Skłamałbym, gdybym napisał, że spodziewałem się triumfu Kajetana Kajetanowicza i Jarka Barana w Rajdzie Polski. Sam kierowca też nie spodziewał się takiego rozwoju sytuacji. Bardzo mocna obsada ze ścisłą czołówką klasyfikacji mistrzostw Europy, zbrojąca się specjalnie na ten rajd krajowa czołówka oraz nowy Ford Fiesta R5, testowany po raz pierwszy nieco tydzień przed startem – to wszystko nie stawiało go w roli faworyta. Okazało się jednak, że cztery tytuły mistrza Polski (czwarty zdobyty po pierwszym dniu rywalizacji w Mikołajkach) o czymś świadczą i największy sukces z tercetu załóg wspieranych przez LOTOS odnieśli właśnie Kajetan i Jarek.

Pierwszego dnia zacięta walka z Robertem Kubicą i Maćkiem Baranem, drugiego skuteczna pogoń za Bryanem Bouffierem i Xavierem Panserim, którzy podczas porannej niedzielnej pętli zmagali się z usterką amortyzatora. Cztery wygrane odcinki specjalne, bezbłędnie działający samochód podstawiony przez czeską ekipę JM Racing („fabryczny” egzemplarz Michała Kościuszki, którym Elfyn Evans walczył z Kubicą w Rajdzie Finlandii i Niemiec, nie wytrzymywał trudów polskich tras – padło m.in. wspomaganie) – a wszystko okraszone szerokim uśmiechem kierowcy, który pierwszy raz w życiu wsiadł do rajdówki tej klasy. Niezależnie od uzyskiwanych na odcinkach czasów, Kajetan naprawdę cieszył się jazdą. Po przedostatnim odcinku, mając już względnie bezpieczną przewagę nad Bouffierem, powiedział nawet: – Im bliżej mety, tym mniej będę miał okazji pojeździć tym samochodem, więc nie wiem, czy jest tak dobrze!

Rajd musiał się jednak w którymś momencie skończyć – może to i lepiej, skoro w niedzielny poranek pierwsze załogi wyjeżdżały na trasę przed 6:00 rano. Wieczorem, po mecie, jak zwykle szeroko uśmiechnięty Kajetan znalazł oczywiście chwilę czasu na rozmowę z SokolimOkiem. W rękach cały czas trzymał srebrne trofeum „Colin McRae Flat Out Trophy”, przyznawane za najbardziej spektakularną jazdę – dostał je dokładnie w szóstą rocznicę śmierci szkockiego kierowcy. Czy triumf w Rajdzie Polski – trzeci w ciągu czterech lat, ale pierwszy przy tak mocnej obsadzie – to jego największy sukces w karierze?

No tak – odparł. – Na pewno pierwsze zwycięstwo w Rajdzie Polski trzy lata temu było ogromnym sukcesem, a od tamtego czasu nie było większego jeśli chodzi o pojedyncze rajdy. Natomiast ta wygrana jest niewątpliwie czymś niewiarygodnym i chyba nie dociera to do mnie… Ja walczę zawsze o zwycięstwo i zawsze wierzę w to, że możemy wygrać, bo rajdy są nieprzewidywalne. W tym momencie to już przerosło nie tylko nasze oczekiwania, bo oczekiwania były trochę inne. Wiadomo, że walka była o zwycięstwo, ale nie sądziłem, że będę mógł wygrywać w równej walce z tymi gośćmi, którzy siedzieli obok nas [Bryanem Bouffierem i Janem Kopeckym – przyp. MS].

Harmonogram drugiego dnia rajdu, kiedy Kajetan i Jarek przeprowadzili decydujący atak na pozycję liderów, był szczególnie męczący. Start bladym świtem, dłuższa przerwa między dwiema pętlami i finisz po ponad 12 godzinach na nogach, w stresie i akcji. Zastanawiam się, co czuje prowadząca w rajdzie załoga na ostatnim odcinku specjalnym, mając upragniony sukces w zasięgu rąk…

Staram się myśleć pozytywnie i skoncentrować się najbardziej jak potrafię – mówi Kajetan. – Wiem, co powinienem w tym momencie robić i to sobie przypominam. Staram się sfokusować, staram się nie myśleć o rzeczach, które nie są mi w danej chwili potrzebne.

W takiej sytuacji, nawet kiedy czujesz mocne zmęczenie i wiesz, że ten rajd mógłby się już zakończyć, bo prowadzisz i to już ci wystarczy, to musisz sobie przypomnieć, że nie jesteś tutaj dlatego, że musisz. W tym momencie musisz sobie przypomnieć, że robisz to, co kochasz i chcesz robić i nie jesteś tu dlatego, że ktoś cię zmusza. Poza tym wielu ludzi chciałoby być na twoim miejscu, więc siadasz po prostu do tego samochodu z uśmiechem na twarzy i robisz swoją robotę najlepiej jak tylko potrafisz, czerpiąc z tego radość. Rzadko, bardzo rzadko tak bywało w mojej karierze, że wolałem oglądać rajd i zazdrościłem kibicom, że mogą oglądać, a ja muszę jechać. Przyznaję, że tak bywało – i wtedy jesteś w pewnym sensie na straconej pozycji, bo to znaczy, że nie masz ochoty do jazdy. To znaczy, że gdzieś cię coś wypaliło albo zżarł cię stres.

Kajetan i Jarek pojechali w Rajdzie Polski zupełnie nowym samochodem, Fordem Fiestą R5. Niektórzy kierowcy miewają problemy z adaptacją po zmianie rajdówki i ewentualne słabsze tempo lubią tłumaczyć koniecznością nauki. Z Subaru Imprezy – różnymi wersjami tego aura Kajetanowicz jeździ od sezonu 2009 – przeskok jest dość pokaźny. W jaki sposób tak szybko okiełznał nowy samochód, choć warunki na trasie zdecydowanie nie sprzyjały nauce?

Bardzo poważnie podchodzimy do tego, co robimy – mówi. – Jestem mocno skoncentrowany na tym, co kocham. Jestem wymagający, cały zespół o tym wie, jestem drobiazgowy, czasem może trochę za bardzo. Mam fantastyczny team, bo nie zapominajmy, że na nasz sukces pracuje wielu ludzi. Ja ten team mam doskonały. To znaczy… nikt nie jest doskonały, ale na pewno fantastyczny i staramy się cały czas wszyscy pracować nad tym, żeby być coraz lepszym i oni mi też pomagają w tym, co robimy. Bez nich nie byłbym w stanie tego zrobić.

Fantastyczny zespół, o którym wspomina Kajetan, to sympatyczna grupa ludzi przesiąkniętych rajdową pasją. W sobotni wieczór w gościnnym namiocie jego teamu miała miejsce znamienna scenka: gdy kamery Eurosportu pokazywały srebrnego Citroena, pełznącego na trzech kołach przez mazurskie błoto, cała ekipa gorąco dopingowała Kubicę i Maćka Barana. Na grząskim nawrocie w końcówce odcinka wszyscy „pchali” na odległość uszkodzoną rajdówkę – mimo że właśnie z tą załogą Kajetan i Jarek toczyli bój o pozycję w rajdzie. Rywale – tak. Wrogowie – w żadnym razie. – Do pełni szczęścia brakuje, żeby mój brat Maciek także stanął dziś na podium razem z nami – mówił po mecie Jarek Baran, świętujący swój siódmy tytuł mistrza Polski i czwartą wygraną w Rajdzie Polski – pierwszą odniósł w 2002 roku jeszcze na trasach Dolnego Śląska, pilotując nieodżałowanego Janusza Kuliga.

Wracając do teraźniejszości… Start Fiestą R5 to jednak (jak na razie) jednorazowa przygoda i w następnym występie – kończącym sezon mistrzostw Polski Rajdzie Dolnośląskim (17-19 października) – Kajetan i Jarek z powrotem wsiadają do Imprezy: – Wiesz, będę musiał przeprosić się z Subaru, wsiąść do niego i pojechać… Znaczy musiał… chcę, bo to jest coś, co kocham. Mam już natomiast porównanie i wiem, że samochody z grupy, do której należą auta S2000, RRC i R5, potrafią znacznie więcej. Ja to wiedziałem wcześniej, ale nie miałem okazji skosztować.

Kolejne pytanie – biorąc pod uwagę cztery mistrzowskie tytuły z rzędu i 20 wygranych rajdów – nasunęło się samo: Kiedy dasz rywalom z polskich tras szansę na to, żeby zdobyli mistrzowski tytuł, powygrywali sobie jakieś rajdy? – Chyba wiem, co masz na myśli. Tylko pytasz inteligentnie, bardziej inteligentnie niż pozostali… – odparł „Kajto”. – Chciałbym bardzo, bardzo bym tego chciał – oczywiście tylko w takiej sytuacji, kiedy miałbym okazję pojechać gdzie indziej. Takie są moje marzenia, a to, kiedy i gdzie będę miał okazję je spełnić… Na pewno są nadzieje, są szanse, natomiast to nie rozwiązuje wszystkich tematów z tym związanych… Ważny jest każdy kroczek. Moja kariera, a jeżdżę w rajdach od 13 lat – począwszy od Fiata 126p i Cinquecento – to były zawsze małe kroczki i to też pewnie jest taki kroczek. Ale wiesz, nie można osiąść na laurach. To, że wygraliśmy tutaj z najlepszymi w Europie, to jeszcze nie świadczy o tym, że jesteśmy od nich szybsi. Na tym rajdzie byliśmy.

Znów szeroki uśmiech i czas na kolejne pytania, od innych dziennikarzy. Trudno nie mieć nadziei na to, żeby ten sympatyczny, szybki i w sumie dość skromny kierowca mógł spełnić swoje marzenia i regularnie pojeździć poza polskim podwórkiem, pozostawiając walkę o krajowy prymat w rękach kolegów. Wiadomo jednak, od czego to przede wszystkim zależy…