Już w trzecim bezpośrednim starciu w jednej ekipie z Lewisem Hamiltonem następca Nico Rosberga dokonał godnej uwagi sztuki: pokonał słynącego z doskonałego tempa kwalifikacyjnego lidera zespołu. Dobra, o zaledwie 23 tysięczne sekundy, a wicemistrz świata przez cały weekend miał problemy ze złożeniem czystego okrążenia, ale niezaprzeczalny fakt jest taki, że na liście zdobywców pole position w wyścigowych mistrzostwach świata widnieje już 98 nazwisk (celowo nie piszę o Formule 1, bo w tej liczbie są zwycięzcy kwalifikacji do wyścigu Indianapolis 500, zaliczanego w latach 1950-60 do mistrzostw świata, a także sezony 1952-53, kiedy rozgrywano mistrzostwa w ramach Formuły 2).

Poprzednim dodatkiem na liście był Daniel Ricciardo, zdobywca pole position do GP Monako 2016, a przed Australijczykiem grono zwycięzców kwalifikacji było zamrożone od GP Hiszpanii 2012 i pamiętnego weekendu marzeń w wykonaniu Pastora Maldonado. Z kolei poprzednim Finem na pierwszym polu startowym był Heikki Kovalainen na Silverstone w 2008 roku – co ciekawe, prawie dekadę temu pokonanym zespołowym partnerem (tyle, że w McLarenie) był również Hamilton. Jeśli ktoś zastanawia się, kiedy ostatni raz na pole position stał Kimi Räikkönen, to podpowiadam: wyścig przed Kovalainenem, czyli w GP Francji 2008.

Hamilton nieszczególnie przejął się zakończoną właśnie passą sześciu pole position z rzędu. Wyraźnie cieszy się perspektywą walki, jak nie z Sebastianem Vettelem (w ten weekend z Ferrari uszło nieco pary, pomijając już niepokojące awarie w piątek), to przynajmniej z zespołowym partnerem. Obaj panowie już na konferencji prasowej przypomnieli o zeszłorocznym starciu w pierwszym zakręcie w Bahrajnie, gdy po ataku Bottasa Lewis ściął do krawężnika i zderzył się z ówczesnym kierowcą Williamsa, a sędziowie ukarali za ten incydent Valtteriego. – Tym razem to ja jestem z tyłu – żartował Hamilton.

Zabawną wymianę zdań sprowokował też Vettel, pytając Bottasa, czy w fińskim istnieje słowo „podekscytowany”. Lewis drążył temat i zażartował, że to musi być jakieś proste słowo, ale bardzo rzadko używane. Bottas poddał się i stwierdził, że nie wie, czy Finowie mają takie określenie.

Można jednak śmiało zakładać, że ekscytacja po ewentualnym zwycięstwie będzie bardzo duża, nie tylko u głównego bohatera widowiska. Mój dobry znajomy Heikki Kulta, najbardziej znany fiński dziennikarz w padoku F1 i znany specjalista od statystyk i nękania kierowców pytaniami o nie, też stał się obiektem żartów Hamiltona. Heikki w swoim stylu zapytał Bottasa o wrażenia po zdobyciu pole position dla Finlandii po 168 wyścigach przerwy, a potem Lewis powiedział, że słuchając Kulty pomyślał o ścianie w mieszkaniu dziennikarza, na której ten po powrocie z każdego wyścigu stawia krzyżyk, mrucząc pod nosem „niech to cholera, kolejny wyścig…” – ale po tym wyścigu będzie mógł odmalować całą ścianę, likwidując krzyżyki.

Nie miejcie jednak złudzeń, gdy jutro wieczorem nad prostą startową w Bahrajnie będzie gasło pięć czerwonych świateł, nikt nie będzie myślał o żartach. Start i pięćset metrów do pierwszego zakrętu będą kluczowe dla późniejszej rozgrywki strategicznej w Mercedesie: kto pojedzie po zwycięstwo, a kto posłuży jako przynęta i osłona tyłów? Z drugiej strony tempo „Srebrnych Strzał” może wystarczyć, by walka o wygraną była wyłącznie kwestią wewnętrznej rozgrywki, zwłaszcza jeśli Vettel będzie zajęty powstrzymywaniem zapędów duetu Red Bulla. Chciałbym się mylić, ale nie jest wykluczone, że Niemiec znów nie będzie mógł liczyć na duże wsparcie ze strony zespołowego partnera.

Od strony strategicznej obejrzymy najprawdopodobniej dwa pit stopy w wykonaniu czołówki, a Red Bull musi oprzeć się głównie na supermiękkich oponach, mając w zapasie tylko po jednym komplecie miękkich (świeżych). Kierowcy Mercedesa i Ferrari mają większe pole manewru: po dwa komplety miękkich (świeży plus używany). Wszyscy z pierwszej szóstki poza Kimim Räikkönenem mają też po jednym świeżym zestawie supermiękkich.

W dalszych rejonach stawki drugi raz z rzędu błysnął Nico Hülkenberg: zdaniem kierowcy Renault było to jedno z najlepszych okrążeń kwalifikacyjnych w jego karierze, porównywalne z sensacyjnym pole position z GP Brazylii 2010, jeszcze w barwach Williamsa. Brawa też dla Romaina Grosjeana za P9 mimo licznych problemów w ten weekend, a także dla Jolyona Palmera za najlepsze kwalifikacje w karierze. Spory niedosyt w Toro Rosso, bo gdyby nie błąd Daniiła Kwiata w ostatnim zakręcie ostatniej próby Q2 i problemy z samochodem Carlosa Sainza w końcówce Q1, to obaj mogliby znaleźć się w pierwszej dziesiątce. Kłopoty Sainza przeszkodziły też Sergio Pérezowi i Kevinowi Magnussenowi, którzy zakończyli sobotnią pracę na Q1. Cichym bohaterem został Pascal Wehrlein, który swój pierwszy wyścig sezonu rozpocznie z P13.

Za to w McLarenie mamy kolejną odsłonę dramatu: Stoffel Vandoorne napoczął już trzeci zestaw podzespołów jednostki napędowej, a Fernando Alonso przerwał swoją próbę w Q2 po awarii MGU-H. Doturlał się do alei serwisowej, ale z ogromnymi stratami po stronie sprzętu: układ hybrydowy trzeba spisać na straty i dostało się także silnikowi spalinowemu. Hiszpan myślami musi być już na słynnym owalu Indianapolis, bo sezon w F1 rysuje się w coraz mroczniejszych barwach. W Chinach był najpierw słoniem, a później rekinem, natomiast w Bahrajnie planuje wcielić się w „szybkiego wielbłąda”. Powodzenia!

A jeśli ktoś martwi się o wytrzymałość mocowania skrzydełka T za pokrywą silnika Mercedesów (Bottas w Bahrajnie i Chinach dwukrotnie gubił ten element), to na koniec mam mocną deklarację Toto Wolffa: – Wzmocniliśmy mocowanie. Nie dalibyście rady oderwać tego uderzeniami kija baseballowego, więc powinno być OK.

Ustawienie na starcie: 1. Bottas; 2. Hamilton; 3. Vettel; 4. Ricciardo; 5. Räikkönen; 6. Verstappen; 7. Hülkenberg; 8. Massa; 9. Grosjean; 10. Palmer; 11. Kwiat; 12. Stroll; 13. Wehrlein; 14. Ocon; 15. Alonso; 16. Sainz; 17. Vandoorne; 18. Pérez; 19. Ericsson; 20. Magnussen.

2 KOMENTARZE

Comments are closed.