W tym roku Singapur świętuje mały jubileusz – Formuła 1 zjawiła się bowiem w azjatyckiej metropolii już po raz dziesiąty. Wiemy już również, że królowa sportów motorowych będzie gościć w Mieście Lwa jeszcze przynajmniej przez cztery kolejne lata.

Początki wyścigów Grand Prix w Singapurze sięgają 1961 roku, gdy na jego ulicach zorganizowano Orient Year Grand Prix. W kolejnych latach impreza zmieniła nazwę na GP Malezji, a kiedy Singapur uzyskał niepodległość, wyścig na Thomson Road Circuit zyskał własny szyld. Na F1 Monako wschodu musiało jednak czekać jeszcze wiele lat, choć na początku lat 90. toczyły się negocjacje z Berniem Ecclestone’em. Anglik wspominał nawet, że runda w azjatyckiej metropolii wejdzie do kalendarza w 1992 roku. Ostatecznie plany spaliły na panewce, ale temat wrócił kilkanaście lat później za sprawą singapurskiej agencji ds. turystyki, która zwróciła się do Ecclestone’a z propozycją zorganizowania wyścigu na ulicach miasta. Projekt wkrótce zyskał zielone światło i w 2008 roku Singapur wszedł do kalendarza mistrzostw świata z pierwszym „nocnym” wyścigiem F1. Rozpoczęła się nowa era.

Wielka czwórka
Do tej pory na ulicach Singapuru zwyciężało czterech kierowców – Fernando Alonso, Lewis Hamilton, Sebastian Vettel i Nico Rosberg. Za niekoronowanego króla Marina Bay uchodzi czterokrotny mistrz świata, który poza czterema triumfami może się pochwalić jeszcze drugimi lokatami z 2010 i 2014 roku, trzema pierwszymi pozycjami startowymi oraz 1120 kilometrami przejechanymi na czele wyścigów o Grand Prix Singapuru. Takie statystyki robią wrażenie, założę się jednak, że dla Niemca znaczenie będzie miało tylko to, co uda mu się zwojować w najbliższy weekend.

Konfiguracja ciasno opasanej barierami pętli sprawia, że kierowcy przez cały czas balansują na krawędzi i każdy błąd może oznaczać poważne konsekwencje. Do tej pory nie udało się rozegrać w Singapurze wyścigu, w którym nie zdarzyłaby się przynajmniej jedna neutralizacja. To oczywiście powoduje szczególne podejście do zagadnień strategicznych, które musi charakteryzować się szybkością reakcji i elastycznością działania. Bez tego trudno myśleć o zwycięstwie, no chyba, że ktoś będzie próbował swych sił w roli demiurga – tak jak miało to miejsce podczas pierwszej wizyty Formuły 1 w Singapurze.

Afera
Zdobywcą pierwszej Grand Prix Singapuru został Fernando Alonso, któremu sprzyjały okoliczności i sprytna zagrywka taktyczna, polegająca na szybkim zjeździe do alei serwisowej, zatankowaniu i pozostaniu na drugim komplecie opon już do mety. Tak to wtedy wyglądało, choć tuż po wyścigu pojawiły się – z początku nieśmiałe – podejrzenia, że zjazd Hiszpana dziwnie korelował z kolizją jego kolegi z ekipy Renault. Po niespełna roku wyrzuconemu z ekipy Nelsinho Piquetowi rozwiązał się język, co ujawniło aferę singapurską.

Okazało się, że pomysłodawcami wypadku Brazylijczyka byli szef zespołu Flavio Briatore i główny inżynier Pat Symonds. W wyniku śledztwa przeprowadzonego przez FIA obaj wyżej wspomniani panowie w atmosferze skandalu musieli pożegnać się z F1. Kary uniknął natomiast Alonso, który tłumaczył, że o niczym nie wiedział.

Efekt motyla
Na marginesie tych zdarzeń, należy wspomnieć o tym, że inauguracyjny wyścig na Marina Bay okazał się jednym z najsmutniejszych w karierze Felipe Massy. W Singapurze Brazylijczykowi wymknęły się bowiem z rąk punkty, których później zabrakło mu do pokonania Lewisa Hamiltona i zdobycia tytułu mistrza świata. Za nieszczęście odpowiada incydent z alei serwisowej.

Prowadzący od startu Brazylijczyk zjawił się na tankowanie, gdy Nelsinho Piquet wylądował na barierze. Pech chciał, że mechanikowi obsługującemu sygnalizację świetlną puściły nerwy i dał sygnał do odjazdu, pomimo tego, że w baku tkwił wąż pompy podającej paliwo. W efekcie Felipe ruszył ze stanowiska, urywając rękaw maszyny tankującej. Zatrzymał się na końcu pasa serwisowego, ale o szansach na dobry rezultat nie było mowy.

Podejrzanie szybki
Wracając jeszcze do występów Alonso na ulicach Singapuru, dwa lata później, już w barwach Scuderii Ferrari, Hiszpan powtórzył sukces na Marina Bay Street Circuit. Tym jednak razem na jego wygraną nie padł nawet cień podejrzeń.

Tego samego nie można było powiedzieć (abstrahując rzecz jasna od ostatecznych ustaleń) o jednym z czterech zwycięstw Sebastiana Vettela w orientalnym Monako. Chodzi o wyścig z 2013 roku, w którym Niemiec znokautował swoich rywali, wzbudzając podejrzenia, że w jego Red Bullu znajdowała się kontrola trakcji. Podejrzenia zrodził „dziwny” dźwięk wydobywający się z samochodu z #1. – Jeżeli przyjrzymy się zdjęciom z kamery pokładowej, to można dostrzec, że Sebastian przyspiesza jakieś 20 metrów wcześniej niż reszta, a to ogromna przewaga. Po raz ostatni tak szybko wciskałem przepustnicę w 2007 i 2008 roku, kiedy jeździliśmy z kontrolą trakcji – konstatował po wyścigu Hamilton. FIA zainteresowała się sprawą, nie znalazła jednak nic podejrzanego i Vettel wygrał pozostałe sześć wyścigów, po drodze zapewniając sobie czwarty tytuł mistrza świata.

Dwa lata później Sebastian, już po przeprowadzce do Ferrari, wygrał na ulicach Singapuru po raz czwarty. Weekend ten stanowił swego rodzaju anomalię, ponieważ kroczący od zwycięstwa do zwycięstwa Mercedes złapał zadyszkę, dając pole do popisu innym. Vettel skwapliwie skorzystał z potknięcia Srebrnych Strzał zdobywając pole position, które następnie zmienił w wygraną. Obok niego na podium stanęli Daniel Ricciardo i Kimi Räikkönen. Rosberg musiał się zadowolić czwartą pozycją, a Hamilton nie dotarł do mety, ponieważ w jego Srebrnej Strzale zawiodła przepustnica.

Fortuna kołem się toczy
Skoro jesteśmy już przy trzykrotnym mistrzu świata, to warto wspomnieć o jego dwóch singapurskich triumfach. Pierwsze z nich zostało wywalczone osiem lat temu, gdy Anglik ścigał się dla McLarena. Wyposażony w KERS model MP4-24 nie był najbardziej udaną konstrukcją w dziejach F1, a szlifowanie formy zajęło stajni z Woking pół sezonu. Przełom nastąpił na Węgrzech, gdzie Hamilton zanotował historyczne zwycięstwo w samochodzie z systemem odzyskiwania energii kinetycznej. W Singapurze dorzucił drugi triumf, nie dając rywalom większych szans. W pewnym sensie była to wygrana na otarcie łez, ponieważ dwa tygodnie wcześniej Anglik definitywnie stracił szansę na obronę tytułu.

Podobnie mógł wyglądać scenariusz wyścigu w 2012 roku, gdyby nie fakt, że w jego McLarenie zastrajkowała skrzynia biegów. Ale co się odwlecze, to nie uciecze – dwa lata później powetował sobie ten niefart, pokonując po starcie z pole position duet Red Bulla.

W ostatnich dwóch latach weekend w Singapurze nie ułożył się tak, jakby sobie to Hamilton wymarzył. W 2015 roku na Marina Bay rządziło Ferrari, a w poprzednim sezonie Lewisowi przyszło się zadowolić trzecią pozycją na starcie i taką samą na mecie. W przypadku ubiegłorocznego wyścigu pierwsze skrzypce grał bowiem Rosberg, który w swoim dwusetnym starcie w F1 przekroczył metę tuż przed nosem Ricciardo.

Królestwo Kangura
A propos Australijczyka, to jest on jedynym kierowcą w aktualnej stawce, który w erze hybrydowej nie schodzi z podium w Singapurze. Trzecie miejsce z 2014 roku i dwie lokaty w kolejnych dwóch sezonach mówią same za siebie. Ricciardo nie bez powodu uchodzi za eksperta jazdy na ulicznej pętli w Mieście Lwa. W kolekcji brakuje mu jedynie zwycięstwa. Czy w ten weekend uda mu się uzupełnić braki w kolekcji?

Nie będzie to łatwe, aczkolwiek warto mieć z tyłu głowy, że w siedmiu poprzednich edycjach singapurskiej rundy mistrzostw świata Red Bulle zdobywały przynajmniej jedno miejsce na podium. Ciekawe co na to Max Verstappen, któremu w tym sezonie nie wiedzie się najlepiej? Może Singapur, w którym najlepszym rezultatem Holendra jest szósta lokata sprzed roku, odwróci ten przykry trend.

Hülkenberg liderem?
Na nim zresztą lista tych, którzy marzą o podium w Singapurze nie kończy się. Interesujące jest bowiem to, że spośród aktualnych kierowców F1 poza wymienioną wyżej czwórką smak szampana w mieście Lwa poznał jeszcze tylko Räikkönen. Fin dwukrotnie finiszował tutaj na trzeciej pozycji. Pozostali panowie ciągle mają to przed sobą. Najlepiej wie o tym Nico Hülkenberg, który w niedzielę może zostać samodzielnym liderem rankingu kierowców z największą liczbą startów bez ani jednego podium. Obecnie Niemiec dzieli fotel lidera z Adrianem Sutilem, w przypadku którego licznik zatrzymał się na liczbie 128. Jak sądzicie, Nico przebije Adriana, czy wydarzy się jakiś cud?

Embed from Getty Images

Aby można było bezpiecznie zorganizować „nocny” wyścig F1, potrzebny jest odpowiedni poziom światła. W Singapurze zapewnia go niemal 2000 lamp, generujących jasność rzędu 3000 luksów.

Embed from Getty Images

W 2008 roku Felipe Massa przedwcześnie otrzymał sygnał do odjazdu ze stanowiska serwisowego i urwał rękaw maszyny tankującej.

Embed from Getty Images

Końcówka wyścigu z 2010 roku przyniosła popis Roberta Kubicy. Z powodu kapcia Polak musiał zaliczyć w końcówce nieplanowany serwis. Spadł na 13. miejsce, ale ze świeżymi oponami dał lekcję wyprzedzania, pokonując Jaime Alguersuariego, Sébastiena Buemiego, Witalija Pietrowa, Felipe Massę, Nico Hulkenberga i Adriana Sutila. Niby tylko siódme miejsce, a ile frajdy.

Embed from Getty Images

Jednym z beneficjantów „crashgate” okazał się Nico Rosberg, który w 2008 roku wtedy na drugiej pozycji. Do zwycięstwa w Chinach w sezonie 2012 był to najlepszy wynik syna mistrza świata z 1982 roku.

Embed from Getty Images

W 2009 roku za zwycięskim Lewisem Hamiltonem finiszował Timo Glock. Niemiec zapewnił fabrycznej stajni Toyoty drugą lokatę, co w trakcie jej ośmioletniej przygody z F1 zdarzyło się w sumie pięć razy. Skromny dorobek Japończyków uzupełniają: osiem trzecich miejsc, trzy pierwsze pozycje startowe i tyle samo najszybszych okrążeń wyścigu.

Embed from Getty Images

W trakcie wyścigu z 2012 roku Michael Schumacher „uświetnił” swój 300. start w F1, torpedując samochód Jeana-Erica Vergne’a.


Dwa lata temu wyścig został zneutralizowany po tym, jak na znajdującą się między zakrętami numer 13 i 14 na prostą wtargnął mężczyzna, idąc pod prąd. – To było szaleństwo. Zbliżamy się do tego zakrętu z prędkością 280 km/h. Będąc na jego miejscu, nie robiłbym tego. Na szczęście nie doszło do tragedii – relacjonował później Sebastian Vettel, pytany o nieoczekiwanego „gościa”.

Embed from Getty Images

W poprzednim sezonie pole position wpadło w ręce Nico Rosberga, który zresztą wygrał również wyścig.

3 KOMENTARZE

  1. Czytać takie teksty to czysta przyjemność!! Chapeau bas 🙂
    Ciekawe co przyniesie jutrzejszy wyścig? Wierzę w Ferrari i jednak tym razem Max będzie drugi. Hamilton niech straci trochę punktów 😉
    Forza Scuderia Ferrari!

Comments are closed.