa się, że „żółte” ogumienie wystarczy na około 25 okrążeń, a na twardszej (czyli pośredniej) mieszance powinno dać się przejechać 35 kółek. Niewiele brakuje, aby Sergio Pérez mógł znów spróbować strategii jednego postoju.

Oczywiście zawsze możemy liczyć na deszcz – Interlagos to jeden z najbardziej wymagających torów w takich warunkach. Pamiętacie sezon 2003, kiedy w ulewnym deszczu sześciu kierowców padło ofiarą niewielkiej rzeczki spływającej po Zakręcie 3 (o ironio, noszącym nazwę Zakręt Słońca) – wśród nich znaleźli się m.in. Michael Schumacher i Jenson Button. W tym roku Anglik raczej liczy na deszcz, wszak zademonstrował w tym i poprzednim sezonie, że w zmiennych warunkach potrafi podejmować świetne decyzje taktyczne. Deszczowe chmury odpędzają za to w Red Bullu – przy starcie z pierwszej linii liczą na bezproblemowy, pozbawiony loteryjnych elementów wyścig. W dodatku McLareny dużo lepiej dogrzewają opony w chłodniejszych warunkach, choć z drugiej strony ustawienie Red Bulli pod kątem środkowego sektora może im bardzo pomóc na mokrym torze.

Dwóch kierowców ma jutro duże wyzwanie przed sobą. Mark Webber nie wygrał jeszcze ani jednego wyścigu w tym roku, a Felipe Massa jest na dobrej drodze do zakończenia sezonu bez ani jednej wizyty na podium. W przypadku kierowcy Ferrari z tak niechlubną statystyką trzeba się cofnąć do 1981 roku, kiedy sztuka taka udała się Didierowi Pironiemu. W 1992 roku Ivan Capelli także ani razu nie ukończył wyścigu w pierwszej trójce, ale obecny ekspert telewizji Rai został dwa wyścigi przed końcem sezonu zwolniony ze Scuderii. Nie spodziewam się, aby którykolwiek z nich zdołał udowodnić to, co chciałby – choć triumf Webbera byłby dla mnie miłą niespodzianką.

Im mniej wspomnimy o zespole innego Brazylijczyka, tym lepiej. Williams stoczył się na dno – rok temu na Interlagos zdobyli pole position, a w 2004 roku właśnie na tym torze Juan Pablo Montoya odniósł ostatnie zwycięstwo dla zasłużonej ekipy z Grove. Teraz Pastor Maldonado nie wyszedł z Q1, a dla Rubensa Barrichello może to być ostatni występ w Formule 1. Czarę goryczy przelał Eric Boullier, który otwarcie powiedział, że weteran z São Paulo nie powinien robić sobie zbyt wielkich nadziei jeśli chodzi o ewentualną posadę w Lotusie na sezon 2012, bo nie jest w czołówce „listy życzeń”. Biorąc pod uwagę fakt, że znajdują się na niej Romain Grosjean, Bruno Senna, Adrian Sutil… Biedny Rubens, zasłużył na godniejsze pożegnanie z F1.