Pięćdziesiątce siódme zwycięstwo w karierze, piąte na Silverstone, przy czym czwarte z rzędu, do tego piąty wielki szlem w F1 – dla mnie nie ulega wątpliwości, że przed własnymi kibicami Lewis Hamilton dał swój najlepszy tegoroczny koncert, praktycznie nokautując rywali. Co ważniejsze, kłopoty Sebastiana Vettela umożliwiły Anglikowi zredukowanie strat w mistrzostwach świata do jednego oczka. Na półmetku zmagań walka zaczyna się w zasadzie od nowa – tyle tylko, że wszystko wskazuje na to, iż szala zaczyna się przechylać na stronę Mercedesa.

Złudzenie?
Biorąc pod uwagę ostatnie cztery wyścigi, rodzi się pytanie, czy Ferrari jest w stanie odpowiedzieć na ofensywę stajni z Brackley, która nie tylko uporała się z problemami z pierwszej części sezonu, ale coraz wyraźniej zaznacza swoją przewagę w wyścigu zbrojeń. Pewnie, że na Silverstone swoje zrobił także układ pętli, naszpikowany szybkimi zakrętami, idealnie pasującymi do charakterystyki (m.in. większego rozstawu osi) Srebrnych Strzał. Tego można było się oczywiście spodziewać, mimo to przyznam, że poczułem się odrobinę zaniepokojony. Odniosłem bowiem wrażenie, jakbyśmy cofnęli się do któregoś z trzech poprzednich sezonów. Dla mistrzostw świata byłoby lepiej, aby było to tylko złudzenie, czy cokolwiek innego…

Zobaczymy, sporo wyjaśni się już na Hungaroringu, który z racji swojej charakterystyki powinien włoskiej stajni odpowiadać zdecydowanie bardziej niż chociażby Silverstone. Jak będzie, zobaczymy, warto jednak pamiętać o tym, że Hamilton wygrał aż pięć z dziesięciu ostatnich wyścigów w Dolinie Trzech Źródeł, więc nie byłbym zdziwiony, gdyby rozpoczął wakacyjną przerwę w roli lidera generalki.

Król w swoim królestwie
Lewis Hamilton był na Silverstone klasą dla siebie. Pole position zdobyte z przewagą przekraczającą 0,5 sekundy stanowiło dla jego konkurentów poważne ostrzeżenie, choć przez chwilę nad Anglikiem wisiał katowski miecz za przeszkodzenie Romainowi Grosjeanowi na szybkim okrążeniu. W dość karkołomnym uzasadnieniu sędziowie stwierdzili jednak, że Lewis co prawda namieszał, lecz na karę nie zasłużył. Ciekawe, nieprawdaż?

W niedzielę nie było już żadnych kontrowersji i Hamilton z dziecinną łatwością sięgnął po zwycięstwo, nie zostawiając nikomu najmniejszych złudzeń co to tego, kto jest królem Silverstone. Powiem więcej: myślę, że trzykrotny mistrz świata w mało elegancki sposób bawił się swoimi rywalami, a to dlatego, że na dobrą sprawę na pełen gaz jechał chyba tylko przed wizytą w alei serwisowej i pod koniec wyścigu, kręcąc najszybsze okrążenie potrzebne do wielkiego szlema. To drugie pokazało, jakimi tak naprawdę rezerwami dysponował na swoim terenie Anglik, kompletując „najsłodszy” triumf w 2017 roku.

Za stopień słodkości niewątpliwie odpowiadała także postawa Valtteriego Bottasa, który sięgnął na Silverstone po drugą lokatę – i to mimo startu z dziewiątej pozycji. Fin wylądował tak nisko z dwóch powodów – za wymianę skrzyni biegów musiał się liczyć z utratą pięciu lokat (w związku z tym w Q2 korzystał z miękkich opon), ale przede wszystkim zawalił czasówkę, przegrywając z kierowcami Ferrari.

W wyścigu Valtteri zrehabilitował się jednak za sobotnią wpadkę, stopniowo przesuwając się w górę stawki. Ponieważ w Q2 korzystał z miękkich opon, na finisz otrzymał supermiękką mieszankę. Dziewięć okrążeń przed metą Bottas wyprzedził Vettela, pozbawiając Niemca trzeciej pozycji. Straty do zajmującego drugą lokatę Kimiego Räikkönena były jednak na tyle duże, że szansa skutecznej pogoni wydawała się niewielka. Pomimo tego Valtteri naciskał dalej i jego wysiłki zostały wynagrodzone. Fin z Ferrari się nie poddał, za to jego lewa przednia opona jak najbardziej i w ten sposób Fin z Mercedesa wskoczył na drugie miejsce i mistrzowie świata dzięki temu powtórzyli wynik z Kanady, sięgając po dublet.

A żeby Ci opona…
Przyjeżdżając do Wielkiej Brytanii ekipa Ferrari liczyła się z ostrą przeprawą, nie spodziewała się jednak, iż problemy z oponami Pirelli zniweczą wysiłki Vettela i Räikkönena. W rezultacie gumodramy „Iceman” zamiast drugiej pozycji sięgnął po najniższy stopień podium, natomiast Niemiec z czwartej pozycji spadł na siódmą. W przypadku Kimiego doszło do rozwarstwienia gumy, z kolei Vettel złapał kapcia (Pirelli utrzymuje, że opona powoli traciła ciśnienie, co brzmi nieco zabawnie w kontekście tego, że nic nie wiemy, żeby ekipa ostrzegła Sebastiana).

Krytyka ze strony Sergio Marchionnego, ale zapewne również i to, że Seb nigdy nie przepadał za Silverstone, sprawiły, że pierwsze skrzypce w ekipie Ferrari grał tym razem Kimi. W czasówce Fin wykręcił drugi czas, pokonując swojego młodszego kolegę. W niedzielę Räikkönen nie był w stanie zagrozić Hamiltonowi, wydawało się za to, że drugą lokatę ma w kieszeni. Nic z tego, trzy rundy przed metą lewa przednia opona w jego Ferrari zaczęła się rozpadać, w związku z czym „Iceman” stracił drugi stopień podium na rzecz Bottasa.

Tylko spokojnie
Vettel nie miał nawet tyle szczęścia i finiszował na siódmej pozycji. Czterokrotny mistrz świata nigdy nie ukrywał, że nie radzi sobie z torem Silverstone tak, jakby sobie tego życzył. Najlepiej świadczy o tym fakt, że zwyciężył tutaj tylko raz i nawet w czasach swoich największych sukcesów jakoś nie mógł się z angielską pętlą dogadać. Tym razem było podobnie – Sebastian poległ w walce z zespołowym partnerem zarówno w czasówce, jak i w wyścigu.

Na to drugie wpływ miał zapewne fakt, że po starcie objechał go Max Verstappen. Pojedynek z Holendrem stanowił niewątpliwą ozdobę wyścigu (szerzej o tym we fragmencie z Maksem), nie przyniósł mu jednak powodzenie i Niemiec musiał uciec się do starej, sprawdzonej metody – podcięcia zuchwałego młodzieńca.

Pomysł okazał się skuteczny, najgorsze było jednak dopiero przed Sebastianem – i nie chodzi tutaj o porażkę w starciu z Bottasem. Na przedostatnim kółku w „Ginie” doszło bowiem do przebicia lewej przedniej opony, najbardziej obciążonej na angielskim torze, dodatkowo nadwątlonej przyblokowaniem rzeczonego koła w trakcie obrony przed Valtterim. Wycieczka na pobocze Luffield i reszta okrążeniu na kapciu okazały się bardzo kosztowne, więc Niemiec spadł na siódmą lokatę. W jednej chwili z jego przewagi w generalce nie zostało niemal nic. Pomimo tego, Vettel stwierdził, że „nie ma powodów do paniki”. Czyżby?

Maksimum
Jeżeli weźmiemy pod uwagę perturbacje ciągnące się za ekipą Red Bulla od początku sezonu, Wielka Brytania przyniosła ekipie Christiana Hornera całkiem przyzwoity rezultat. Przede wszystkim po raz pierwszy od Monako do mety dotarli obaj kierowcy, zajmując odpowiednio czwartą (Verstappen) i piątą lokatę (Daniel Ricciardo). Jest oczywiste, że aspiracje obu panów sięgają znacznie wyżej, tyle tylko, że pod względem czystego tempa potencjał RB13 ciągle pozostawia wiele do życzenia. Na Węgry Red Bull zapowiada poprawki, licząc na lepszą drugą połowę sezonu, nie spodziewałbym się jednak cudów. Stawiam na to, że główne siły i środki w Milton Keynes rzucono już do pracy nad „czternastką”, która ma urzeczywistnić mistrzowskie ambicje Dana i Maksa (o ile nie zajdą żadne zmiany).

Na Silverstone Verstappen osiągnął absolutne maksimum. Z tym pakietem, bez psikusów pogodowych, na więcej niż czwarte miejsce nie można było liczyć. Pojedynek z Vettelem przyniósł ogromne emocje i potwierdził raz jeszcze, że w bezpośredniej walce młody Holender potrafi stawiać bardzo trudne warunki. Po starcie Max znalazł się przed Vettelem. Niemiec na chwilę odzyskał trzecią lokatę, lecz w czwartym zakręcie Verstappen zrewanżował mu się akcją po zewnętrznej, definitywnie wciskając się przed Ferrari z #5.

Druga odsłona tego pojedynku nastąpiła na trzynastym okrążeniu. Atak Vettela po wewnętrznej Stowe był bardzo efektowny, lecz nie przyniósł mu powodzenia. Mimo przejażdżki asfaltowym poboczem Max nie zdjął nogi z gazu i wyprowadził kontrę w Vale, nie zostawiając Sebastianowi miejsca i złudzeń (po wyścigu nie obyło się bez delikatnej szpilki pod adresem Maksa, który w korespondencyjnej wymianie zdań popisał się nie mniejszym refleksem niż na torze).

Na podcięcie Verstappen nie znalazł już odpowiedzi, choć ostatecznie zyskał kosztem Vettela pozycję, gdy kierowca Ferrari złapał kapcia. Wcześniej Max musiał jeszcze uznać wyższość Bottasa, wobec czego ostatecznie przypadła mu w udziale czwarta lokata.

Pościg Dana
Oczko niżej finiszował Ricciardo, który popisał się wspaniałym pościgiem po starcie z dziewiętnastego miejsca. Kiepska pozycja startował Australijczyka wynikała z faktu, że podczas Q1 w jego Red Bullu doszło do awarii turbosprężarki. W niedzielę skutecznie przedzierając się w górę stawki pokazał jednak po raz kolejny, że jest prawdziwym wojownikiem.

Owszem, początek nie poszedł po jego myśli. Próba objechania Grosjeana po zewnętrznej Luffield okazała się bowiem kiepskim pomysłem, po którym Ricciardo zaliczył przejażdżkę po poboczu. Wspinaczkę trzeba było zaczynać od nowa, Dan jechał jednak w niedzielę jak natchniony, zostawiając za sobą kolejnych rywali.

Na jednym okrążeniu poradził sobie z kierowcami Force India. Sergio Péreza wyprzedził po zewnętrznej Brooklands, natomiast Estebana Ocona po wewnętrznej Stowe. Następnie przed Copse poradził sobie także z Kevinem Magnussenem. Ostatnią ofiarą Ricciardo okazał się zmagający się ze sprzętem Nico Hülkenberg, a pozycję zwycięzcy z Baku ustalił oponiarski dramat Vettela. Brawa! Dla obu byków.

Krok naprzód
Wygląda na to, że fabryczna ekipa Renault wykonała kolejny krok naprzód. Z poprawioną podłogą Hülkenberg popisał się szóstym czasem kwalifikacji. W związku z karą dla Bottasa w niedzielę „Hulk” startował oczko wyżej. Na Valtteriego nie miał recepty. Ze względu na kłopoty z MGU-H w samej końcówce wyścigu stracił część mocy i przegrał z Danielem Ricciardo. Korzystając z problemów Vettela odzyskał jednak szóstą lokatę, powtarzając tym samym swój wynik z Hiszpanii.

Jolyon Palmer nie dostał nawet szansy na występ przed własną publicznością. Układ hydrauliczny w jego R.S.17 zawiódł bowiem na okrążeniu rozgrzewkowym.

Koniec miłości
Scuderia Toro Rosso znalazła się w kropce. Niesiony ambicją Carlos Sainz podkreśla, że wyrósł już z juniorskiej ekipy i nie kryjąc frustracji otwarcie przyznaje, że nie chce jeździć dla stajni z Faenzy. Daniił Kwiat i owszem, tyle tylko, że zwyczajnie szkodzi jej swoimi ekscesami na torze. Nie zazdroszczę Franzowi Tostowi. Trzymanie Hiszpana na siłę nie ma żadnego sensu i myślę, że po stronie Red Bulla gra toczy się już tylko o zwrot poniesionych nakładów. Przynajmniej części i nad tym pracuje otoczenie Sainza.

Na Silverstone Carlos i Daniił szybko znaleźli się na kursie kolizyjnym. Hiszpan wyprzedził Rosjanina po zewnętrznej Copse, trochę go jednak wyniosło i musiał zdjąć nogę z gazu. Kwiat postanowił to wykorzystać i panowie wpadli w Maggotts obok siebie – w Becketts Kwiat nadgryzł pobocze, a wracając na tor wjechał w swojego kolegę, po czym bezceremonialnie stwierdził, że „Carlos w niego skręcił”. Trzeba przyznać, że ma chłopak tupet! Tak się teraz zastanawiam, dlaczego w Austrii nie zwalił winy na Fernando Alonso za kolizję w pierwszym zakręcie. Niby dwukrotny mistrz świata, a tak szybko wciska hamulce.

Toksyczny układ
Niemal równie toksyczna atmosfera panuje w Force India, gdzie Pérez i Ocon nie szczędzą sobie wzajemnych uprzejmości, pomagając na każdym kroku. W Wielkiej Brytanii obejrzeliśmy kolejną odsłonę tlącego się konfliktu.

Cóż z tego, że Meksykanin wyglądał na Silverstone na szybszego od Francuza, jeśli po starcie znalazł się za nim i nie był w stanie go wyprzedzić. Tym razem nie miało to większego znaczenia, ale następnym razem może być zupełnie inaczej. Myślę, że głupio byłoby zaliczyć powtórkę z Azerbejdżanu, nawet jeśli przewaga Force India nad piątym w klasyfikacji mistrzostw świata zespołem Williamsa wygląda bezpiecznie.

Przebudzenie Stoffela
Dla Stoffela Vandoorne’a to był bardzo ważny weekend – niewykluczone, że najważniejszy w dotychczasowej karierze. Belg po raz pierwszy zaliczył bowiem lepszy weekend niż znów nękany karami Alonso. W Q1 pierwsze skrzypce grał jeszcze Hiszpan, który przy pomocy slicków popisał się najlepszym czasem, później lepszy był już jednak Vandoorne, który awansował do decydującej części kwalifikacji i rozpoczynał wyścig z ósmej pozycji. W niedzielę nie był w stanie zatrzymać Bottasa i Ricciardo, miał jednak szansę na punkt za dziesiąte miejsce. Jego wysiłki zniweczył zbyt wolny pit stop, w efekcie którego Stoffel spadł za Felipe Massę.

Znaki zapytania
Mercedes i Ferrari nie są zainteresowane dostarczaniem swoich jednostek napędowych McLarenowi, jeśli ten rozstanie się z Hondą. Czy ktoś jest zaskoczony takim obrotem spraw? Co właściwie stoi na przeszkodzie, jeśli chodzi o porozumienie? Odpowiedź jest prosta: potencjał stajni z Woking. Brutalna prawda jest taka, że z konkurencyjnym silnikiem i Alonso w składzie brytyjska stajnia może wyrosnąć na bardzo groźnego przeciwnika. A tego tak naprawdę nie chcą ani w Stuttgarcie, ani w Maranello. Jakby ktoś zapomniał, jesteśmy w królestwie piranii.

W tej sytuacji jedyną alternatywą dla genialnej japońskiej konstrukcji pozostaje Renault. Pytanie, czy w ogóle realną? Prawdę mówiąc mam poważne wątpliwości i nie jest wykluczone, że McLaren będzie musiał zostać z Hondą, licząc na cud. A nawet kilka, przede wszystkim to, czy Alonso w dalszym ciągu będzie chciał firmować swoim nazwiskiem ten projekt.

6 KOMENTARZE

  1. jakoś dziwi mnie, że tylko ferrari miało problemy z oponami, a może to ich wina bo za bardzo pogrywają z ustawieniami chcąc nadrobić braki srzętowe (o kierowcach nie wspomnę) no a z drugiej strony nie ma co się dziwić – sprzyjająca fortuna nie trwa wiecznie i tak jak szkoda mi kimiego bo zasłużył na drugie miejscę na podium tak fetela mi nie żal bo i tak ma więcej szczęścia niż rozumu.
    Daniel dał super popis, naprawdę szacun, natomist maks świetnie bronił się przed fetelem utrrzymując go za sobą a to jak później zawalili mu pitstop to pominę.
    Forma reno bardzo mnie cieszy i jak pomyślę, że robert jest w stanie wycisnąć wiecej z tej maszyny niż niko to aż strach pomyśleć gdzie można by ocekiwać roberta w obecnej stawce.
    Super wyścig, dobre się to oglądało i co najważniejsze były emocje.
    pozdrawiam

  2. Mam nadzieję, że ten tor faktycznie zniknie z kalendarza a nie jest to tylko zagrywka w celu wynegocjowania lepszego kontraktu.

    • ..a to dlaczego właśnie tego toru tak nie lubisz, że chciałbyś aby go nie było w kalendarzu?

    • Weź nie żartuj sobie.
      To jedna z najlepszych pętli w kalendarzu F1, obok Spa i Suzuka.
      Wolałem jednak Silver w poprzedniej konfiguracji, ale i w tej jest ok.

  3. Podsumowanie jak zwykle znakomite. Czyta się!
    A kolega abc z Silverstone chyba sobie żartuje 😉 Ten tor musi zostać, bo to historia F1.

Comments are closed.