Ostatnie, 41. zwycięstwo Ayrtona Senny: Grand Prix Australii 1993. Po wyścigu Tina Turner, koncertująca w Adelajdzie, zaśpiewała specjalnie dla niego „Simply the Best”.

To boli, to bardzo boli. Myślałem, że był kuloodporny – powiedział 18 lat temu Nigel Mansell na wieść o śmierci Ayrtona Senny. Niestety, 1 maja 1994 roku trzykrotny mistrz świata nie przeżył kolizji z betonowym murem na siódmym okrążeniu Grand Prix San Marino na torze Imola. Formuła 1 straciła nie tylko jednego z najwybitniejszych kierowców wszech czasów, ale także wyjątkowego człowieka.

Nie zamierzam tutaj wspominać doskonale znanych faktów z kariery Ayrtona Senny – wspaniałych zwycięstw, rywalizacji z Alainem Prostem czy Nigelem Mansellem, kontrowersyjnych incydentów na torze i poza nim, nie będę analizował szczegółów tragedii sprzed 18 lat. Chciałbym Wam przybliżyć tę bardziej ludzką stronę jego natury – podejście do religii, rywali z toru, wreszcie wiele mówiące zachowanie z ostatniego weekendu jego życia i kariery.

Alain Prost, któremu w walce z nieustępliwym Senną nie pomagała nawet pomoc stronniczego rodaka Jean-Marie Balestre’a, rządzącego Formułą 1 od końca lat 70. do początku lat 90., powiedział kiedyś: „Ayrton ma mały problem. Myśli, że nie może zginąć, bo wierzy w Boga. Uważam, że to bardzo niebezpieczne dla innych kierowców”.

Tą ostatnią kwestią jeszcze się zajmiemy, ale potencjalnie drażliwy temat religii poruszę od razu. Nie ma wątpliwości, że Senna był głęboko wierzącym człowiekiem i trudno oprzeć się wrażeniu, że inni – w tym Prost – po prostu tego nie rozumieli. Interesujące światło na religijność Brazylijczyka rzucił blisko z nim związany profesor Sid Watkins, wybitny neurochirurg, który w latach 1978-2005 był głównym lekarzem Formuły 1 i to jemu kierowcy zawdzięczają szybką poprawę poziomu obsługi medycznej na torze. W swojej wspaniałej książce „Life at the Limit” profesor wspomina wizytę Senny w szkole, do której zaprosił go ośmioletni wówczas pasierb Watkinsa, Matthew.

„Przez 40 minut odpowiadał na pytania uczniów, od ośmiolatków do najstarszych szóstoklasistów, którzy poruszali wiele czułych tematów – jego wiarę, poświęcenie wyścigom, relacje z innymi kierowcami, zwłaszcza z Alainem Prostem i Nigelem Mansellem, jego nadzieje na przyszłość, czyli rodzinę, małżeństwo, dzieci, pewien poziom spokoju. Potem, w czasie przyjęcia w domu zastępcy dyrektora szkoły, odbył pełną zaangażowania rozmowę z biskupem diecezji Truro […], który nazajutrz miał odprawiać mszę w szkolnej kaplicy. […] W niedzielę biskup Truro rozpoczął swoje kazanie od wyznania, że jako kapłan został duchowo i werbalnie zdeklasowany przez Ayrtona Sennę”.

Warto przypomnieć relację Brazylijczyka z sesji kwalifikacyjnej do Grand Prix Monako, w której pokonał dysponującego takim samym sprzętem Alaina Prosta o prawie półtorej sekundy. Podobny trans może być tylko udziałem wybitnych mistrzów, którzy bez reszty poświęcają się dyscyplinie, w której są najlepsi…

„Ostatnia sesja kwalifikacyjna. Miałem już pole position, ale jeździłem coraz szybciej. Okrążenie po okrążeniu, coraz szybciej, szybciej i szybciej. Na początku moja przewaga była minimalna, potem wzrosła do pół sekundy, do jednej sekundy… a ja jechałem dalej. Nagle byłem o prawie dwie sekundy szybszy od wszystkich, wliczając w to mojego zespołowego kolegę w takim samym samochodzie. Nagle zdałem sobie sprawę, że nie prowadzę już świadomie”.

Prowadziłem instynktownie, byłem jakby w innym wymiarze. Niczym w tunelu, nie tylko tym pod hotelem, ale cały tor wyglądał dla mnie jak tunel. Jechałem i jechałem – więcej, więcej, więcej, więcej. Daleko przekroczyłem granice, ale wciąż odnajdywałem w sobie więcej. Nagle poczułem kopnięcie. Tak, jakbym się obudził i zdał sobie sprawę, że jestem w innym świecie. Natychmiastową reakcję było odpuszczenie, zwolnienie tempa. Zjechałem powoli do boksu i nie chciałem już tego dnia jeździć.

Przeraziło mnie to, bo zdałem sobie sprawę, że przekroczyłem granicę przytomnego rozumowania. Rzadko się to zdarza, ale często wracam do takich wspomnień, bo to ważne z punktu widzenia instynktu samozachowawczego.”

Brazylijczyk był przekonany, że jego nieprzeciętne umiejętności za kierownicą są po prostu boskim darem. Niezależnie od źródła swojego ogromnego talentu, doskonale zdawał sobie z niego sprawę jeszcze na długo, zanim w sezonie 1984 dostał się do Formuły 1. Już w 1982 roku, za czasów startów w Formule Ford 2000, Ron Dennis z McLarena zaproponował mu długoterminowy kontrakt rozpoczynający się od sponsorowanych przez jego ekipę startów w Formule 3. Senna odrzucił ofertę, bo chciał samodzielnie dostać się do Formuły 1, bez konieczności zawdzięczania niczego innym.

W tym samym roku przypadkowo siedział obok Franka Williamsa w samolocie, podczas podróży na holenderski tor Zandvoort. Od tej pory po prostu prześladował Williamsa i Patricka Heada, prosząc o możliwość testu dla ich zespołu. Wreszcie ulegli i prawie rok później przyszły mistrz świata zaliczył na torze Donington pierwsze kilometry za kierownicą samochodu F1. Przejechał 20 okrążeń, a na dziesiątym poprawił czas wspieranego przez Williamsa Jonathana Palmera o prawie półtorej sekundy.

W kolejnych testach dla innych ekip także demonstrował wyjątkową szybkość. W McLarenie uzyskał lepszy czas niż mający ponad 150 startów na koncie John Watson. Podczas testów z Tolemanem na Silverstone wykręcił lepszy rezultat od wyniku kwalifikacyjnego Dereka Warwicka, osiągniętego w tym samym samochodzie podczas GP Wielkiej Brytanii. McLaren i Williams oferowały mu długoterminowe umowy bez gwarancji startów w sezonie 1984 (oba zespoły miały już zajęte miejsca), ale Senna nie chciał czekać i dlatego rozpoczął karierę w F1 ze stosunkowo słabą ekipą Tolemana.

Nie miał jednak skrupułów, aby skorzystać z oferty Lotusa i odejść z Tolemana przed upływem dwuletniego kontraktu, choć wściekły szef zespołu ukarał go za to zagranie zakazem startu w Grand Prix Włoch. Po zaledwie jednym sezonie w Lotusie miał już na tyle silną pozycję, że zablokował transfer Dereka Warwicka na rok 1986 – uważał, że zespół nie jest w stanie przygotować dwóch samochodów na jednakowo wysokim poziomie i chciał skupić wysiłek ekipy tylko na sobie.

Cóż, mili i ulegli ludzie z reguły nie zostają mistrzami świata. Trzeba jednak pamiętać o tym, że Senna nie zatracał się całkowicie w swoim geniuszu. Choć uważał, że inni kierowcy nie są w stanie mu dorównać pod względem szybkości, w krytycznych sytuacjach okazywał więcej współczucia i ludzkich odruchów niż niejeden zapatrzony w siebie rywal – tu warto przypomnieć sobie zacytowane na początku słowa Prosta…

Wspomniany już Sid Watkins opisuje, jak po przerażającym wypadku Martina Donnelly’ego w kwalifikacjach na torze Jerez w 1990 roku Senna podczas całej akcji ratunkowej zaglądał mu przez ramię, a potem, w spokojniejszej chwili, dokładnie wypytał go o wszystkie czynności wykonywane tuż po kraksie przy rannym kierowcy. Nauka nie poszła w las – gdy w 1992 roku podczas czasówki na Spa-Francorchamps Erik Comas rozbił się na szybkim łuku Blanchimont, Senna jako jedyny zatrzymał swojego McLarena obok roztrzaskanego Ligiera. Brazylijczyk zorientował się, że silnik w samochodzie Francuza cały czas pracuje, a kierowca jest nieprzytomny. Wyłączył zasilanie, eliminując ryzyko pożaru czy eksplozji, po czym ostrożnie podtrzymywał głowę nieprzytomnego kierowcy do czasu przyjazdu ekipy ratowniczej z doktorem Watkinsem. Comas po latach przyznał, że być może zawdzięcza Sennie swoje życie.

Dwa lata później fatalny weekend na Imoli rozpoczął się od groźnej kraksy Rubensa Barrichello w piątkowym treningu. Przejęty losem swojego młodszego rodaka Senna próbował dostać się do centrum medycznego na torze. Nie wpuszczono go, zatem przeskoczył ogrodzenie na tyłach budynku i w ten sposób dostał się do środka. – Po odzyskaniu przytomności zobaczyłem twarz Ayrtona – wspominał Barrichello. – Miał łzy w oczach. Nigdy wcześniej nie widziałem go w takim stanie. Miałem wrażenie, jakby czuł, że mój wypadek przydarzył się jemu.

W sobotę, 30 kwietnia 1994 roku, podczas kwalifikacji Simtek Rolanda Ratzenbergera przy prędkości ponad 300 km/h wypadł z toru na łuku imienia Gilles’a Villeneuve’a i uderzył w barierę. Formuła 1 pochłonęła pierwszą śmiertelną ofiarę od wypadku Elio de Angelisa podczas testów na Paul Ricard w 1986 roku. Senna obserwował wypadek Austriaka na monitorach w garażu Williamsa, po czym wybiegł do alei serwisowej i wskoczył do jednego z samochodów sędziowskich. Kazał kierowcy pojechać na miejsce wypadku. Gdy tam dotarł, zespół profesora Watkinsa przetransportował już śmiertelnie rannego Ratzenbergera do centrum medycznego, skąd helikopter miał go zabrać do bolońskiej kliniki Maggiore. Senna drugi raz w ciągu dwóch dni przeskoczył przez płot wokół malutkiego szpitalika, aby osobiście sprawdzić, co się dzieje z jego kolegą z toru.

Watkins wyprowadził go na zewnątrz i powiedział, że Austriak jest w stanie śmierci klinicznej. – Ayrton załamał się i zaczął płakać na moim ramieniu – wspominał profesor. – Spytałem go: Ayrton, czemu nie wycofasz się z jutrzejszego wyścigu? Moim zdaniem nie powinieneś startować. Właściwie, czemu nie zakończysz kariery? Co jeszcze chcesz osiągnąć? Byłeś trzy razy mistrzem świata, bez wątpienia jesteś najszybszym kierowcą. Daj spokój i pojedźmy na ryby.

– Sid, są pewne rzeczy, nad którymi nie mam kontroli. Nie mogę się wycofać, muszę jeździć dalej – brzmiała odpowiedź Senny i były to ostatnie słowa, jakie Watkins od niego usłyszał.

Po porannej rozgrzewce w niedzielę – od lat tego punktu weekendu już nie ma – Senna po raz pierwszy od wielu lat odbył spokojną rozmowę ze swoim wielkim przeciwnikiem, Alainem Prostem. – Odłożyliśmy na bok różnice między nami – wspominał Francuz. – Byłem zaskoczony, bo z reguły nie mówił mi nawet „cześć”, kiedy się mijaliśmy.

Przed wyścigiem Brazylijczyk znalazł jeszcze czas na napisanie listu do rodziców Rolanda Ratzenbergera i poprosił swoją asystentkę, aby go wysłała. Na polach startowych, gdy włoscy kibice wznieśli okrzyk radości na cześć jeżdżącego w Ferrari Gerharda Bergera, Senna odwrócił się w stronę swojego dawnego zespołowego kolegi i uśmiechnął się do niego. – To był uśmiech przyjaciela, który cieszył się z tego, w jaki sposób kibice mnie wspierają i kochają – powiedział Austriak. – To ostatnia rzecz z nim związana, jaką pamiętam.

Niedługo potem było już po wszystkim. – Po jego źrenicach widać było, że ma poważne obrażenia mózgu – wspominał Watkins akcję ratunkową swojego przyjaciela, którego dzień wcześniej próbował namówić do zakończenia kariery. – Wiedziałem, że nie może przeżyć. Gdy wyniesiono go z kokpitu i położono na ziemi, westchnął. Chociaż jestem całkowicie niewierzący, poczułem, że w tym momencie dusza opuściła jego ciało.

Gdy lekarze gorączkowo próbowali ratować życie Senny, a wyścig był już przerwany, na tor niespodziewanie wyjechał Erik Comas w swoim Larrousse. Francuz zatrzymał się na miejscu kraksy. – Czułem się jak sparaliżowany, stojąc obok człowieka, który dwa lata wcześniej uratował mi życie. Nie mogłem nic zrobić, nie mogłem mu pomóc i czułem się strasznie – wspominał Comas, który zrezygnował z jazdy we wznowionym wyścigu.

W trakcie akcji ratunkowej w rękawie kombinezonu znaleziono austriacką flagę – Senna chciał złożyć hołd zmarłemu dzień wcześniej kierowcy, którego poza faktem jeżdżenia w Formule 1 nie łączyło z nim praktycznie nic. Brazylijczyk był trzykrotnym mistrzem świata, zwycięzcą 41 Grand Prix i zdobywcą 65 pole position. Ratzenberger był rówieśnikiem Senny, ale dopiero debiutował w F1 i startował w jednym z dwóch najsłabszych zespołów w stawce. Mimo tego Senna planował okazać należyty szacunek pamięci zmarłego kolegi i prawdopodobnie nie zamierzał uśmiechać się na podium, jowialnie poklepywać rywali, wznosić triumfalnie trofeum nad głową czy machać do kibiców. Pierwsza trójka w tragicznym wyścigu być może nie otrzymała przed dekoracją informacji na temat stanu Senny, ale wszyscy wiedzieli, że dzień wcześniej na zawsze odszedł jeden z nich.

Kilka dni później wielkie osobistości świata F1 zjawiły się na cmentarzu Morumbi w Sao Paulo, gdzie miliony Brazylijczyków żegnały ukochanego mistrza. Ceremonia w Austrii była znacznie skromniejsza, ale nie zabrakło na niej Maksa Mosleya. – O Rolandzie zapomniano. Byłem na jego pogrzebie, bo wszyscy byli na pogrzebie Senny. Pomyślałem, że to ważne, żeby ktoś zjawił się na jego ceremonii – powiedział dziesięć lat później długoletni szef FIA.

Ten tekst jest poświęcony przede wszystkim Sennie, ale nie zapominajmy też o kierowcy, który również zapłacił najwyższą cenę za swoją pasję. „Nic nie może oddzielić mnie od miłości Boga” – brzmi epitafium na nagrobku Senny. „Żył dla swojego marzenia” – głosi napis na stronie internetowej poświęconej pamięci Ratzenbergera.