W Abu Zabi Nico Rosberg zdobył tytuł mistrza świata Formuły 1, realizując największe marzenie swojego sportowego życia, ale naprawdę zaskoczył dopiero w piątek, kiedy ogłosił, że kończy karierę… Swoją decyzją Niemiec niewątpliwie rozpalił wyobraźnię kilku kolegów po fachu, otwierając przed nimi szansę na posadę w ekipie Mercedesa. Mam wrażenie, że gdyby niektórzy z nich mieli dar jasnowidzenia, Nico już dawno zostałby mistrzem świata. No dobrze, żarty na bok!

Zaskoczenie
Po dwóch latach rządów Lewisa Hamiltona jego miejsce na tronie F1 zajął Rosberg, któremu nigdy wcześniej nie udawało się wyjść z cienia swojego – co tu dużo gadać – bardziej utalentowanego i szybszego kolegi. Niewątpliwie los mu sprzyjał, ale jego sukces nie jest ani dziełem przypadku, ani szczęścia. Poza tym trudno mieć pretensje do garbatego, że ma proste dzieci. Było nie było, Nico pokonał jednego z najlepszych kierowców w dziejach Formuły 1, z każdej strony zbierając zasłużone gratulacje.

Na Yas Marina Rosbergowi nie były potrzebne żadne szaleństwa, chodziło jedynie o postawienie kropki nad i. Niewątpliwie ciążyła na nim olbrzymia presja, ale poradził z nią sobie perfekcyjnie, po mistrzowsku rozgrywając najważniejszy wyścig swojego życia. Z jednej strony, będąc za plecami spowalniającego stawkę Lewisa, musiał zachować czujność i koncentrację, pilnując lusterek, z drugiej, gdy zaszła taka potrzeba, wyprzedził Maksa Verstappena. Miał oczywiście świeższe opony, ale jeden fałszywy ruch w trakcie przeciskania się obok słynącego z nieustępliwości 19-latka mógł go bardzo drogo kosztować. To był moment, w którym stało się jasne, że Rosberg nie pozwoli sobie wydrzeć okazji, na którą polował przez całe życie.

Hamilton wprawdzie do końca prowadził swoją grę, lecz ani Verstappen, ani Vettel niczego nie wskórali i Nico wpisał się na listę mistrzów świata, powtarzając sukces swojego ojca sprzed 34 lat. Pięć dni później ogłosił natomiast światu swoją szokującą decyzję. – Postanowiłem zakończyć moją karierę w F1. Od zawsze marzyłem o tym, żeby zostać mistrzem świata. Teraz udało mi się to osiągnąć – wyjaśnił nowo koronowany czempion.

Napięcia i spięcia
Lewis Hamilton wygrał w Abu Zabi kolejną bitwę, wojnę jednak ostatecznie przegrał. Przylatując na Bliski Wschód doskonale zdawał sobie sprawę z powagi sytuacji. Wiedział, że nawet jeśli wygra, jego rywal nie może finiszować wyżej niż na czwartej pozycji. Właśnie dlatego postanowił wziąć sprawy w swoje ręce, podejmując grę, której celem było wciągnięcie do walki Vettela i Verstappena. Chcąc zachować choćby cień szansy na tytuł, nie zamierzał zdawać się na ślepy los. Wręcz przeciwnie, postanowił odrobinę go sprowokować, mając nadzieję, że rywal pęknie pod presją. Spowalnianie stawki w wykonaniu mistrza świata zaowocowało przede wszystkim gigantycznym napięciem na stanowisku dowodzenia Mercedesa Nie pomogła nawet interwencja ze strony Paddy’ego Lowe’a, proszącego o podkręcenie tempa, a zapas był spory, bo Lewis mógł jechać o 1,5 sekundy na kółku szybciej. – Prowadzę wyścig i czuję się komfortowo – odparł niewzruszony lider.

Wybrana przez Anglika taktyka nie była zbyt elegancka, ale przepraszam bardzo, Formuła 1 to nie jest zabawa dla niewinnych panienek, lecz ostra gra dla niegrzecznych chłopców. Królowa sportów motorowych naprawdę widywała gorsze rzeczy. Skoro jednak jesteśmy przy blokowaniu, to przypomnę tylko wyścig na Suzuce z 1997 roku, kiedy najpierw Jacques Villeneuve stopował Michaela Schumachera, po czym sam padł ofiarą podobnej taktyki ze strony Eddiego Irvine’a, który wcześniej puścił przed siebie „Schumiego”. Przy tamtych ekscesach zachowanie Hamiltona przypominało niewinną zabawę w kotka i myszkę.

Zero pary w gwizdek
Czas na Vettela. Trzeba przyznać, że Niemiec zakończył rozczarowujący sezon w znakomitym stylu, finiszując na trzeciej pozycji i po raz pierwszy od Włoch (Meksyk, wiadomo) sięgając po podium. Miło było w końcu zobaczyć jak czterokrotny mistrza świata włącza się do walki o pierwszą trójkę, co w drugiej połowie sezonu – delikatnie rzecz ujmując – stanowiło prawdziwą rzadkość. Tym razem wszystko zagrało bez zarzutu (strategia, o dziwo, również) i Seb przypomniał, że potrafi nie tylko dużo mówić, ale również szybko i skutecznie jeździć.

Niezła jazda w połączeniu z celną strategią (swoje zrobiła też taktyka Hamiltona) okazały się kluczem do sukcesu. Przedłużony przejazd na miękkiej mieszance w środkowej części wyścigu pozwolił Vettelowi na założenie na ostatnią zmianę supermiękkich opon, co umożliwiło mu skuteczną pogoń za czołówką. Przepuszczony przez Kimiego Räikkönena, najpierw uporał się z Danielem Ricciardo, a potem co najważniejsze – nie tylko ze względu na nadszarpniętą w ostatnim czasie reputację – Verstappenem. Tym samym Niemiec przypieczętował czwartą lokatę w mistrzostwach świata, na którą Max miał wyraźną chrapkę.

– Końcówka nie była łatwa, bo Lewis stosował brudne triki – ocenił Vettel. – Gdy znalazłem się za Nico, zdawałem sobie sprawę, iż Lewis spowalnia stawkę. Na prostych byli ode mnie szybsi. Najlepszym miejscem do wyprzedzania był zakręt numer 11, ale Nico dobrze się bronił. Nie chciałem zrobić niczego głupiego, bo Hamilton jechał tuż przed nami, więc istniało ryzyko, że w niego wjadę – tłumaczył po wszystkim czterokrotny mistrz świata.

Bez kompleksów
To prawda, że zatrzymanie starego lisa z Ferrari nie powiodło się, ale Verstappen i tak spisał się w Abu Zabi fantastycznie. Był to wprawdzie całkiem inny popis niż ten z Brazylii, jednak 19-latek znowu pokazał klasę i pomimo tego, że po pierwszym zakręcie był ostatni, na metę dotarł na czwartej pozycji, przed swoim kolegą z Red Bulla.

W sobotę Max nie miał powodów do zadowolenia, gdyż po błędzie na decydującym okrążeniu w czasówce musiał się pocieszyć szóstą lokatą. Początek wyścigu przyniósł mu jeszcze większe rozczarowanie, ale kolizja z Nico Hülkenbergiem okazała się początkiem zabawy. Verstappen szybko rozpoczął wspinaczkę w klasyfikacji, potwierdzając, że wyprzedzanie nie ma dla niego tajemnic. Po przygodzie w pierwszym zakręcie wybór strategii był jasny – Holender miał zatrzymać się w alei serwisowej tylko raz.

Taktyka, głupcze!
Do 19. okrążenia młody as Red Bulla trzymał Rosberga w szachu. Jego supermiękkie opony nie były już wtedy w optymalnym stanie i Max musiał uznać wyższość Niemca. Chwilę później zjechał po komplet ogumienia z żółtym paskiem, na których zamierzał przejechać resztę dystansu. Plan w pełni się powiódł. Co prawda na szalejącego w końcówce na supermiękkich oponach Vettela nie znalazł recepty, za to znowu finiszował przed Ricciardo.

No właśnie, Australijczyk nie mógł zaliczyć występu na Yas Marina do udanych. Po czasówce wydawało się, że to on będzie najgroźniejszym rywalem Hamiltona i Rosberga, tak się jednak nie stało. Przegrany z Räikkönenem start nie pomógł, lecz okazję na coś więcej niż piąta lokata tak naprawdę zrujnowała strategia Red Bulla. Pierwszy pit stop nastąpił za szybko, żeby można było myśleć o pojedynczej wizycie w alei serwisowej. Drugi przejazd też okazał się za krótki (podcięcie Kimiego) i Ricciardo nie tylko pozostał za Verstappenem, lecz w końcówce przegrał również z szalejącym na supermiękkich oponach Vettelem. Mądry Polak (w tym wypadku Australijczyk) po szkodzie. – Myślę, że lepszym rozwiązaniem byłby jeden pit stop, który tak świetnie zadziałał w przypadku Maksa – podkreślał na mecie trzeci kierowca mistrzostw świata.

Pożegnania
Kierowcy Force India przypieczętowali czwartą lokatę w klasyfikacji zespołów dziesięcioma punktami. Hülkenberg podtrzymał trwającą od Meksyku serię siódmych lokat, choć w wyniku starcia z Verstappenem w jego samochodzie ucierpiała podłoga. Pomimo tego Niemiec szybko pozbierał się i wyprzedził Sergio Péreza, docierając na metę przed nim.

W Abu Zabi po raz ostatni (przynajmniej w teorii) na starcie wyścigu F1 stanęło dwóch fantastycznych kierowców – Jenson Button i Felipe Massa. W przypadku mistrza świata z 2009 roku zabrakło happy endu. Zawieszenie prawego przedniego koła w McLarenie nie wytrzymało kontaktu z krawężnikiem i Anglik przedwcześnie zakończył swój występ. Więcej szczęścia miał Brazylijczyk, który zajął dziewiąte miejsce. Felipe skorzystał z kłopotów Valtteriego Bottasa i finiszował za kierowcami Force India, za to przed swoim byłym kolegą z czasów wspólnych startów w Ferrari – Fernando Alonso. Jaka szkoda, że Rob Smedley nie pożegnał swojego starego kumpla słowami: „Felipe, jesteś szybszy od Fernando”.

10 KOMENTARZE

  1. Max nie miał chrapki na 4 miejsce, mówił w wywiadzie, ze mu jest obojętne, które zajmie miejsce w klasyfikacji. Czy jesteś drugi, trzeci czy czwarty, co to za róznica jak tacy kierowcy jak Max, Lewis, Nico, Seb, Daniel, Kimi i Fernando aspirują do mistrzostwa.

    • Moim zdaniem to bzdury, a takie 3 czy 4 miejsce nabiera znaczenia, gdy kolega zespołowy jest trochę wyżej albo niżej w klasyfikacji. Druga sprawa porównujesz kierowców, ktorzy sa w innym punkcie kariery. Co takiego osiagnal Verstappen, żeby nie zależało mu na 4 pozycji w mś?

  2. Koledze ekwador chodziło prawdopodobnie o to, że dopóki żaden z wymienionych kierowców nie jest pierwszy, dopóty obojętne mu [kierowcy], które miejsce w klasyfikacji zajmie.

  3. Az obejrzałem ten wyścig na Suzuce i faktycznie pogrywali sobie. Teraz wiadamo dlaczego JV nie widzial niczego złego w taktyce Hamiltona

  4. No przecież był wywiad przed GP Abu Dhabi, że Max ma gdzieś, które miejsce zajmie w tabeli 😛 Zwłaszcza, że nie startował od początku w Red Bullu na dodatek poza Mistrzostwem co to za rożnica, czasem można być niżej przez awarie itd jak Carlos rok temu.

    • Ja słyszałem przed wyścigiem, ze 4 miejsce byłoby bonusem, wiec chyba nie miał tego gdzieś.

  5. Każdemu teamowi F1, jak każdemu zespołowi gdziekolwiek indziej towarzyszy hipokryzja. Przyjaźń i szczerość istnieją wtedy, gdy sukcesy są daleko, a drużyna ma wspólny cel: zdobywanie punktów na wspólne konto. Im wyżej w klasyfikacji, tym więcej konkurencji, niesnasek i sztucznych uśmiechów. F1 została świetnie pomyślana. Nie tylko dlatego, że w każdym zespole jeździ „drugi kierowca”, który „ubezpiecza” jego punkty na wypadek wypadnięcia „pierwszego”, ale przede wszystkim z tego powodu, że między dwójką kierowców toczy się wewnętrzna walka angażująca tłumy i media. Bez tej rywalizacji cyrk byłby nudny jak film o historii ziarenka piasku na plaży w Darłowie.

  6. Ale dziś ciekawie się wypowiada Sergio – Prezydent Grupy Fiat. Jeżeli się nie poprawimy w przyszłym roku z autem to mistrzowie świata (SEB i KIMI ) odejdą nie będą chcieli już dłużej dla nas jeżdzić.A my zostaniemy beż dobrych kierowców…
    Coś czuję że nie będzie kolorowo w przyszłym roku ze Scuderią…

Comments are closed.