Ostatnia odsłona mistrzostw świata Formuły 1 w 2017 roku przyniosła bezapelacyjny sukces Valtteriego Bottasa i ekipy Mercedesa, która zgarnęła czwarty dublet w sezonie, aczkolwiek dopiero pierwszy w takiej właśnie kolejności. Ferrari nie było w stanie odpowiedzieć na tempo Srebrnych Strzał i Sebastian Vettel finiszował na trzeciej pozycji, z 19-sekundową stratą, ale przynajmniej utrzymał drugą lokatę w generalce.

Co nie tak?
Na pożegnanie swojego pierwszego sezonu w barwach stajni z Brackley Bottas zaliczył świetny występ, po raz pierwszy pokonując Lewisa Hamiltona w bezpośredniej walce o zwycięstwo. Fin wyciągnął wnioski z porażki Interlagos i tym razem przypilnował pierwszego zakrętu. Klucz do sukcesu tkwił jednak przede wszystkim w tym, że przez cały czas kontrolował wyścig, odpowiednio dozując szybkość i agresję. Gdy było to konieczne, przyspieszał, znajdując odpowiedź na strategię i tempo Lewisa (mimo starszej ewolucji silnika, zresztą bardziej zmęczonej), a na finiszu popisał się najszybszym okrążeniem i sięgnął po „bardzo ważne zwycięstwo”, ocierając się o pierwszego w karierze wielkiego szlema. Do pełni szczęścia zabrakło okrążeń, które Lewis spędził na czele po wizycie lidera w alei serwisowej.

Triumf na Yas Marina nie zapewnił wprawdzie Bottasowi drugiej pozycji w mistrzostwach świata, dał mu jednak coś więcej – pozwolił podbudować pewność siebie, nadwątloną supremacją Lewisa w drugiej połowie sezonu. Valtteri był zresztą tego dnia w formie nie tylko za kierownicą swojej Srebrnej Strzały, gdyż błysnął również kilkoma celnymi ripostami. Przykłady? Proszę bardzo. – Wygrałem ostatni wyścig, ale to nie znaczy jeszcze, że wiem, jak zdobyć w przyszłym sezonie tytuł – zauważył. Prawdziwą perełką okazała się jednak jego recenzja nowego logotypu F1. – A co było nie tak ze starym? – odparł, szczerze zdziwiony.

Kulą w płot
Świetnie znany Hamiltonowi syndrom rozluźnienia po zdobyciu tytułu znowu dał o sobie znać. Anglikowi nadal nie udało się wygrać wyścigu po wywalczeniu mistrzostwa świata. W tym samym sezonie – rzecz jasna. Ta drobna rysa na pancerzu czterokrotnego mistrza świata nie powinna nam jednak przesłonić obrazu całości – to był najlepszy sezon Hamiltona w jego dotychczasowej karierze. Dlaczego? O tym w podsumowaniu.

Po treningach wydawało się, ze Hamilton nie będzie miał się z kim ścigać, tymczasem „wprowadzone z myślą o chłodniejszych warunkach w trakcie kwalifikacje zmiany w ustawieniach okazały się nie do końca trafione” i Lewis stracił rozpęd, nieoczekiwanie przegrywając pojedynek o pole position. Ponieważ po starcie też nie zdołał przejąć prowadzenia (być może nawet nie miał takiego zamiaru, zważywszy na to, że w przypadku kłopotów Vettela jego fiński kolega mógł zająć drugie miejsce w generalce), jego szanse na zwycięstwo poważnie stopniały. Nie pomagała mu charakterystyka toru Yas Marina, na którym wyprzedzanie nie jest najłatwiejsze. Jak wyliczyli inżynierowie Mercedesa, aby pokusić się o skuteczny atak, trzeba jechać o jakieś 1,4 sekundy szybciej niż rywal. W tym wypadku o takiej przepaści nie było mowy, nawet mimo tego, iż w Srebrnej Strzale z #44 znajdowała się jednostka napędowa w najnowszej specyfikacji, do tego mniej zmęczona.

Zero obaw
Lewisowi została jeszcze strategia. Szansa powstała po tym, gdy na poboczu zatrzymał się Daniel Ricciardo. Lidera natychmiast ściągnięto po komplet supermiękkich opon. Rzez chwilę zastanawiano się, czy na tor nie wyjedzie samochód bezpieczeństwa. Nic takiego jednak nie nastąpiło i Lewis pozostał na torze. Jego inżynier śledził nieudaną próbę podcięcia Kimiego Räikkönena przez Maksa Verstappena, co utwierdziło go w przekonaniu, że świeże opony nie zapewniają przewagi, gwarantującej zmianę kolejności na czele. Nie mając nic do stracenia, Hamilton postanowił zaryzykować odwrotną strategię. Wyraźnie podkręcił tempo, przejechał jeszcze trzy okrążenia, ale na jego kółku zjazdowym Bottas popisał się czasem w kolorze purpury i storpedował plany kolegi.

Anglik nie odpuszczał. Na 30. okrążeniu zbliżył się do Valtteriego na 0,5 sekundy, ale w Zakręcie 17 zblokował lewe przednie koło i zaliczył wypad na pobocze, gubiąc kontakt z liderem. Pomimo tego nadal naciskał, ścigając się z Valtterim na czasy okrążeń, ale to nie był jego dzień. Czy po przegranej czterokrotny mistrz świata dostrzegł dla siebie jakieś niepokojące sygnały na przyszłość? – Najmniejszych, choć Valtteri spisał się znakomicie – skwitował.

Problem paliwa
Biorąc pod uwagę konfigurację Yas Marina Circuit, ekipa Ferrari od początku stała na straconej pozycji. Podobnie jak na innych obiektach z długimi prostymi, świetny docisk SF70H stanowił pewna przeszkodę, generując większe opory, a co za tym idzie większy apetyt jednostki napędowej. W konsekwencji Vettel i Räikkönen koncentrowali się w trakcie wyścigu głównie na… oszczędzaniu paliwa. I właśnie ten czynnik odpowiadał za lwią część 19-sekundowej przepaści, dzielącej trzeciego na mecie Vettela od zwycięzcy wyścigu.

Po nieudanej próbie przedzielenia Srebrnych Strzał na starcie, Sebastian wprowadził Ginę w tryb oszczędnościowy i skarżąc się na samotnie spędzony wieczór, wskoczył na najniższy stopień podium. W ten sposób przypieczętował drugą lokatę w generalce, stanowiącą – jakby tego nie uzasadniać – jednak porażkę. Może na mecie nie malował trawy na zielono, ale mając poczucie straconej szansy nie uniknął meandrowania.

Lata świetlne
Tak czy siak, czterokrotny mistrz świata i tak spisał się w Abu Zabi o niebo lepiej od swojego fińskiego kolegi. „Iceman” zajął co prawda czwartą lokatę, ale linię mety przeciął aż 26 sekund za Vettelem. W połączeniu z dramatem Ricciardo wystarczyło mu to do czwartego miejsca w klasyfikacji generalnej, ale jak słusznie zauważył Australijczyk „z takim samochodem Kimi powinien być w punktacji lata świetlne przed nim”.

Znaczące w tym kontekście jest również i to, że Räikkönen jako jedyny kierowca z najlepszej szóstki nie odniósł w trakcie sezonu żadnego zwycięstwa. Jeśli Ferrari ma w przyszłym roku bić się o tytuły, „Iceman” musi wejść na wyższy poziom. Przy całej sympatii dla autora kultowego „dajcie mi spokój”, pytanie, czy jeszcze go na to stać, nie jest bezzasadne.

Ochota na drzemkę
Finał sezonu przyniósł gorzkie rozczarowanie ekipie Red Bulla, której nie udało się pobić po wakacjach na punkty stajni Ferrari. Niewątpliwie przyczyniły się do tego dręczące ostatnio seryjnie Ricciardo kłopoty sprzętowe. Gorzej, że w ich efekcie Australijczyk przegrał z Räikkönenem walkę o czwartą lokatę w generalce. Cóż z tego, że Australijczyk przyleciał do Abu Zabi z 7-punktową przewagą, w czasówce wywalczył czwartą pozycję, przedzielając kierowców Ferrari i pokonując Verstappena, a po starcie spokojnie ją utrzymywał, skoro pokonała go awaria?

Po raz trzeci w ostatnich czterech wyścigach. Tym razem w jego RB13 zawiódł układ hydrauliczny, w efekcie czego najpierw pojawiły się kłopoty ze wspomaganiem kierownicy, a później przełączaniem biegów. Było to niewątpliwie wyjątkowo smutne zakończenie sezonu.

Daleki od zachwytu był również Verstappen, który w sobotę narzekał na gigantyczne kłopoty z balansem swojego auta. W niedzielę 20-latek dowiózł piątą lokatę, ale przyznał, że wyścig był dla niego tak nudny, że „gdyby miał poduszkę w kokpicie, chętnie by się zdrzemnął”. Abstrahując już od kiepskiego weekendu na Yas Marina, nie należy zapominać, że druga połowa sezonu była dla Maksa naprawdę udana. Nie tylko bowiem regularnie punktował, ale w Malezji i Meksyku wygrał, w Japonii zajął drugie, natomiast w Stanach Zjednoczonych – po fantastycznym pościgu – czwarte miejsce. W ten sposób nieco zatarł katastrofę z pierwszej części sezonu, co nie zmienia faktu, że Holender zupełnie inaczej wyobrażał sobie swoją rolę w tegorocznej rywalizacji. Cierpliwości, Max…

Miliony w tle
Świętująca 40-lecie debiutu w Formule 1 fabryczna ekipa Renault, zapewniła sobie w Abu Zabi szóstą lokatę w klasyfikacji konstruktorów. Nie obyło się jednak bez perturbacji – i to zarówno ze strony Nico Hülkenberga, jak i zespołu. Na dobry początek walczący z Sergio Pérezem „Hulk” zrobił sobie skrót w sekcji Zakrętów 11-12-13. Sędziowie nie mogli pozostać obojętni na wybryk Niemca, aczkolwiek 5-sekundową kara zamiast zwrócenia Pérezowi pozycji, która na Yas Marina ma kapitalne znaczenie, zdziwiła i wzbudziła kontrowersje. Zwłaszcza, że chodziło o zdarzenie z pierwszego okrążenia, walkę o szóstą lokatę w generalce, a w tle o grube miliony.

Jej absurdalności dowiódł sam ukarany, odskakując od Sergio przed wizytą w alei serwisowej na ponad 8 sekund. W tej sytuacji nawet kłopoty z odkręceniem prawego tylnego koła nie miały znaczenia. Nico utrzymał się przed Pérezem i zgarnął szóstą lokatę, zapewniając ekipie Renault dodatkowe 6,5 mln USD premii za szóste miejsce w klasyfikacji konstruktorów.

W zasadzie francuska stajnia mogła zdobyć w Abu Zabi więcej punktów, tyle tylko, że jej mechanicy mieli wyjątkowo słaby dzień. Niedokręcone lewe przednie koło zakończyło bowiem występ Carlosa Sainza, który mógł powalczyć z Fernando Alonso i Felipe Massą.

Radość i ulga
Ten ostatni zakończył swoją przygodę z F1 zdobyciem jednego punktu. Początkowo Massa był górą w pojedynku z Alonso, lecz kłopoty z ładowaniem systemu hybrydowego sprawiły, że pozbawiony 160 KM Williams stał się po wyjeździe alei serwisowej łatwym łupem nawet dla McLarena. Żegnający Hondę trzecim z rzędu finiszem w punktach Fernando był na mecie w tak szampańskim nastroju, że „z myślą o przyszłym sezonie” zaczął kręcić bączki. Po takiej obietnicy z niecierpliwością czekamy w przyszłym sezonie na prawdziwe spektakle w wykonaniu Alonso.

Trzy lokaty niżej i minutę za dwukrotnym mistrzem świata metę przekroczył Stoffel Vandoorne, narzekający na „prowadzący się w rajdowym stylu samochód”. Jak się później okazało, za problemem stała taśma (początkowo 50-centymetrowy kawałek), która zaczepiła się o dyfuzor, redukując siłę docisku.

Refleksje
Różowe pantery zaliczyły na koniec szesnasty podwójny finisz w punktach, potwierdzając że czwarta lokata w generalce nie jest dziełem przypadku. Abu Zabi stanowiło jednakże małą łyżkę dziegciu w tej beczce miodu. Wszystko za sprawą kuriozalnej kary dla Hülkenberga, w związku z którą Pérez przegrał z Niemcem walkę o szóstą lokatę. Po wszystkim Meksykanin nawet nie próbował kryć swojej irytacji. Powodów do refleksji po zakończonym sezonie Sergio miał zresztą więcej, choćby dlatego, że po raz pierwszy od początku swojej przygody z Force India nie stanął na podium. Sen z powiek niewątpliwie spędza mu także Esteban Ocon, stanowiący coraz większe wyzwanie.

Na Yas Marina Francuz akurat nie przysporzył swojego starszemu koledze zbyt wielu zmartwień. Przegrał z nim kwalifikacje, przedłużenie przejazdu na ultramiękkiej mieszance też nie przyniosło spektakularnych efektów i Esteban finiszował sześć sekund za Sergio. Ostatecznie zamknął sezon ósmą pozycją w generalce, z 13-punktową stratą do Péreza. Nieźle jak na kogoś, kto piętnaście miesięcy temu zaliczył swój bojowy chrzest w F1. Chłopak imponuje szybkością i regularnością, jest też coraz bardziej pewny siebie. Myślę, że jest skazany na sukces i stawiam, że nastąpi to raczej prędzej niż później.

1 KOMENTARZ

Comments are closed.