Wydaje się to nierealne, ale Mercedes jeszcze nie wygrał na Hungaroringu w zdominowanej przez siebie hybrydowej erze. Trzy lata temu wygrał tu Lewis Hamilton, po raz czwarty wznosząc trofeum na najwyższym stopniu na Węgrzech, ale w kolejnych sezonach ten zaszczyt przypadł w udziale Danielowi Ricciardo (Red Bull) i Sebastianowi Vettelowi (Ferrari). Oba wyścigi były odrobinę szalone: w sezonie 2014 Hamilton startował z alei serwisowej, przed rokiem – zdekoncentrowany poranną wizytą na planie „Marsjanina” – zwiedzał pobocze już na pierwszym okrążeniu. I tak lepiej mu szło niż Nico Rosbergowi, który każdy dotychczasowy start na Węgrzech kończył za Hamiltonem (poza sezonem 2010, kiedy żaden z nich nie dotarł do mety) – nieważne, czy byli zespołowymi partnerami, czy nie.

Po piątku w lepszym nastroju jest Nico, a rywale, którzy liczyli na nawiązanie walki z Mercedesem na krótkiej, krętej pętli węgierskiego toru, muszą poważnie zrewidować swoje oczekiwania. Charakterystyka Hungaroringu nieszczególnie premiuje walory jednostki napędowej, więc w Ferrari i przede wszystkim w Red Bullu liczono na postraszenie mistrzów świata. Potwierdza się jednak fakt, że Mercedes dysponuje po prostu najlepszym pakietem w niemal każdych warunkach i próżno doszukiwać się zmian w układzie sił w zależności od wpływu silnika na osiągi na danym torze.

Może to jednocześnie dowodzić słuszności ostatnich wyliczeń krążących po padoku, jakoby różnice w możliwościach samych jednostek napędowych były minimalne. Szacuje się, że aktualne ewolucje jednostek napędowych Ferrari i Renault tracą do rozwijającego około 950 KM Mercedesa po zaledwie 8 i 15 koni. Odstaje oczywiście Honda – chociaż Fernando Alonso mówi o 80-100 KM różnicy, to bliższą prawdy wartością wydaje się być poziom 60 KM. To jedyny przypadek, w którym pomaga charakterystyka Hungaroringu: w obu piątkowych sesjach Alonso i Jenson Button zmieścili się w pierwszej dziesiątce. Miła sprawa na torze, na którym obaj odnieśli swoje pierwszy triumfy w F1: Hiszpan w 2003 roku, a Anglik trzy lata później, w wyścigu dla nas pamiętnym za sprawą debiutu Roberta Kubicy.

Wracając do czołówki, Rosberg twierdzi, że położony wczesną wiosną asfalt odpowiada Mercedesowi. Z kolei Hamiltonowi nie odpowiadają nowe tarki, mające zniechęcić kierowców do poszerzania toru jazdy w Zakręcie 4 i Zakręcie 11. Właśnie w tym drugim miejscu mistrz świata zakończył piątkową pracę, zaliczając uślizg na nowej tarce i lądując bokiem w barierze. Urządzenia zmierzyły 12 g, zapaliło się światełko ostrzegawcze przed kokpitem i Lewis musiał odwiedzić centrum medyczne. Do tego uderzenie mocno obciążyło wahacze i zespół wolał na spokojnie sprawdzić samochód.

– Nie winię toru, to była moja wina, wjechałem kołem na złe miejsce – mówił Hamilton, rzecz jasna przepraszając zespół za dodatkową pracę. – Nie wiem, dlaczego zmienili te tarki. Przedtem było dobrze. Szkoda, stara tarka była fantastyczna, przez wiele lat się sprawdzała i teraz to zmieniono. Pewnie mieli za dużo pieniędzy i musieli je na coś wydać. Ze mną wszystko jest w porządku, nawet ze złamaną nogą chciałbym się ścigać! To niesamowite, że w MotoGP jeżdżą z połamanymi kostkami i obojczykami, a tutaj wybity palec sprawia, że nie chcą cię dopuścić do wyścigu.

Mimo piątkowej przygody Lewis jest w doskonałym nastroju i to powinno wystarczyć jako ostrzeżenie dla Rosberga. Ta dwójka stoczy ze sobą kolejny bój, a za ich plecami walczyć będą kierowcy Red Bulla i Ferrari. Scuderia ma już tylko sześć punktów przewagi nad rywalami…