Trzeba przyznać, że Mercedes wie, jak ożywić w zasadzie poukładane widowisko! Ściągając pod koniec wyścigu na Marina Bay Lewisa Hamiltona do alei serwisowej, mistrzowie świata wywołali reakcję łańcuchową, w efekcie której nerwowo zrobiło się zarówno w Srebrnej Strzale prowadzącego Nico Rosberga, jak i na stanowisku dowodzenia stajni z Brackley. Swoim pościgiem Daniel Ricciardo napędził mistrzom świata stracha, choć ostatecznie wszystko dobrze się dla nich skończyło i Rosberg zgarnął trzecie zwycięstwo z rzędu.

Wakacyjna przerwa może zdziałać cuda, bo tak chyba trzeba określić metamorfozę Rosberga. Trzy wyścigi, trzy triumfy. Belgia, Włochy i Singapur – gdzie Niemiec zaliczył jeden ze swoich najlepszych weekendów w F1, najpierw wygrywając czasówkę po „jednym z trzech najlepszych okrążeń kwalifikacyjnych w karierze”, a następnie zmieniając pole position w zwycięstwo, dzięki któremu znowu przewodzi w mistrzostwach świata. Wygląda na to, że powtórka sprzed roku – kiedy Lewis szybko przesądził sprawę na swoją korzyść i w ostatnich wyścigach sezonu gra szła o przysłowiową pietruszkę – nam nie grozi.

Najlepszy Nico
Wygrana w Singapurze wcale nie przyszła Nico łatwo. Nie tylko dlatego, że musiał pamiętać o skutecznym zarządzaniu hamulcami (sprawa dotyczyła również Lewisa), komfortową sytuację Rosberga skutecznie zakłócił bowiem jego własny zespół. Ściągając Hamiltona na trzeci serwis, Mercedes zainicjował reakcję łańcuchową, fundując sobie i liderowi wyścigu solidny zastrzyk adrenaliny. Czegóż to nie robi się dla widowiska!

A tak na poważnie, to gdy Hamilton zaliczył trzeci pit stop, a w jego ślady poszedł Kimi Räikkönen, Ricciardo nic nie ryzykował, zjeżdżając po supermiękką mieszankę (48-49) i rzucając rękawicę Rosbergowi. W pierwszej chwili mistrzowie świata również planowali dodatkowy pit stop, sprawy się jednak szybko skomplikowały. Australijczyk przejechał bowiem bardzo szybkie okrążenie wyjazdowe, podczas gdy Nico wpadł w korek, gubiąc cenny czas, co otworzyło przed Danielem szansę na podcięcie rywala.

W tej sytuacji Mercedes nie miał większego wyboru i pozostawił Rosberga na torze. 25-sekundowa różnica na mecie 48. okrążenia dowodziła, że na udaną operację w alei serwisowej i powrót Nico na pierwszej pozycji nie było szans. No dobrze, pozostała jeszcze kwestia przejechania kolejnych 13 kółek na twardszych (miękkie) i starszych o 14 okrążeń oponach. Dystans dzielący obu panów malał w oczach. Na 49. okrążeniu Ricciardo zbliżył się o 3,7 sekundy, potem redukował straty o przeszło 2 sekundy na kółku, ale jego opony coraz bardziej traciły świeżość. Co gorsza, po drodze Danowi przyplątali się Felipe Massa i Esteban Gutiérrez, którzy przystopowali jego postępy. Mimo wszystko Australijczyk nie odpuszczał. Na ostatnim kółku Red Bull zaczął dosłownie wyłazić z lusterek Srebrnej Strzały #6, ale to było za mało, żeby wydrzeć „najlepszemu Nico Rosbergowi” (cytat z Toto Wolffa) ósme zwycięstwo w 2016 roku.

Klasa
Na chwilę zatrzymajmy się przy Ricciardo, który w Singapurze wyraźnie zepchnął w cień Maksa Verstappena. Czy były szanse, żeby sprzątnąć Rosbergowi sprzed nosa wygraną? Prawdę mówiąc nikłe, gdyż Red Bull nie był w Singapurze tak groźny jak w Monako. Szansa na zwycięstwo pojawiła się przed Australijczykiem wyłącznie za sprawą jego świetnej jazdy i sprytnej taktyki. Występ na Marina Bay jest jednakże kolejnym, w którym Ricciardo wspiął się na wyżyny swojego talentu. Popis w kwalifikacjach zakończony przedzieleniem kierowców Mercedesa, świetna, równa jazda w wyścigu, no i znakomita szarża w jego finale, gwarantująca mu drugą lokatę, potwierdzają klasę Australijczyka.

Trzy drugie i jedno trzecie miejsce w ostatnich pięciu wyścigach (a wcześniej jeszcze tylko druga lokata z Monako) mówią wszystko. Brakuje tylko jednego – zwycięstwa, które dwukrotnie Danielowi w tym sezonie przeszło koło nosa, nie z jego winy zresztą. Pozostaje mieć nadzieję, że za którymś razem szczęście uśmiechnie się do Australijczyka równie szeroko, jak on uśmiecha się do wszystkich. W końcu będzie jeszcze kilka okazji. Może na Suzuce albo Sepang? Zobaczymy.

Zadyszka?
Czy Lewis Hamilton powinien zacząć się niepokoić? Ostatnio nie wiedzie mu się najlepiej. W Belgii mistrzowi świata przyszło koncentrować się na ograniczeniu strat po taktycznej wymianie podzespołów jednostki napędowej. Na Monzy pachniało nokautem, przynajmniej po czasówce, tymczasem po kiepskim starcie Anglik musiał się pocieszyć drugą lokatą. Nic dziwnego, że z Singapurem, gdzie zwyciężał dwukrotnie, wiązał duże nadzieje.

Plany te spaliły jednak na panewce z powodu piątkowych kłopotów z hydrauliką, za które przyszło mu słono zapłacić. Jednak jazda na pełny gaz po naszpikowanym pułapkami torze bez optymalnych ustawień nie jest ani łatwa, ani komfortowa. Stąd m.in. zblokowane koła i kłopoty z hamulcami. Zwykle w takich miejscach Hamilton czuje się jak ryba w wodzie, tym razem wyraźnie brakowało mu jednak pewności siebie i w efekcie musiał przełknąć gorycz porażki. Nie tylko w starciu ze swoim „mniej utalentowanym kolegą”, ale również z Danielem Ricciardo. W niedzielę niewiele brakowało, żeby Anglik w ogóle wypadł z gry o podium, trzecią pozycję udało się jednak ocalić za sprawą „planu B”.

Nie ulega wątpliwości, że mistrz świata wypadł na Marina Bay nad wyraz słabo i nie wynikało to wyłącznie z czynników niezależnych od niego. Lewis wyglądał w Singapurze tak, jakby złapał zadyszkę. Pojawia się pytanie, czy to tylko chwilowa zadyszka, czy jednak coś więcej? Na odpowiedź chyba nie będziemy musieli zbyt długo czekać. Wszystkiego dowiemy się już w Malezji i Japonii. Pewne jest tyle, że nie grozi mu rozprężenie na kształt tego sprzed roku, kiedy z dużym wyprzedzeniem zapewnił sobie mistrzostwo świata. Teraz musi gonić, a to zawsze działa mobilizująco.

Tak to się robi!
Pomimo tego, że lepszym z kierowców Ferrari okazał się Kimi Räikkönen, paradoksalnie większe powody do zadowolenia miał Sebastian Vettel. Jak to możliwe? Ano tak, że po sobotnim dramacie spowodowanym awarią tylnego zawieszenia, a w konsekwencji jazdą na trzech kołach, czterokrotny mistrz świata przebił się z końca stawki na piątą pozycję, finiszując 17 sekund za „Icemanem” i pokonując startującego z czwartej pozycji Verstappena. Brzmi nieźle, prawda? Biorąc jednak pod uwagę jego singapurskie CV można było spodziewać się czegoś podobnego, w końcu Vettel czterokrotnie tam zwyciężał i dwa razy zajmował drugą lokatę.

No dobrze, a co z Räikkönenem? „Iceman” miał na Marina Bay spore szanse na podium. Tylko co z tego, że Fin w pięknym stylu rozprawił się z Hamiltonem, skoro jego ekipa kompletnie nie była przygotowana na taktyczną zabawę w kotka i myszkę z Mercedesem, do końca nie mając pewności jaką opcję wybrać, w rezultacie czego Räikkönen stracił na rzecz Anglika najniższy stopień podium. Trudno oczywiście przesądzać, czy pozostając wzorem Rosberga na torze, Kimi zdołałby utrzymać trzecią lokatę, ale byłoby dobrze, gdyby własny zespół dał mu chociaż na to szansę. Wydaje się, że były ku temu przesłanki, szczególnie, że mistrz świata nie był tego dnia w najlepszej dyspozycji. – Mogliśmy jechać do końca. Czy zdołaliby nas dogonić lub wyprzedzić? Nie wiem – skwitował na mecie „Iceman”.

Wina jaszczura
Słabiutko poszło w Singapurze Maksowi Verstappenowi. Nie pomogła najnowsza specyfikacja silnika Renault. Na krętym toru Marina Bay w czasówce Holender przegrał o 0,2 sekundy ze swoim starszym kolegą, ale czwarta pozycja stanowiła niezłą zaliczkę przed wyścigiem. Problem tkwił jednak w tym, że w RB12 Maksa szwankowało sprzęgło, a ponieważ nie chodziło o problem strukturalny, FIA nie zgodziła się na jego wymianę przed startem.

W związku z tym problemów na starcie można było się spodziewać. To i tak cud, że Maksowi udało się uniknąć torpedy w postaci Nico Hülkenberga. Pojedynek z Daniiłem Kwiatem dodał jego występowi pieprzu, ale szóste miejsce z pewnością nie spełniło jego oczekiwań, zwłaszcza, że przed nim finiszował startujący z ostatniej pozycji Sebastian Vettel. Zastanawiam się, co podziałało na niego tak paraliżująco. Może biegający w piątek po torze jaszczur?

Wzloty i nieloty
Zadowolony mógł być za to Fernando Alonso. Pierwszy triumfator nocnego wyścigu w Singapurze (albo innymi słowy beneficjent afery singapurskiej) zajął siódme miejsce, zdobywając niezwykle cenne sześć punktów. Sporą część wyścigu Hiszpan przejechał na piątej pozycji, ale na Vettela i Verstappena nie miał żadnej recepty. Przewaga sprzętowa ciągle leży po stronie konkurencji. Tak czy inaczej, zdobycze dwukrotnego mistrza świata pozwoliły McLarenowi umocnić się na szóstej pozycji w generalce.

Zaliczająca w kontekście trzech ostatnich lat zjazd po równi pochyłej ekipa Williamsa wyjechała z Singapuru z pustymi rękoma. Ich rywale z Force India zwiększyli wprawdzie swój stan posiadania tylko o 2 punkty (Sergio Pérez), ponieważ Hülkenberg rozbił się na starcie, ale to wystarczyło, żeby znowu wyprzedzić stajnię z Grove w generalce. Aktualnie obie stajnie dzieli zaledwie punkt, więc walka o czwartą pozycję i wiążące się z tym korzyści będzie toczyła się do samego końca.

Ocean radości
Na kilka ciepłych słów w końcu zasłużył Kwiat. Rosjanin nie tylko po raz pierwszy od Wielkiej Brytanii zdobył punkty (za dziewiąte miejsce), ale zademonstrował również, dlaczego właściwie ciągle jeździ w F1. Bezkompromisowy pojedynek z Verstappenem, który zmienił go w Red Bullu, stanowił w tym wypadku przysłowiową wisienkę na torcie. Ostatecznie Kwiat musiał uznać się za pokonanego, ale ile miał radochy z tego, że skutecznie zastopował Maksa, to jego.

Na koniec Kevin Magnussen, który wywalczył co prawda tylko jeden punkt, ale w kontekście aktualnych możliwości ekipy Renault jest to sukces. Siedemnasta pozycja startowa nie stanowiła najlepszej wróżby, udany start znacznie poprawił jednak szanse Duńczyka na finisz w punktowanej dziesiątce.