Lewis Hamilton wreszcie wygrał w Brazylii, przekładając koronację do Abu Zabi, Nico Rosberg finiszował na drugiej pozycji, ale ich osiągnięcia przyćmił Max Verstappen, który w drodze po trzecie miejsce – jak to ujął Toto Wolff – „przedefiniował fizykę”.

O tym występie kibice i ludzie związani z Formułą 1 będą rozprawiać całymi latami. W Sao Paulo 19-latek dał najlepszą – jak dotychczas – próbkę swojego talentu, jadąc w stylu, który po wszystkim chętnie porównywano do deszczowych popisów Ayrtona Senny w Monako ’84 czy Michaela Schumachera w Barcelonie ’96. Czy faktycznie można pokusić się o tak daleko idące porównania? Jeśli mam odnieść się akurat do tych wyścigów, to uważam, że nie. Przypomnę tylko, że Ayrton ścigał Alaina Prosta po ciasnych ulicach księstwa słabiutkim Tolemanem (a obu panów gonił jeszcze Stefan Bellof), z kolei Michael zdemolował konkurencję, nie zważając na to, że przez większość wyścigu w jego – kiepskim skądinąd – Ferrari pracowało nie dziesięć, lecz dziewięć cylindrów. Pomimo tego, nie mam wątpliwości, że brazylijski spektakl Verstappena będzie wymieniany jednem tchem obok najlepszych deszczowym występów w F1, chociażby dlatego, że chwilami rywale Maksa – wyjąwszy Lewisa Hamiltona – wyglądali przy nim trochę jak amatorzy.

Niczego Verstappenowi nie umniejszając warto oczywiście pamiętać o tym, iż niebagatelną rolę w jego szarży odegrały świeższe opony, które w połączeniu z zaletami podwozia RB12 dawały mu przewagę. Nie zapominajmy również, że urzędujący mistrz świata był poza jego zasięgiem. W niczym nie zmienia to jednak faktu, że był to fenomenalny występ, który ostatecznie potwierdził, że mamy do czynienia z kierowcą posiadającym wyjątkowo mocne papiery, żeby dołączyć do panteonu wielkich. Czy uda mu się to osiągnąć, to już zupełnie inna sprawa. Prawdziwą wartość Maksa poznamy jednak dopiero wtedy, kiedy na jego barki spadnie ciężar walki o tytuł mistrza świata.

Odważnie i bezkompromisowo
Na Interlagos błyszczał jednak niesamowicie, popisując się wyjątkowym wyczuciem i fantastycznym panowaniem nad samochodem (nie licząc wpadki przy wjeździe do alei serwisowej). Idealnie trafiał w punkty hamowania i zakręty, wykorzystywał zupełnie inne linie przejazdu, nad którymi pracował podczas neutralizacji, sprawdzając dosłownie każdy skrawek asfaltu w poszukiwaniu lepszej przyczepności. Ze zdobytej w ten sposób wiedzy robił natychmiastowy użytek, zostawiając za sobą kolejnych rywali. Odważnie i bezkompromisowo. Nie zawsze zresztą dysponując przewagą w postaci świeższych opon – tak jak w przypadku Nico Rosberga (za drugim razem), którego objechał po zewnętrznej Curva do Sol, czy Daniela Ricciardo w Mergulho.

Porównanie z Australijczykiem niewątpliwie podnosi ocenę wyczynu młodego Holendra. Po ostatniej wizycie w alei serwisowej Max był bowiem za Danielem, tymczasem do końca wyścigu nie tylko go złapał i wyprzedził, ale zameldował się jeszcze pięć pozycji i dziewięć sekund przed nim.

Pełna kontrola
Co do tego, czy bez taktycznego strzału w stopę w wykonaniu Red Bulla Verstappen mógł pokusić się o pokonanie Hamiltona, to myślę, że nie. W pierwszej części wyścigu, kiedy obaj jechali na oponach o podobnym przebiegu, Anglik spokojnie kontrolował sytuację, w razie potrzeby przyspieszając. Gdyby nie ruletka z oponami ostatnie 16 okrążeń wyglądałoby tak samo. Sugerują to m.in. czasy okrążeń uzyskiwanie przez mistrza świata mimo mocniej zużytego ogumienia (jeśli dobrze policzyłem, mające na liczniku 17 okrążeń więcej w tempie wyścigowym). Nie musiał co prawda lawirować między rywalami i zmagać się z pióropuszami rozpylanej przez nich wody, ale też nie miał powodu, żeby szczególnie się spieszyć.

– To był jeden z moich najłatwiejszych wyścigów. Warunki były okropne, zdołałem jednak uniknąć kłopotów – oznajmił Lewis Hamilton po odczarowaniu Interlagos, na którym nigdy wcześniej nie udało mu się wygrać. Tym razem Anglik okazał się bezkonkurencyjny. Prawdziwy obraz jego dominacji nad kolegą z ekipy zatarł poszatkowany przerwami i neutralizacjami wyścig. Warto zdać sobie jednak sprawę z tego, że w trakcie 37 okrążeń faktycznego ścigania przewaga mistrza świata przekroczyła 33 sekundy. Robi wrażenie.

Ale dlaczego?
Dzięki sukcesowi w Sao Paulo Hamilton dobił w liczbie zwycięstw (9) do Rosberga. Sęk w tym, że nadal traci do niego 12 punktów, więc w Abu Zabi znowu musi grać o wszystko. Tyle może zrobić, reszta zależy od jego rywala. Jeśli Nico zmieści się w trójce, Lewis będzie musiał się pogodzić z porażką.

W Brazylii prawie wszystko poszło zgodnie z jego planem. Prawie, bo po pierwsze w trakcie wyścigu musiał zmienić specjalnie przygotowany na te okazję kask w barwach swojego idola – Ayrtona Senny, a po wtóre – przy nieco innym rozwoju sytuacji – mógł odrobić do Rosberga trochę więcej punktów. Słuchając na mecie jego konwersacji z Maksem można było nieomal wyczuć pretensję o taktyczne eksperymenty Red Bulla. – Drugie miejsce miałeś w kieszeni. Skąd pomysł na przejściówki? – dziwił się Hamilton.

Przegrał, żeby wygrać
Nico Rosberg nie wykorzystał pierwszego meczbola i prawdę mówiąc nie był tym specjalnie zainteresowany. Widząc niesprzyjające okoliczności, zamiast bicia głową w mur, Niemiec wybrał zdroworozsądkową strategię trzymania się z daleka o wszelkich problemów. Było to wyraźnie widoczne, gdy atakował go Max Verstappen. Nico nawet nie probował Holendrowi przeszkadzać.

Myślę, że Niemiec był zadowolony już z tego, że w przeciwieństwie do Monako radził sobie z mokrą nawierzchnią na tyle dobrze, że liczył się w walce o podium, a zatem realizował plan minimum. Podjęcie ryzyka w deszczu, który nigdy nie był jego mocną stroną w starciu z prawdziwymi ekspertami jazdy po mokrym torze, byłoby czystą głupotą, mogącą przekreślić jego życiową szansę. Wiedział, że na coś takiego, nie może sobie pozwolić i postanowił wziąć tyle, ile zaoferuj mu los. Ten okazał się dla niego nadzwyczaj łaskawy, bo przed startem Rosberg pewnie wziąłby drugą lokatę w ciemno. Co prawda bitwę przegrał, ale tylko po to, żeby wygrać wojnę.

W Abu Zabi jego najgroźniejszym rywalem będzie on sam. Do pełni szczęścia wystarczy mu trzecia lokata – teoretycznie nic wielkiego. W każdym innym wyścigu tak, jednak w walce o taką stawkę, może być różnie. Nico będzie musiał zmierzyć się ze swoją głową, demonami w niej drzemiącymi i niewyobrażalną presją, której skali może się tylko domyślać. Nie chcę być złym prorokiem, ale w angielsko-niemieckich potyczkach na pustyni (bardziej afrykańskich, aniżeli azjatyckich, ale jednak) z reguły górą byli ci pierwsi…

Ocean łez
Felipe Massa, który osiem lat temu otarł się na Interlagos o tytuł mistrza świata miał ostatnią okazję, żeby zaprezentować się rodakom w wyścigu Formuły 1. No i cóż, nie było to pożegnanie o jakim zapewne marzył Brazylijczyk. Biorąc poprawkę na dyspozycję Williamsa, który już dawno wypadł z gry o podia, Felipe na cuda pewnie nie liczył, za to na przyzwoity wynik jak najbardziej. Nic z tego jednak nie wyszło, gdyż Massa zakończył wyścig wpadając w poślizg i rozbijając samochód.

Pomimo tego, otrzymał gromkie brawa – nie tylko od zgromadzonej na trybunach publiczności, ale także od członków ekip wyścigowych. Wyjątkowo entuzjastyczne powitanie zgotowano mu Ferrari, z nostalgią wspominające czasy, kiedy Massa walczył z nimi o tytuły. Były wzruszenia i łzy, cały ocean łez… Piękny moment, na który Felipe w pełni zasłużył.

Miliony i survival
Na otarcie brazylijskich (i nie tylko) łez, zupełnie nieoczekiwanie punkty zdobył Felipe Nasr, który pojechał w Sao Paulo naprawdę znakomicie. Przez jakiś czas zajmował nawet szóstą lokatę, ale ostatecznie musiał uznać wyższość Verstappena, Hulkenberga i Ricciardo. W Sauberze i tak strzelały kroki od szampanów, ponieważ 2 punkty zdobyte przez Nasra pozwoliły wskoczyć ekipie z Hinwil na dziesiąte miejsce w mistrzostwach świata warte – bagatela – jakieś 35 mln USD. Manor jeszcze ma szansę na odpowiedź, lecz jest ona naprawdę minimalna.

Sporą kasę zarobi także Force India, które w komplecie przetrwało survival na Interlagos. Czwarta pozycja Sergio Pereza i siódma Nico Hulkenberga wobec czystego konta Williamsa w zasadzie przesądza sprawę czwartego miejsca w klasyfikacji mistrzostw świata konstruktorów. Tak więc z jednak strony ogromny sukces, z drugiej pewien niedosyt, gdyż pachniało podium. Hulkenbergowi na przeszkodzie stanęły jednak szczątki z rozbitego Ferrari Kimiego Raikkonena, natomiast Pereza złudzeń pozbawił Max Verstappen.

Wizerunkowe straty
Na deser Ferrari. Włosi nie zaliczą wyścigu w Brazylii do udanych. Kimi Raikkonen startował z trzeciej pozycji, długo się jednak nią nie cieszył, ponieważ przegrał z Verstappenem. Najgorsze było dopiero przed nim. W trakcie 19 okrążenia „Iceman” wpadł na prostej w poślizg, rozbijając samochód o mur. Na chwilę wszyscy wstrzymali oddech, na szczęście nikt w Fina nie wjechał.

Sebastian Vettel wywalczył na Interlagos piąte miejsce. Błąd z pierwszej części wyścigu okazał się wyjątkowo kosztowny i wyłączył czterokrotnego mistrza świata z rywalizacji o najniższy stopień podium. Seb zdołał co prawda pozbierać się i odrobić część strat, ale coś mi mówi, że narzekania po ataku Verstappena nie przysporzyły mu popularności.

2 KOMENTARZE

Comments are closed.