Poza osobiście zdobywanymi autografami, plonem każdego wyjazdu na wyścig są też zdjęcia z kierowcami – tutaj GP Belgii 2008.

Zbierać można znaczki, monety czy pokemony. Co ma zrobić kibic Formuły 1, w którym drzemie żyłka kolekcjonera? Widziałem już fanów, którzy po wyścigu zabierali z toru przeróżne pamiątki – kamyczki z pobocza, skrawki gumy z opon czy nawet styropianowe znaczniki odległości od zakrętów. Niektórzy pasjonaci wyścigów i zbieractwa nie idą jednak na łatwiznę. Co powiecie na zbiór autografów kierowców Formuły 1, w którym spośród wszystkich żyjących uczestników wyścigów Grand Prix brakuje ledwie kilkunastu podpisów?

Na torach całego świata spotkać można wyróżniające się z tłumu kibiców postacie. Ze skupioną miną stoją pod bramkami prowadzącymi do padoku, trzymając pisak i opasły segregator pod pachą. Na widok kierowcy Formuły 1 nie piszczą z radości i nie rzucają się w jego stronę z aparatem czy byle kartką papieru: w ułamku sekundy wyciągają z plastikowej koszulki odpowiednią fotografię i uprzejmie proszą zawodnika o podpis. W taki sposób rosną zbiory najpoważniejszych kolekcjonerów autografów, wśród których nie brakuje Polaków – Rafał Rokicki należy do ścisłej czołówki światowych zbieraczy.

Na początek wystarczą znaczki
Wbrew pozorom przygoda z kolekcjonowaniem autografów – a przynajmniej same jej początki – nie muszą się wiązać z dużymi nakładami finansowymi. Koperty i znaczki nie kosztują wiele, a odnalezienie adresów zespołów F1 albo innych serii, w których startują byli zawodnicy Grand Prix, nie jest takie trudne. Tak właśnie wyglądały początki kolekcji 34-letniego Rafała, choć najpierw pasję zbieracza realizował na zupełnie innym polu.

Obecnie jego zbiór plasuje się w pierwszej dziesiątce wśród europejskich łowców autografów. – Od najmłodszych lat bawiło mnie kolekcjonowanie czegoś – wspomina. – W latach 80., jak większość rówieśników, zbierałem puszki po piwie. Przez jakieś siedem lat doszedłem chyba do 500 sztuk i… skończyło mi się miejsce w pokoju. W międzyczasie zafascynowałem się Formułą 1. Pojedynki Prosta z Senną i końcówka sezonu 1989 to fakty, które pamiętam i które śledziłem w telewizji. Pod koniec 1993 roku napisałem kilka listów do zespołów F1. Dziś w sumie sam już nie wiem po co i czego wówczas oczekiwałem… Pewnie pisałem po jakieś foldery czy naklejki.

Kolejny sukces: Dani Clos wpadł w sidła łowcy na Hockenheim. Mniej znanych kierowców można dopaść podczas czwartkowego zwiedzania alei serwisowej (GP Niemiec 2012).

– Jednym z pierwszych zespołów, które odpowiedziały, był Ligier – ciągnie Rafał. – Przysyłali mi podpisane karty Erica Comasa, Erica Bernarda i Marka Blundella. Uświadomiłem sobie, że właśnie takie rzeczy chciałbym zbierać! Było to coś fajnego, bo jednocześnie pasja kolekcjonowania kręciła się wokół sportu, który był dla mnie obsesją, wymagało to stosunkowo niewiele miejsca (porównując do zbierania puszek po piwie) i niewielkich wówczas nakładów finansowych – raptem kilkadziesiąt złotych rocznie na znaczki pocztowe.

Łowcy na tropie
Schody zaczynają się w momencie, w którym chcemy poszerzyć swoje zbiory o podpisy kierowców, którzy nie mają już nic wspólnego z wyścigowym światem. Jednak przed profesjonalnym kolekcjonerem autografów nie ukryje się żaden były zawodnik. Praca łowcy przypomina żmudną robotę detektywa, ale z pomocą przychodzą zdobycze techniki. Wyśledzenie weterana w internecie z reguły nie nastręcza większych problemów, w ostateczności można próbować dopaść go przez krewnych lub znajomych.

Poza zasięgiem tak wytrawnego zbieracza, jakim jest Rafał Rokicki, utrzymała się tylko garstka. Od 1950 roku przynajmniej jeden występ podczas weekendu Grand Prix zaliczyło dokładnie 835 kierowców – wliczając tych, którzy ani razu nie zakwalifikowali się do wyścigu, brali udział tylko w piątkowych treningach lub startowali w Indianapolis 500, które w latach 1950-60 zaliczane były do klasyfikacji mistrzostw świata kierowców. W kolekcji Rafała są autografy 503 zawodników, czyli grubo ponad połowa. Mniej więcej 400 kierowców odeszło już z tego świata, a spośród wciąż żyjących przed polskim kolekcjonerem „ukrywa się” zaledwie siedemnastu. John Barber, który ma na koncie jeden start w sezonie 1953, żyje na łodzi na Morzu Śródziemnym. – Jak tu do niego dotrzeć? – pyta retorycznie Rafał. Udało mu się zdobyć dokładny adres innego poszukiwanego – Eddiego Russo, który w latach 1955-60 zaliczył cztery starty w „Indy 500”. Amerykanin obecnie mieszka w domu spokojnej starości w stanie Wisconsin, ale nie odpowiada na listy. Z kolei Brausch Niemann, kierowca z RPA, miał swój profil na Facebooku. Do czasu… po otrzymaniu prośby o autograf na drugi dzień usunął konto. – Nie chce mieć do czynienia z fanami, z przeszłością. To jeden z najbardziej poszukiwanych podpisów na rynku – kwituje Rafał.

Fragment bogatej kolekcji pamiątek Rafała z wyjazdów na wyścigi i testy. Zdjęcia z kierowcami są przy następnej okazji uzupełniane o autografy.

Polowanie „na żywo”
Innym, już bardziej kosztowym sposobem na powiększenie kolekcji są oczywiście wyjazdy na wyścigi i sesje testowe. Rafał stara się przynajmniej raz do roku osobiście wybrać się na tor, żeby uzupełnić zbiory o aktualnych zawodników: wszak niektórzy często zmieniają ekipy i warto mieć w kolekcji po jednym podpisie z każdego sezonu, nie mówiąc już o skompletowaniu oficjalnych kart wydawanych co roku przez każdy zespół.

W przypadku Rafała czysto „korespondencyjne” zbieranie zakończyło się pod koniec lat 90., kiedy to pojechał na swój pierwszy wyścig. Całonocna podróż pociągiem do Budapesztu opłaciła się: poza pierwszymi wrażeniami z oglądania F1 na żywo, przywiózł z Hungaroringu osobiście zdobyte autografy Davida Coultharda i Miki Salo. Teraz regularnie bywa na wyścigach, a także na testach.

– Staram się co roku jeździć na jeden wyścig, za każdym razem gdzie indziej – mówi. – Bywam też na przedsezonowych testach, gdyż jest to dobra okazja, żeby porobić zdjęcia samochodom w nowych barwach oraz spotkać kierowców. Byłem dotychczas na ponad dziesięciu europejskich torach F1.

Perfekcyjne planowanie
Można śmiało powiedzieć, że lata doświadczenia w zbieraniu autografów procentują. Rafał przed każdym wyjazdem na tor starannie się przygotowuje. – Mając kilkadziesiąt zdjęć do podpisu, staram się zawsze to jakoś logicznie poukładać – zdradza swoje tajniki łowcy. – Raz – żeby się nie pogniotły, dwa – żebym w chwili, kiedy już kogoś spotkam, w ciągu powiedzmy 3-4 sekund był w stanie zdjęcie odnaleźć i wyciągnąć. Czasem bardziej popularni kierowcy otoczeni są grupą około 20 osób, proszących o autograf lub wspólne zdjęcie. Kto pierwszy podejdzie, ma większą szanse na staranniejszy podpis. Oczywiście każdy rozpozna twarz Schumachera czy Alonso, ale już żeby zdobyć autograf od kogoś mało znanego, np. Davide Valsecchiego, trzeba wcześniej wiedzieć jak wygląda.

Dobre rozpoznanie to nie wszystko, bo łowy trzeba precyzyjnie zaplanować. Pomaga znajomość układu toru i wiedza, którędy kierowcy dostają się do padoku – zamkniętej enklawy, niedostępnej dla kibiców. – Chcąc spotkać kierowcę na żywo, trzeba być na torze lub w jego okolicach we właściwym miejscu o odpowiedniej godzinie – mówi Rafał. – Większość kibiców przychodzi na tor około 10 rano lub później i opuszcza go tuż po zawodach. Ja niejednokrotnie czekałem na kierowców przy wejściu do padoku już od 7, a tor opuszczałem około 22. Wytrwałość się opłaca, bo przykładowo podczas GP Wielkiej Brytanii w 2009 roku Rafał wrócił do domu z 50 osobiście zdobytymi autografami.

Wspomniane już dobre rozeznanie czasami pomaga uniknąć śmiesznych sytuacji, choć nawet weteranom przydarzają się różne przygody. – Zdarzają się wpadki – przyznaje Rafał. – Kiedyś na przedsezonowych testach podszedłem do jednego pracownika zespołu Virgin myśląc, że jest to Lucas di Grassi… Wzbudziło to niemały śmiech innych ludzi, czekających na niego. Dla odmiany podczas GP Austrii w 2003 miałem okazję wraz z innymi przypadkowymi raczej osobami znaleźć się obok Martina Brundle’a. Kilku młodych chłopaków prosiło go o autograf nie wiedząc za bardzo, kto to jest. Martin zapytał się wówczas „Do you know who I am?” i wyszło na to, że tylko ja znałem jego imię i nazwisko. Nagrodą było wspólne zdjęcie.

Mili i niemili
– Z innych zabawnych sytuacji pamiętam, jak podczas testów w Barcelonie dałem Markowi Webberowi zdjęcie do podpisu – ciągnie swą opowieść Rafał. – Zanim złożył na nim swój autograf, położył je przed sobą na kierownicy samochodu cywilnego, którym opuszczał tor w Montmelo, popatrzył przez kilka sekund i stwierdził, że to zdjęcie zostało wykonane kilka tygodni wcześniej na ostatnim zakręcie toru Jerez. Zaskoczył mnie swoją dociekliwością.

Niektórzy kierowcy wykazują się iście fotograficzną pamięcią, także jeśli chodzi o osoby kolekcjonerów. W światku zbieraczy wszyscy wiedzą, że Michael Schumacher niechętnie podpisuje więcej niż jedno zdjęcie i często podczas weekendu wyścigowego odmawia kolejnego autografu, pamiętając, komu składał podpis dzień czy dwa dni wcześniej.

Niestety… – Alonso, im dłużej jeździ w F1, tym wydaje się mniej przystępny – mówi Rafał. – Chociaż trochę się temu nie dziwię, bo nawet poruszając się w padoku musi ostatnio otaczać się kordonem ludzi z zespołu. Cóż, cena bycia jednym z najlepszych kierowców w jednym z najlepszych zespołów. Ale nie przypominam sobie, abym kiedykolwiek spotkał się z odmową. Mając trochę wyczucia i nie przeszkadzając kierowcy, który na przykład biegnie spóźniony na konferencję prasową, z reguły wszyscy są mili. Bardzo sympatyczny jest Bruno Senna, który chętnie pozuje do zdjęć z fanami, a także Robert Kubica. Spotkałem go cztery razy w życiu i kiedyś stwierdził, że już mnie zna.

Jednocześnie Rafał przyznaje, że ze strony niektórych kierowców spotkało go bardzo miłe zaskoczenie, jeśli chodzi o reakcję na list z prośbą o przesłanie podpisu czy „osobiste” spotkanie. – Najbardziej przyjaźni w komunikacji są kierowcy, którzy dopiero zaczynają karierę, jak Giedo van der Garde czy Dani Clos. Z gwiazdami jest ciężej… – mówi Rafał.

Clark za kilkaset euro
– Każdy autograf ma swoją historię – mówi Rafał. – Jednak kilka szczególnie utkwiło mi w pamięci. W 2003 roku napisałem do Kena Downinga, na jego adres w Monako. Po kilku tygodniach dostałem podpisane zdjęcia, które mu wcześniej wysłałem. Dołączył odręcznie napisany list, w którym z wyraźnym trudem zaznaczył, że byłem pierwszą osobą z Polski, która napisała do niego, że ma 86 lat, jest schorowany i przeprasza za swój mało czytelny charakter pisma. Innym przykładem autografu, którym byłem mocno zaskoczony, był autograf Jesusa Iglesiasa. Dostałem go kilka miesięcy po śmierci kierowcy. Jak to możliwe? Okazało się, że kierowca podpisał kilka zdjęć dla fanów i wsadził je do szuflady z myślą, że wyśle przy okazji. Niestety zmarł, a jego wnuczka była na tyle miła, że znajdując je, odesłała nadawcom i dołączyła krótkie wyjaśnienie w języku hiszpańskim.

Odręcznie napisany list od Kena Downinga. W 1952 roku wystartował w dwóch wyścigach, zmarł osiem lat temu, rok po napisaniu listu do Rafała.

– Bardzo ważne dla mnie są też autografy od Clemara Bucciego. Pamiętam, że zajęło mi ładnych kilka lat, żeby do niego dotrzeć. W końcu udało mi się znaleźć jego adres mailowy i po uzgodnieniu wysłałem mu kilka zdjęć do podpisu. Jako, że był to grudzień, dołączyłem też kartkę świąteczną z najlepszymi życzeniami na Nowy Rok. Cóż, zadziałało to chyba jak zła wróżba. Clemar podpisał zdjęcia, umieścił na nich datę, wysłał i tydzień potem – 12 stycznia 2011 roku – zmarł. Autografy dostałem kilka dni po jego śmierci…

Poza kierowcami, którym dane było dożyć sędziwego wieku, jest też wielu, którzy zginęli u szczytu kariery, jeszcze za czasów startów w Formule 1 czy innej kategorii wyścigowej. – W takiej sytuacji zostają inni kolekcjonerzy i handlarze – mówi Rafał. – Sytuacja się komplikuje, bo niektóre autografy, jak Fariny czy Clarka, kosztują po kilkaset euro za sztukę, czyli hobby staje się dla mnie coraz bardziej kosztowne. Najdroższe podpisy to tych kierowców, którzy zmarli wcześnie, a ponadto byli sławni – jak Clark. Są jednak wyjątki – ogromną wartość ma autograf Riccardo Palettiego, który zginął podczas GP Kanady w 1982 roku. Wystartował tylko w jednym wyścigu i nie zdążył rozdać wielu autografów. Mam podpisy wszystkich kierowców, którzy od lipca 1994 roku wzięli udział przynajmniej w piątkowych treningach. Ostatnim, którego nie mam, jest Roland Ratzenberger…

– Zdarzyło mi się kupić autograf za 40 euro, ale np. na trzysta nie mogę sobie w tej chwili pozwolić. Najdroższym autografem, który kupiłem, to chyba Jo Siffert za około właśnie 40 euro, a najstarszym jaki mam jest autograf Hermanna Langa, złożony na wyścigu w Belgradzie w 1939 roku – fakt ten potwierdza pożółkła koperta z wybitym datownikiem. Niestety nie mam wyboru, kilkadziesiąt autografów, głównie nieżyjących kierowców, musiałem kupić. Jeśli jednak pojawia się cień wątpliwości, że oferowany autograf może być fałszywy, staram się zawsze odpuścić.

To oczywiste, że w przypadku handlarzy należy zachować pewną rezerwę. Rafał tłumaczy podstawowe zasady, którymi musi kierować się kolekcjoner, żeby nie dać się wpuścić w maliny: – Trzeba mieć trochę doświadczenia. Nie zaszkodzi znajomość wzorów podpisów, specjalistycznej terminologii jak np. „autopen” i generalnie trzeba uważać na tak zwane okazje. Oryginalny autograf Jima Clarka nie może po prostu kosztować 100 czy 200 złotych, skoro wart jest przynajmniej 1000!

W razie wątpliwości początkujący zbieracz może oczywiście zwrócić się do bardziej doświadczonych kolegów. Co prawda żadne oficjalne kluby czy zrzeszenia kolekcjonerów nie istnieją, ale do czego są fachowcy pokroju Rafała? – Często dostaję maile z prośbą o rozszyfrowanie autografu, do kogo dany podpis należy, z prośbą o poradę, propozycję wymiany lub też krótkim pytaniem jak zacząć zbierać – mówi.

Od siebie dodam jeszcze, że szał zbieractwa ma jeszcze jedną ukrytą wartość, przynajmniej z punktu widzenia człowieka, który pasjonuje się historią Formuły 1. Mogę się założyć, że nie wszystkie wymienione w tym tekście nazwiska kierowców brzmią znajomo – a zbierając autografy na poziomie „pro” siłą rzeczy trzeba się choć odrobinę zainteresować światem dawnych wyścigów, przy okazji odkrywając wiele ciekawostek sprzed lat.

Na koniec zapraszam Was jeszcze do obejrzenia zbiorów Rafała:
Strona z kolekcją Rafała Rokickiego