To miało być wielkie święto Lewisa Hamiltona i ekipy Mercedesa, która już w Sepang mogła zapewnić sobie trzeci z rzędu tytuł mistrza świata konstruktorów. Tyle tylko, że w niedzielę niemal nic nie poszło po myśli stajni Toto Wolffa. Najpierw Nico Rosberg padł ofiarą Sebastiana Vettela, a potem w Srebrnej Strzale aktualnego mistrza świata, który miał zwycięstwo praktycznie w kieszeni, posłuszeństwa odmówił silnik. Z nieszczęścia Anglika skrzętnie skorzystał Daniel Ricciardo, sięgając po zwycięstwo, które dwukrotnie przeszło mu w tym roku koło nosa, aczkolwiek wrażenie najszczęśliwszego człowieka na ziemi i tak sprawiał Rosberg. Ciekawe, dlaczego?

A miało być tak pięknie
Przylatując do Malezji, Lewis Hamilton miał prosty plan – mistrz świata zamierzał pokonać Nico Rosberga, rewanżując mu się na ostatnie niepowodzenia. Na papierze nic trudnego, zwłaszcza jeśli weźmiemy pod uwagę to, jak Anglik radził sobie od początku weekendu na odświeżonym Sepang. W przeciwieństwie do Singapuru, Lewis i jego Srebrna Strzała znajdowali się w wybornej dyspozycji. W trakcie kwalifikacji Hamilton nie pozostawił złudzeń co do tego, kto tu rządzi, zawstydzając Rosberga czasem lepszym aż o 0,4 sekundy lepszym, po czym bezceremonialnie oświadczył, iż „nie sądzi, by ktokolwiek zdołał go w niedzielę zatrzymać”.

Do 40 okrążenia tak było w istocie. Posiadając komfortową przewagę nad usiłującymi bez powodzenia dotrzymać mu kroku Red Bullami, Anglik jechał nie tylko po zwycięstwo, ale również po prowadzenie w mistrzostwach świata. Wtedy jednak w jego Srebrnej Strzale eksplodował silnik, zmieniając wymarzony scenariusz w koszmar.

Mleko się rozlało
Rozgoryczony jeszcze jednym niepowodzeniem, Lewis dał upust swojej frustracji, wytaczając zarzuty najcięższego kalibru. – Jak to jest, że walczymy z Nico o tytuł, a tylko moje silniki się psują. Ktoś nie chce, żebym zdobył tytuł, zamierzam się jednak poddawać – oznajmił, dolewając oliwy do ognia. Na reakcję nie trzeba było długo czekać. Kilka osób z ekipy błyskawicznie zdementowało rewelacje mistrza świata, a główny zainteresowany dopytywany później, kogo miał na myśli mówiąc „ktoś”, przytomnie odparł, że „siłę wyższą”, najwyraźniej przyjmując do wiadomości, że trochę się zagalopował.

Nie od dziś wiadomo, że Lewis nie ma zadatków na dyplomatę i to się raczej nie zmieni. Zastanawiam się jednak, czy kiedyś dotrze do niego, że czasami subtelny przykaz, przemycony między wierszami, może mieć znacznie większą siłę rażenia niż takie walenie na odlew. Odnoszę wrażenie, że nie. Szkoda, bo w ten sposób Lewis niczego nie ugra. Już lepsze byłoby milczenie, bo nawet jeżeli potem padło „przepraszam”, mleko się rozlało.

Kończąc temat mistrza świata, tak sobie myślę, że Lewis mimo wszystko jest szczęściarzem. Dlaczego? Ano chociażby dlatego, że Nico Rosberg – z całym szacunkiem dla Niemca – nie jest tak wytrawnym graczem jak Alain Prost, który zafundowałoby Hamiltonowi taką emocjonalną huśtawkę, że jego delikatna konstrukcja psychiczna już dawno rozsypałaby się w proch.

Kuloodporny Nico
Dla Rosberga weekend w Malezji nie był usłany różami, ale mimo wszystkich przeciwności Niemiec opuszczał Sepang w jeszcze lepszym nastroju niż Singapur. Trudno jednak się dziwić, jeśli weźmiemy pod uwagę przygody, które na Sepang stały się jego udziałem. Porażka w kwalifikacjach była pewnie i bolesna, ale najgorszy moment przydarzył się Rosbergowi po starcie, kiedy atakujący Maksa Verstappena Sebastian Vettel wprowadził Mercedesa z #6 w ruch wirowy. – Sądziłem, że jest po wszystkim – relacjonował później Nico, mając na myśli incydent, po którym wylądował daleko w tyle.

O walce z Lewisem mógł zapomnieć, ale i tak powinien się uważać za szczęściarza, bo w odróżnieniu od siostrzanej maszyny Hamiltona jego Srebrna Strzała okazała się kuloodporna. Najpierw po kolizji z Vettelem, a potem również z Kimim Räikkönenem. Dzięki temu Niemiec wrócił z piekieł i nawet mimo 10-sekundowej kary za kolizję z „Icemanem” finiszował jako trzeci.

W obliczu tego, że na mecie zabrakło mistrza świata Rosberg nie mógł narzekać. Nie tylko nie stracił, ale jeszcze zwiększył swoją przewagę w generalce. 23 punkty to dużo i mało. W pięciu wyścigach do zgarnięcia pozostaje jeszcze 125 oczek, więc tak naprawdę sprawa tytułu jest otwarta. Nie zmienia do jednakże faktu, iż sytuacja Niemca staje się coraz bardziej komfortowa. Dokładnie odwrotnie niż w przypadku Hamiltona, dla którego margines błędu skurczył się dramatycznie. Z punktu widzenia widowiska to znakomicie, bo z podrażnioną ambicją Anglik będzie wyjątkowo groźny. Szykuje się ostry finisz bez dżentelmeńskich gestów, brania jeńców i innych tego typu ceregieli.

Prawo karmy
Daniel Ricciardo czekał na swoje czwarte zwycięstwo w F1 przeszło dwa lata, ale lepiej późno niż wcale. W końcu już dwukrotnie w tym sezonie wydawało się, że wygraną ma w kieszeni, a ostatecznie musiał obejść się smakiem – w obu zresztą przypadkach Australijczyk padł ofiarą strategii własnej ekipy, która w Hiszpanii lepszą taktykę wybrała dla Verstappena, z kolei w Monako została przechytrzona przez Lewisa Hamiltona i Mercedesa. Bliski sukcesu Dan był także w Singapurze, skończyło się jednak drugą pozycją. Dopiero w Malezji dopiął swego.

Jest w tym zresztą trochę ironii, bo na Sepang nie wszystko szło tak, jakby sobie tego wymarzył. Był wolniejszy od swojego młodszego kolegi, przegrał z nim czasówkę (z powodu piątkowych kłopotów korzystał zresztą z jego ustawień), po starcie uniknął jednak problemów, a w kluczowym momencie wykazał się niebywałą determinacją, odpierając atak Maksa. Wtedy jeszcze nie miał pojęcia, że tak naprawdę walczy o zwycięstwo. Ostatni akord dopełnił dramat Hamiltona. Prawo karmy? Najwidoczniej, i to od razu za Barcelonę i Monako, ale w końcu on też kiedyś musiał się znaleźć we właściwym czasie i miejscu. Trudno w takiej sytuacji dziwić się radości Australijczyka, który uczcił triumf toastem z buta, racząc następnie tym wykwintnym trunkiem swojego szefa, kumpla z ekipy i lidera mistrzostw świata.

Na ten sukces warto było czekać z jeszcze jednego powodu. Ricciardo zadedykował go bowiem Jules’owi Bianchiemu, przypominając o tragedii młodego Francuza. Naprawdę, szacunek. Australijczyk po raz kolejny pokazał, że nietuzinkowy talent idzie u niego pod rękę z wielką klasą. Niektórzy z jego kolegów mogliby się od niego wiele nauczyć. Nie wiem tylko, czy są w stanie to zrobić.

Musiał odpuścić
Wracając do kompilacji właściwego czasu i miejsca, to coś na ten temat mógłby powiedzieć Max Verstappen. Po czasówce 19-latek wyrósł na najgroźniejszego rywala kierowców Mercedesa, sęk jednak w tym, że w pierwszym zakręcie znalazł się pod ostrzałem Vettela, celującego w miejsce, w którym chwilę później znalazł się Rosberg, wobec czego Holender musiał salwować się ucieczką na zewnętrzną, tracąc trzy lokaty. Dwie z nich szybko odrobił, przesuwając się za Ricciardo. Następnie, wykorzystując drugą wirtualną neutralizację, zespół zaordynował mu alternatywną strategię, po pierwsze żeby nie tracił czasu za swoim kolegą, po wtóre aby wywrzeć presję na Hamiltonie.

W połowie wyścigu na stanowisku dowodzenia Red Bulla zrobiło się gorąco. Jadący na świeższych oponach Max przypuścił atak na Daniela. Dwa zakręty panowie przejechali tuż obok siebie, przyprawiając swoich szefów o szybsze bicie serca. W trzeci pierwszy wjechał Australijczyk, przesądzając losy pojedynku na swoją korzyść. – Musiałem w siódemce odpuścić, gdyż w przeciwnym razie istniało ryzyko, że obaj nie skończymy wyścigu – tłumaczył później Verstappen. Ciekawe, czy tak samo by postąpił, gdyby miał zdolność przewidywania przyszłości? Moim zdaniem nie, chociaż tego już się nie dowiemy. Drugie miejsce to oczywiście świetny wynik (szczególnie, że Red Bull ustrzelił pierwszy od 2013 roku dublet), ale jak tu pozbyć się natrętnej myśli, że w grę wchodziło zwycięstwo? Spokojnie Max, człowiek uczy się całe życie.

„Iceman” górą
Ferrari coraz bardziej traci kontakt z Red Bullem, co niewątpliwie przekłada się na atmosferę panującą w Maranello. W Malezji Räikkönenowi przyszło bronić honoru włoskiej stajni w pojedynkę, bowiem Vettel zakończył swój występ po kolizji z Rosbergiem (ciąg dalszy problemów w Japonii, gdzie Niemiec straci trzy miejsca na starcie). Co do „Icemana”, Fin do końca walczył z Nico o trzecią lokatę. Z powodu uszkodzeń po brutalnym ataku Niemca w drugim zakręcie, jego wysiłki okazały się co prawda daremne, ale 12 oczek wystarczyło, żeby Kimi odebrał swojemu bardziej utytułowanemu koledze czwartą pozycję w klasyfikacji mistrzostw świata.

Na komplementy z pewnością zasłużył również Valtteri Bottas. W kwalifikacjach nie udało mu się wprawdzie wejść do Q3, lecz ryzykowana strategia oparta na jednym pit stopie (pośrednie, a potem twarde opony) spełniła swoją rolę i Fin zajął piąte miejsce, dopisując Williamsowi kolejne 10 punktów. Świetny występ Bottasa nie przeszkodził rywalom z Force India w powiększeniu do 3 oczek przewagi w klasyfikacji mistrzostw świata konstruktorów.

Iskrzący Alonso
Jeśli o mnie chodzi, to uważam, że najlepsze wrażenie zostawił po sobie Fernando Alonso. Pomimo startu z końca stawki za sprawą taktycznej wymiany elementów jednostki napędowej (świeżutki silnik został na Suzukę), Hiszpan przebił się na siódme miejsce. Dwukrotny mistrz świata powoli zadamawia się na tej pozycji, ponieważ ostatnio sięga po nią niemal seryjnie. Z jednej strony to efekt postępów, jakie wykonali zarówno McLaren, jak i Honda, ale z drugiej nie sposób nie dostrzec, że iskrzy także w kokpicie. Alonso wreszcie nie wygląda na kogoś, kto jeździ w barwach stajni z Woking za karę.

Kluczem do sukcesu okazało się pierwsze okrążenie, po którym Fernando wspiął się na 12. pozycję. To otworzyło przed nim szansę na solidne punkty. Swoja rolę odegrała także agresywna strategia z wykorzystaniem trzech kompletów opon z żółtym (spadek z soboty) i jednego z pomarańczowym paskiem, która w połączeniu z rozsądną jazdą Hiszpana zaowocowała siódmą lokatą. Sprzyjało mu również szczęście, gdyż ostatni wirtualny samochód bezpieczeństwa pozwolił mu niemal bezkarnie wykonać trzeci pit stop i do końca deptać po piętach Sergio Péreza. Wszystko odbyło się, niestety, kosztem Jensona Buttona, który wcześniej podróżował na szóstej pozycji. Na ostatni serwis Anglik zjechał kilka okrążeń przed wirtualną neutralizacją, wobec czego musiał się pocieszyć dziewiątą lokatą w jubileuszowym, 300. występie w Formule 1.