Valtteri Bottas uszedł w Austrii pościgowi Sebastiana Vettela i sięgnął po swoje drugie zwycięstwo w karierze. Lewisowi Hamiltonowi, podobnie jak w Baku, nie sprzyjały okoliczności. Po karze za wymianę skrzyni biegów Anglik finiszował za ryczącym ze szczęścia Danielem Ricciardo, znowu tracąc kilka oczek do lidera Ferrari.

Drugie zwycięstwo Bottasa w sezonie sprawiło, że Fin zbliżył się do liderującego w generalce duetu. Czy faktycznie stać go na włączenie się do walki o tytuł mistrza świata? No cóż, na tak postawione pytanie odpowiem, że tak, tyle tylko, że jest jeszcze druga strona medalu. W Formule 1 nie należy oczywiście niczego wykluczać, lecz – z całym szacunkiem dla Valtteriego – myślę, że musiałoby się wydarzyć naprawdę wiele, żeby to on wyszedł z tej batalii zwycięsko. Jak ktoś jednak chce, niech wierzy…

Odrobina hazardu
W Austrii Bottas spisał się jednak znakomicie (Mercedes przywiózł poprawki przedniego skrzydła, deflektorów i dyfuzora). Przede wszystkim dlatego, że odnosząc zwycięstwo zapobiegł katastrofie w postaci triumfu Vettela, czyli najgorszego scenariusza z punktu widzenia Hamiltona. W sobotę Fin zdobył pole position, natomiast w niedzielę zsynchronizował się ze zgaszeniem czerwonych świateł, popisując się „nieludzkim” (zdaniem Vettela) startem. – Myślę, że to nie była reakcja na zgaszenie świateł, lecz szczęśliwa dla Valtteriego ruletka – tak Ricciardo podsumował dyskusję na temat atomowego startu kolegi.

Warto podkreślić, że był to kluczowy moment w walce o zwycięstwo, ponieważ na ultramiękkiej mieszance lepiej spisywał się Mercedes, natomiast na supermiękkiej Ferrari. Gdyby spod świateł lepiej ruszył Vettel, kolejność na mecie byłaby zapewne odwrotna. Na szczęście dla Bottasa (i Hamiltona), to był jego „najlepszy start w karierze”.

Déjà vu
Tak czy siak, pod koniec wyścigu Valtteri musiał zmierzyć się z presją ze strony Vettela. Pęcherze na lewej tylnej oponie stanowiły nie lada wyzwanie i lider poczuł na plecach gorący oddech czterokrotnego mistrza świata. Sytuacja trochę przypominała Soczi, przyniosła zresztą identyczne rozstrzygnięcie, ponieważ Fin dowiózł do mety wygraną, wywołując na stanowisku dowodzenia Mercedesa głęboką ulgę – także ze względu na Hamiltona.

A propos Anglika trzeba przyznać, że ostatnio fortuna nie jest po jego stronie. W Baku wypięty zagłówek kosztował go pewną wygraną, z kolei na Red Bull Ringu jego szansę na walkę o coś dużego skomplikowała kara za wymianę skrzyni biegów. Warto z pewnością jednak podkreślić, że trzykrotny mistrz świata nie pomógł sobie zepsuciem ostatniego okrążenia w Q3 (coś wspólnego mogła z tym mieć spadająca temperatura asfaltu, w związku z czym opony Lewisa nie pracowały optymalnie). Lepsze miejsce startowe z pewnością inaczej ustawiłoby jego wyścig, lecz Anglik musiał się zadowolić P8. Co więcej, odwrócona strategia (start na oponach z czerwonym paskiem) też nie przyniosła większego efektu.

W trakcie wyścigu Hamilton wyprzedził Péreza i Grosjeana, skorzystał także ze strategii Kimiego Räikkönena. Pomimo lekkiej nadsterowności na oponach z fioletowym paskiem (sprzyjającej zużyciu tylnej osi), Lewis dogonił Ricciardo. Na przedostatnim okrążeniu był bliski szczęścia, Australijczyk utrzymał jednak trzecią lokatę.

Przyznam, że nie dziwię się rozczarowaniu trzykrotnego mistrza świata. Przylatując do Austrii, Hamilton zamierzał bowiem utrzeć Vettelowi nosa za jego eksces z Azerbejdżanu, tymczasem znowu poniósł straty, które mogą przesądzić o losach pojedynku o tytuł. Teoretycznie dwadzieścia punktów nic jeszcze nie znaczy, ale może.

Na cenzurowanym
Po awanturze w Baku, która przyniosła jeszcze jedną rysę na wizerunku Vettela, czterokrotny mistrz świata znalazł się na cenzurowanym i musiał stawić w Austrii czoła sporej presji. Początek weekendu w Styrii z pewnością był dla niego trudny, optymizmem nie napawały także piątkowe treningi. Następny dzień diametralnie odmienił jednak jego nastrój, Niemiec otarł się bowiem o pole position (do tego na Lewisa spadła kara za wymianę skrzyni biegów).

Czy Bottas popełnił falstart? Zdaniem Vettela tak, sędziowie nie podzielili jednak tego przekonania. Ultramiękkie opony niezbyt dobrze współpracowały z Giną i w pierwszej części wyścigu Sebastian tracił dystans do prowadzącego Bottasa. Wszystko zmieniło założenie supermiękkiej mieszanki. Vettel zaczął redukować straty i na finiszu znalazł się za liderem. Nie zdołał go jednak pozbawić zwycięstwa. Pomimo tego Sebastian mógł być zadowolony, gdyż koniec końców zwiększył swoją przewagę w mistrzostwach świata nad Lewisem Hamiltonem, przykrywając przy okazji incydent z Baku.

Następcy czekają
Można się zastanawiać, co stało za strategią Räikkönena. Pytanie tylko po co, skoro sprawa jest oczywista. Po przegranym z Ricciardo pojedynku na pierwszym okrążeniu „Iceman” nie był w stanie nawiązać walki z Australijczykiem (zmagał się z przeprogramowaniem ustawień). W tej sytuacji Ferrari bez żalu postanowiło poświęcić Fina, licząc na to, że zdoła on trochę przystopować Bottasa (po pit stopie kierowcy Mercedesa), zwiększając tym samym szanse Vettela na walkę o zwycięstwo.

Ten chytry plan spalił jednak na panewce, gdyż jadący na świeżutkich oponach Valtteri nie dał swojemu rodakowi żadnych szans. Dłuższy przejazd oznaczał także, że Kimi stracił jeszcze pozycję na rzecz Hamiltona, ale to była już sprawa drugorzędna. Kolejny rozczarowujący występ w obecności Sergio Marchionne nie może oznaczać dla „Icemana” niczego dobrego. W kolejce czekają już potencjalni następcy…

Kto tu ma szczęście?
I jak tu nie wierzyć, że Ricciardo nie urodził się pod szczęśliwą gwiazdą? Szczęściu trzeba jednak rzecz jasna pomóc, w czym Australijczyk jest świetny. Nie wiem z czym skojarzyliście dźwięki, które Dan wydał z siebie po przekroczeniu na trzeciej pozycji mety w Austrii, ale dla mnie to był ewidentnie jeleń na rykowisku. Moim zdaniem brzmiał zdecydowanie lepiej niż obecne silniki Formuły 1. Dobrze, żarty na bok.

Po nieoczekiwanym, aczkolwiek jak najbardziej zasłużonym zwycięstwie w Baku, Ricciardo zaznaczał, że o podium w domowym wyścigu Red Bulla łatwo nie będzie. Tymczasem w niedzielę Australijczyk po raz piąty z rzędu wywalczył miejsce na pudle. Receptą na sukces okazało się pierwsze okrążenie, w trakcie którego Dan rozprawił się z Kimim. Pod koniec wyścigu przyszło mu jeszcze stawić czoła przebijającemu się w górę stawki Lewisowi. Na przedostatnim kółku w zakręcie numer 4 zrobiło się naprawdę gorąco – wydawało się, że Australijczyk straci na rzecz Anglika trzecią lokatę, zdołał jednak wyjść z tej potyczki obronną ręką. Po takiej akcji ręce same składały się do oklasków.

Rosnąca frustracja
Dokładnie odwrotnie wygląda położenie Maksa Verstappena. Sprawa jest naprawdę zatrważająca. 19-latek z reguły wygląda na szybszego z duetu Red Bulla, tyle tylko, że niewiele z tego wynika, gdyż za Holendrem ciągnie się jakaś koszmarna seria. Jak nie awaria, to incydent. W rezultacie Austria była piątym z siedmiu ostatnich wyścigów, w którym Verstappen nie dotarł do mety. Takie statystyki budzą frustrację Maksa, nie mogącego pochwalić się nawet połową punktów zdobytych przez Ricciardo. Nic dziwnego, że w takiej sytuacji mnożą się plotki o tym, że Verstappen szykuje się do przeprowadzki.

Co do występu w Austrii, trzeba podkreślić, że podczas kwalifikacji młodziutki as Red Bulla nie ustrzegł się błędu – zbyt agresywna jazda w zakręcie numer 7 sprawiła, że stracił panowanie nad samochodem i wylądował w żwirze. W rezultacie po raz pierwszy od Rosji przegrał czasówkę ze swoim australijskim kolegą. W niedzielę było jeszcze gorzej, choć akurat nie z winy Maksa. Z powodu kłopotów ze sprzęgłem Verstappen stracił sporo pozycji. Co więcej, w pierwszym zakręcie dostał rykoszetem od Fernando Alonso, który padł ofiarą Daniiła Kwiata. Założę się, że nie tak wyobrażał sobie start na podwórku Red Bulla.

Szybki Romain
Świetnie spisał się Romain Grosjean, który zaliczył w Austrii swój najlepszy tegoroczny występ. Wystarczyło, że nie wystąpiły problemy z hamulcami, a ekipie Haasa w końcu udało się dogadać z oponami Pirelli – rezultaty okazały się znakomite. Szkoda tylko, że skorzystał z tego jedynie Francuz, bo gdyby nie kłopoty sprzętowe Kevina Magnussena, Haas mógłby jeszcze mocniej zamieszać.

Siódmy w kwalifikacjach i szósty na starcie, w trakcie pierwszej rundy Grosjean skorzystał z pojedynku Ricciardo z Räikkönenem, wciskając się przed Fina. Długo się przed nim jednak nie utrzymał, nie miał też żadnych szans w starciu z Hamiltonem – szósta lokata stanowiła w jego przypadku absolutne maksimum.

Niczym Mercedes
Na siódmej pozycji finiszował Pérez. Meksykanin po cichu liczył na walkę z Grosjeanem, trochę się jednak przeliczył. Poradził sobie za to ze swoim kolegą z Force India – Estebanem Oconem, który stracił szansę na rzucenie Pérezowi rękawicy ze względu na zbyt długi przejazd na ultramiękkiej mieszance. Ostatnie dwa premiowane punktami miejsca zajęli kierowcy Williamsa, choć w sobotę – ze względu na kłopoty z przyczepnością, zdaniem Paddy’ego Lowe’a porównywalne z tym, co niemal dwa lata temu spotkało Mercedesa w Singapurze – nic na to nie wskazywało. W niedzielę było jednak znacznie lepiej i Felipe Massa finiszował na dziewiątej, natomiast pokrzepiony trzecią lokatą w Baku Lance Stroll na dziesiątej pozycji.

Niechciany Fernando
Nikt nie chce Fernando Alonso. To znaczy żaden z wielkich rywali nie chce z nim jeździć w jednej ekipie – ani Lewis Hamilton, ani Sebastian Vettel. Obaj panowie są zadowoleni ze swoich obecnych kolegów, którzy – z pełnym szacunkiem dla Kimiego i Valtteriego – gwarantują im spory komfort psychiczny. A Hiszpan? No cóż, nie mam co do tego wątpliwości, że dwukrotny mistrz zrujnowałby Lewisowi i Sebastianowi ten spokój – pod każdym względem! A nie daj Boże okazałoby się jeszcze, że to jednak on jest basiorem w tym stadzie i co wtedy?

Zainteresowanie usługami Hiszpana wyraził za to związany z ekipą Renault Alain Prost. Czterokrotny mistrz świata stwierdził, że powrót Fernando byłoby dla francuskiej stajni zaszczytem. Sęk w tym, czy Renault jest w stanie zaproponować Hiszpanowi konkurencyjny samochód? Mam wrażenie, że zajmie to jeszcze trochę czasu. Mimo wszystko popuśćmy na chwilę wodze fantazji, wszak warto marzyć. Alonso i Robert Kubica w jednej ekipie? Kusząca perspektywa.

2 KOMENTARZE

    • Było to juz tłumaczone, że delikatnie może sie bolid poruszyć. Na tym filmiku spójrz na literę „P” na oponie, przesunela sie moze o 5 cm max 😀 to jest nic. Bolid ma prawo drgnąć.

Comments are closed.