Piekielnie inteligentny, wyjątkowo zdolny, a przy tym nieziemsko sprytny. Wytrawny strateg, rozkładający swoich rywali na czynniki pierwsze i planujący kilka ruchów do przodu. Niczym znakomity szachista. Tyle, że w jego przypadku pewne decyzje musiały zapadać w ułamku sekundy. Napoleon, a może bardziej Talleyrand Formuły 1. Profesor. Alain Prost.

Mimo niezbyt imponującej postury, a może wbrew niej, Francuza od dziecka ciągnęło do sportu. Co więcej, były to dyscypliny, w których nie ma miejsca na czułości, czego widocznym skutkiem był kilkukrotnie złamany nos. Do wakacji 1969 roku Alanowi marzyła się kariera piłkarska. Być może Michel Platini miałby poważną konkurencję, na szczęście jednak dla niego Prost odkrył karting, połknął bakcyla i zmienił swoje życiowe plany.

Zburzony świat
Na początek trochę prywaty. Muszę przyznać, że były czasy, kiedy szczerze nie znosiłem Francuza. Zalazł mi nieźle za skórę. Nie w sensie dosłownym rzecz jasna. Nie chodziło nawet o to, że Alain Prost był rywalem Ayrtona Senny. I był w tym cholernie dobry. Bardziej przeszkadzało mi to, że był całkowitym zaprzeczeniem tego, jak ja – jako dzieciak – wyobrażałem sobie idealnego kierowcę Formuły 1. Pamiętam, że z moim ówczesnym trenerem piłki nożnej toczyłem niekończące się spory, przypominające debaty o wyższości Świąt Bożego Narodzenia nad Wielkanocą.

Na pierwszy rzut oka niewiele z nich wynikało, aczkolwiek z czasem zrozumiałem, że Pan Henryk zaszczepił w mojej głowie myśl, która z wolna kiełkując wybuchła niczym archimedejska eureka – w Formule 1 szybkość to nie wszystko. W pewnym sensie mój poukładany świat legł w gruzach. Na swoje usprawiedliwienie zaznaczę jednak, że byłem wtedy nieopierzonym młokosem.

Lekcja od Laudy
Może niektórych to zdziwi, ale w świecie, w którym wszyscy pędzą na złamanie karku, a różnice są mierzone w tysięcznych częściach sekundy, „najszybszy wcale nie znaczy najlepszy”. Alain Prost na własnej skórze przekonał się o sile tego powiedzenia, gdy w 1984 roku bił głową o mur, do końca usiłując pokonać Nikiego Laudę. Oczywiście zarówno sekwencja zdarzeń, jak i koincydencja były znacznie bardziej złożone, nie zmienia to jednak faktu, że Francuz przegrał walkę z rutynowanym Austriakiem. O 0,5 punktu!

Porażkę zdołał jednak przekuć w sukces. Pojedynek z Laudą ukształtował bowiem Alaina jako kierowcę. Za sprawą tej bolesnej lekcji zrozumiał, że kluczem do sukcesu jest strategia – wsparta silną głową, analizą rywala i punktowaniem jego słabych stron. W dużym skrócie, oczywiście.

I wiecie co? Niki był w te klocki naprawdę dobry, lecz Alain pobił swojego mistrza na głowę. W pełnej krasie zademonstrował to kilka lat później (miał już wtedy na koncie dwa tytuły), gdy wypowiedział wojnę totalną Sennie i próbował łamać Brazylijczyka mentalnie. Ba, nie wahał się wytoczyć dział przeciwko własnej ekipie, oskarżając ją o faworyzowanie młodszego kolegi. W 1989 roku, z drobnym wsparciem Jean-Marie Balestre’a, dopiął swego i sięgnął po trzeci tytuł, za jednym zamachem wymierzając policzek Sennie i Ronowi Dennisowi. Pod koniec sezonu sytuacja w ekipie stała się kuriozalna, ponieważ po kolizji na Suzuce (pierwszej) McLaren otwarcie wystąpił przeciwko własnemu kierowcy. Czy czegoś i kogoś Wam to nie przypomina?

Książę
Alain Prost jeździł po profesorsku. Słynął z tego, że potrafił znakomicie wyczuć samochód i znaleźć optymalne ustawienia. Nigdy nie był demonem szybkości, za to pod względem strategicznego myślenia nie miał sobie równych. Z reguły był o dwa kroki naprzód, przewidując ruchy przeciwnika. Lubił trzymać rękę na pulsie. Nie przepadał za ściganiem się w deszczu, natomiast w politycznych rozgrywkach czuł się jak ryba w wodzie. Nie wiem, czy „Książę” Niccolò Machiavellego należał do jego ulubionych lektur, ale można było odnieść wrażenie, że trzymał ją pod poduszką i sięgał po nią w trudnych momentach. Był Napoleonem i Talleyrandem Formuły 1 w jednym. Porażał wyrazistą do bólu osobowością, twardością stąpania po ziemi. Był władczy, pewny swego, sprytny i zarozumiały – i miał ku temu powody.

Słynął z niewyparzonego języka nie tylko w relacjach z kolegami z toru. W atmosferze pełnej wzajemnych oskarżeń rozstawał się nie tylko z McLarenem. Wcześniej, w podobny sposób żegnał się z fabryczną ekipą Renault, która położyła drugą połowę 1983 roku, w związku z czym Alain przegrał walkę o tytuł z Nelsonem Piquetem z Brabhama. W 1991 roku nie dokończył nawet sezonu. W związku z niezbyt pochlebnymi opiniami na temat samochodu Ferrari (porównał go do ciężarówki) został przez Włochów wylany z ekipy ze skutkiem natychmiastowym. Ponieważ do wzięcia nie było nic ciekawego, wziął sobie roczny urlop. Szybko jednak zaczął sondować swoje szanse na angaż w stajni Williamsa. „Rekomendacja” Renault okazała się decydująca i w 1993 roku Prost wrócił do Formuły 1 po swój czwarty tytuł mistrza świata. Decydujący udział w tym sukcesie miała technologiczna przewaga stajni Williamsa (jak to dzisiaj brzmi – a co ciekawe, Paddy Lowe świetnie to pamięta), dysponującej samochodem z innej planety.

Ciągnie wilka
Po zakończeniu kariery kierowcy Alain próbował swych sił w roli komentatora telewizyjnego, a potem szefa zespołu F1. W 1997 roku kupił od Flavio Briatore ekipę Ligiera, rok później przemianowując ją na Prost Grand Prix. Eksperyment zakończył się klapą, bo zespół zakopał się w długach i przestał istnieć. Prost na pewien czas wypadł z interesu. Imał się różnych rzeczy. Przesiadł się nawet na rower, ale wilka ciągnie do lasu. Do królowej sportów motorowych wrócił z firmą Renault. Najpierw w roli ambasadora marki, a potem specjalnego doradcy ekipy fabrycznej. W jakimś sensie sukces z fabrycznym zespołem Renault to dla niego niedokończony biznes. Trudno powiedzieć, czy uda się to zmienić, ale ambicje czterokrotnego mistrza świata są oczywiste.

Czasami odnoszę wrażenie, że klasa Alaina Prosta jest trochę niedoceniana. Może i jego osiągnięcia nie są tak zachwycające jak Michaela Schumachera. Być może za kierownicą wyścigówki Francuz nie popisywał się wirtuozerią na miarę Ayrtona Senny, nie miał też w sobie niezwykłej aury otaczającej „El Maestro” Juana Manuela Fangio, ale w panteonie największych gwiazd Formuły 1 wszech czasów i tak ma zagwarantowane miejsce. W końcu „Profesor” jest tylko jeden.

10 KOMENTARZE

  1. Jaki super wpis !!! Robert jak przestaniesz tutaj zamieszczać artykuły to obiecuję, że osobiście wywołam jakieś zamieszki (jeszcze nie wiem gdzie dokładnie ale wywołam !!) 🙂

  2. Czytając ten artykuł aż pozytywne ciarki mnie przeszły, szczególnie gdy wspomniałeś Pana Henryka, który był moim tatą i naszym trenerem piłki nożnej w Górniku Wałbrzych. Ale nie dziwota że mój tata trzymał stronę Alaina no bo w końcu pochodzenia Francuz 😉

  3. Po przeczytaniu tego artykolu wrocily wspomnienia.
    Niemiec-Stefan u ktorego pracowalem wtedu ’88 zabral mnie na Hockenheim. Mialem okazje obejrzec na zywo wyscig. Bylem zielony. Stefan wogole kibicowal Ferrari ale bacznie obserwowal pojedynek Prost-Senna i jesli chodzi o ta pare byl za Prostem. Tlumaczyl mi ze Senna to taki troche dzikus niecywilizowany, natomiast o Proscie mowil bardzo podobnie jak opisujesz w swoim artykule, w swojej ocenie Stefan wyzej cenil Prosta niz Senne.
    Dziekuje za ciekawy artykol i czekam na wiecej
    Pozdrawiam

  4. Ta pomoc Jean-Marie Balestre’a jako szefa FIA nie była wcale taka niewielka. Popierał Francuz Francuza trudno żeby Brazylijczyka. Ten super bolid Williamsa z 1993 roku to oczywiście dzięki aktywnemu zawieszeniu. Faktycznie wtedy wszystkich pobił na głowę. Potem było już gorzej i przekonał się o tym rok póżniej nie kto inny tylko Aytron. Z resztą w roku 1994 Benetton był najlepszy – 1 tytuł Schumachera ale do dziś się spekuluje, iż posiadał ukryty system aktywnego zawieszenia. Senna starał się kolekcjonować punkty w sezonie i czekać na poprawę bolidu ale na pechowym dla F1 weekendzie w Imola się skończyło. Wtedy też zginął Ratzenberger. F1 to naprawdę kawał ciekawej historii. Pozdrowienia dla fanów F1 u progu nowego sezonu!

Pozostaw odpowiedź MarEk Anuluj odpowiedź

Please enter your comment!
Please enter your name here