Tego można było się spodziewać, w końcu w poprzednich czterech sezonach Lewis Hamilton zwyciężył na teksańskim torze aż trzykrotnie. W niedzielę Anglik dorzucił kolejny triumf, wysyłając Nico Rosbergowi jasny sygnał, że tanio skóry nie sprzeda. Do końca zmagań pozostały trzy rundy z rosnącą presją, w coraz mocniej naelektryzowanym powietrzu, co gwarantuje gigantyczne emocje. Miejmy tylko nadzieję, że obejdzie się bez wyładowań, a rozstrzygnięcie padnie w czystej walce.

84 dni przyszło Lewisowi Hamiltonowi czekać na pięćdziesiąte zwycięstwo w Formule 1. Z pięciu rozegranych w tym czasie wyścigów aż cztery wygrał Nico Rosberg (jeden padł łupem Daniela Ricciardo), w efekcie czego 19-punktowa przewaga Anglika po Hockenheim zmieniła się w 33-punktową stratę przed wyprawą do Teksasu. W Austin karta wreszcie się odwróciła i Hamilton trochę się odkuł, urywając z przewagi Rosberga 7 oczek. Straty nadal są jednak pokaźne, więc jeśli Lewis dopnie swego, będzie to niewątpliwie najcenniejszy tytuł w jego kolekcji.

Idę o zakład, że w Australii mistrz świata nie przypuszczał, że droga wiodąca na szczyt okaże się tak stroma i wyboista, a Rosberg będzie tak skutecznie dyskontować jego wszelakie niepowodzenia. Trudno zresztą mieć o to do Niemca pretensje. Rzeczywistość okazała się zatem dla Lewisa dużo bardziej skomplikowana, a niebagatelny wpływ na przebieg rywalizacji miała (i ciągle ma) prawdziwa pięta achillesowa (czyli sprzęgło) znakomitego skądinąd samochodu Mercedesa. Na to wszystko nałożyły się jeszcze problemy silnikowe Anglika, wywołując dobrze u niego znany syndrom oblężonej twierdzy.

Blisko ideału
Naglący czas sprawił, że Hamiltonowi nie pozostało nic innego, jak tylko odpędzić złe demony w najlepszy znany sobie sposób. W Stanach Zjednoczonych, na uwielbianym przez Anglika COTA, w pełni się to powiodło, choć były momenty – przykładowo tuż przed decydującym okrążeniem kwalifikacyjnym – gdy Lewisowi na chwilę zmroziło krew. Na szczęście był to jedynie fałszywy alarm i mistrz świata wygrał czasówkę. Kluczem do sukcesu okazał się sektor numer jeden, szczególnie pierwszy zakręt, który w końcu udało mu się okiełznać. W kolejnych dwóch górą był Rosberg (w tej części toru jego opony były w lepszym stanie), ale zaliczka w postaci 0,3 sekundy wystarczyła, żeby triumfatorem sobotniego starcia został Hamilton. Pierwszy krok został wykonany, wszyscy zastanawiali się jednak, czy Lewis zdoła przekuć pole position w pierwsze miejsce po starcie, co z uwagi na sprzęgłowe kłopoty Srebrnych Strzał nie jest w tym sezonie regułą.

Tym razem wszystko poszło gładko i Lewis wpadł w Zakręt 1 jako lider. Co więcej, od Rosberga przedzielił go Daniel Ricciardo, który zrobił świetny użytek z supermiękkich opon (rywale z Mercedesa i jego kolega z Red Bulla ruszali na miękkich), awansując na drugą lokatę. To w znacznym stopniu ustawiło wyścig, ponieważ Nico utknął za Australijczykiem, a szansę na jego przeskoczenie, a tym samym „zminimalizowanie strat” otworzyła przed nim dopiero wirtualna neutralizacja zarządzona – o ironio – w związku z kłopotami Maksa Verstappena.

Inspiracja
Lewis zatem zrobił swoje, zwyciężając w Stanach Zjednoczonych po raz piąty, dzięki czemu zrównał się pod tym względem z Ayrtonem Senną i Michelem Schumacherem. Rekordy w tej chwili nie mają zapewne dla niego większego znaczenia, gra idzie bowiem tylko o to, żeby złapać Rosberga. Z jednej strony sytuacja Hamiltona nie jest łatwa, bo Nico ma znacznie więcej przestrzeni, ale z drugiej jego cel jest jasny jak słońce – musi wygrać kolejne trzy wyścigi, stawiając Niemca pod ścianą, najlepiej w taki sposób, żeby w którymś momencie powinęła mu się noga. Jest to jak najbardziej możliwe. Lewis zresztą świetnie zdaje sobie z tego sprawę, w końcu swego czasu odebrał takę lekcję od Kimiego Räikkönena. Teraz musi zrobić z tej nauki pożytek. Inspirujący może być dla niego także casus Sebastiana Vettela, który w 2010 roku sprzątnął tytuł sprzed nosa Fernando Alonso. Nie wiadomo, czy Lewisowi uda się pościg za Nico, ale z całą pewnością dopóki tli się choćby cień nadziei, możemy być pewni, że on nie da za wygraną.

Skutki minimalizmu
Nico Rosberg z benedyktyńską cierpliwością walczy o swoje miejsce w historii. Wiatr w żagle (albo bardziej flauta u głównego konkurenta), który Niemiec złapał po wakacyjnej przerwie, wystarczył do zbudowania 33-punktowej przewagi. W Austin tę znakomitą passę przerwał Lewis Hamilton, który znalazł się poza zasięgiem Nico. W tej sytuacji Niemcowi pozostało „ograniczanie strat”. Za sprawą Daniela Ricciardo okazało się to trudniejsze niż się początkowo wydawało, sprawę na korzyść Rosberga przesądził jednak wirtualny samochód bezpieczeństwa, dzięki któremu lider generalki zaliczył półdarmowy pit stop, z radością przejmując drugą lokatę. Były powody do zadowolenia: w końcu Nico wykonał plan, zgodnie z którym nawet przy zwycięstwach Lewisa we wszystkich trzech ostatnich wyścigach, do pełni szczęścia wystarczą mu dwie drugie i jedna trzecia lokata.

Teoretycznie sytuacja Rosberga wygląda dosyć klarownie. Sęk jednak w tym, że minimalizm nie zawsze się opłaca. Co będzie, gdy za którymś razem coś pójdzie nie tak? Cały misterny plan… wiadomo. Nie jest oczywiście powiedziane, że taktyka polegająca na zbieraniu punktów zawiedzie, w końcu Hamilton też nie jest kuloodporny. Nie zmienia to jednak faktu, że jest ona obarczona sporym ryzykiem. Rozumiem, że Nico zdaje sobie sprawę, że być może nigdy więcej nie stanie przed podobną szansą, ale dla niego byłoby najlepiej, gdyby zdołał przekroczyć mentalną barierę związaną z mimowolnie narzucającym mu się minimalizmem i wygrał jeszcze jeden wyścig. To mogłaby być kropka nad i.

Fortuna kołem się toczy
Red Bull prostą drogą zmierza po drugie miejsce w mistrzostwach świata konstruktorów. Co prawda w Austin do mety dotarł tylko Daniel Ricciardo, ale trzecia pozycja Australijczyka i tak pozwoliła zwiększyć Czerwonym Bykom przewagę nad Ferrari, ponieważ stajnia z Maranello musiała się zadowolić czwartą lokatą Sebastiana Vettela. 53 punkty przewagi to spory zadatek i musiałby chyba wydarzyć się kataklizm, żeby ekipa Christiana Hornera przegrała tę batalię.

Wracając do Austin, początkowo wydawało się, że Red Bull może powalczyć nawet o zwycięstwo, potem jednak „Mercedesy podkręciły tempo” ( Verstappen), odkrywając karty, które okazały się zbyt mocne dla chłopaków Hornera. Jakieś nadzieje dawało jeszcze zastosowanie odmiennych strategii. – Max wolał miękkie, natomiast ja supermiękkie opony – wyjaśniał Ricciardo taktyczną dychotomię w Q2.

Wybieg udał się o tyle, że po starcie Australijczyk przedzielił Srebrne Strzały. Na podjęcie walki z Hamiltonem to było jednak zbyt mało. Co więcej, pojedynek z Rosbergiem też zakończył się przegraną Dana, i to z powodu awarii bliźniaczego Red Bulla. No cóż, w Malezji to jemu dopisało szczęście, tym razem uśmiechnęło się do lidera mistrzostw świata. Fortuna kołem się toczy.

Jeszcze większe rozczarowanie przeżył Verstappen. Na starcie Holender stracił pozycję na rzecz Räikkönena, potem jednak wyprzedził Fina, po czym ruszył w pościg za Ricciardo i Rosbergiem, podkreślając, że „nie ma zamiaru poprzestawać na czwartej pozycji”. Jego słowa okazały się prorocze, choć Max miał na myśli coś zupełnie innego. Najpierw „zadziałał jak autopilot”, pospiesznie zjeżdżając do alei serwisowej,  ale straty czasowe były niczym w porównaniu z tym, co wydarzyło się za chwilę – w jego RB12 zastrajkowała bowiem skrzynia biegów, przekreślając szanse 19-latka na czwartą pozycję.

Porozrzucane puzzle
Tak niechciane przez Verstappena czwarte miejsce z radością przejął Sebastian Vettel, który wprawdzie przegrał z „Icemanem” czasówkę, ale na miękkich oponach w wyścigu radził sobie lepiej od niego. Nie jest wykluczone, że nawet gdyby Räikkönena nie zatrzymał kolejny przykład nonszalancji ze strony własnej ekipy (końca wpadek największej ikony F1 nie widać), to Vettel prawdopodobnie wyszedłby górą z tego starcia.

Pytanie tylko, czy jest w tym cokolwiek pocieszającego? Ano nie, gdyż szanse na pokonanie Red Bulla w generalce są znikome. We włoskiej stajni od dawna panuje nastrój defetyzmu związany zarówno z tym, co dzieje się na torze, jak i poza nim. W takiej sytuacji wszystko jest trudniejsze i nie sposób pozbyć się wrażenia, że ekipa z Maranello zgrzyta w posadach. Jakieś pozytywy…

Dłuższa chwila zastanowienia mówi w zasadzie wszystko. Nie chcę być złym prorokiem, ale to źle wróży i czasami odnoszę wrażenie, że Ferrari przypomina pokój po przejściu 6-letniego tornada. Jeżeli ktoś w ciągu kilku miesięcy zdoła to poskładać do kupy, to zasłuży na znacznie więcej niż mistrzostwo świata.

Taki klimat
Wracając do pechowców z Austin, na pierwszy plan wysunął się Nico Hülkenberg. Niemiec spisywał się na COTA naprawdę znakomicie, czego potwierdzeniem była siódma lokata w kwalifikacjach. Szkopuł tylko w tym, że na starcie siódemka nie przyniosła mu szczęścia. „Hulk” znowu znalazł się w nieodpowiednim miejscu o niewłaściwym czasie – konkretnie pomiędzy Ferrari Sebastiana Vettela i Williamsem Valtteriego Bottasa. Parafrazując pewną panią polityk, „sorry, ale [w F1] taki mamy klimat”.

Niewiele brakowało, a zespół Force India mógłby pakować manatki po pierwszym okrążeniu. Po starcie Sergio Pérez miał okazję z bliska obejrzeć, jak w tarapaty wpada Hülkenberg, a kilka zakrętów dalej sam solidnie oberwał, padając ofiarą Torpedy z Ufy. – Co za pie… idiota – skwitował popisy Daniiła Kwiata, który przed zakrętem prowadzącym na najdłuższą prostą wjechał w tył samochodu Meksykanina. Przez resztę wyścigu Pérez odrabiał straty, walcząc głównie z brakiem trakcji i podsterownością swojego auta. Zmagania te zakończył sukcesem, zajmując ósme miejsce, dzięki czemu Williams odrobił do stajni z Silverstone zaledwie dwa punkty. Po takim początku to naprawdę wielki sukces.

Poczuł krew
Punktów dla ekipy Williamsa mogło być więcej. Jeszcze sześć okrążeń przed metą Felipe Massa jechał na szóstej pozycji, polując na podróżującego przed nim Carlosa Sainza. Brazylijczyk tak bardzo zapatrzył się jednak na Hiszpana, że chyba kompletnie zapomniał o tym, że za jego plecami wyrósł rodak kierowcy Toro Rosso. Zbliżający się do rywali Fernando Alonso najwyraźniej poczuł krew i z atakiem nie zamierzał czekać w nieskończoność. Na 51. okrążeniu w dosyć bezpardonowy sposób rozprawił się z Massą, natomiast na przedostatnim wyprzedził także Sainza. W ten sposób dwukrotny mistrz świata wskoczył na piąte miejsce, kwitując swoją szarżę okrzykiem w iście teksańskim stylu. Oklaski za odwagę i determinację. Równie wielkie dla jego młodszego rodaka, który nie zważając na niedostatki sprzętowe osiągnął świetny wynik, powtarzając osiągnięcie z Hiszpanii.

PS
Na koniec kilka słów wyjaśnienia w związku z tym, że po wyścigach w Malezji i Japonii zabrakło „Przymrużonego oka”. Pozwólcie, że nie będę wnikać w szczegóły, powiem tylko, że czasami w życiu zdarzają się takie chwile, w których musimy zająć się tym, co jest najważniejsze, a cała reszta musi po prostu pójść w odstawkę.

9 KOMENTARZE

  1. Panie Robercie,
    jak zawsze artykuł na najwyższym poziomie ! Uwielbiam styl jakim się Pan posługuje i niecierpliwie czekam na kolejne wpisy.

    Czy planuje Pan przymrużonym okiem podsumować cały sezon 2016 po jego zakończeniu ? Nie ukrywam, że bardzo bym sobie tego życzył 😉

  2. Tyle że na wstępie mówienie że lewis będzie atakował i musi wygrać (co jasne) a potem że nico wystarczy 2×2 i 1×3 miejsce i konkluzja że nico gra „minimalistycznie” ?!
    no właśnie nie – on przecież cały czas myśli o wygrywaniu – a co będzie to będzie, na 1000% nico nie myśli tak „2gie miejsce wystarczy” ooo na pewno nie ! Tak może pomyśleć w Abu dabi na ostatniej prostej gdy będzie jechał za Lewisem i to mu wystarczy …

    Pamiętasz z 2014 jak miał defekt w ostatnim wyścigu (nikt wtedy nie mówił że to „atak na nico” i obeszło się bez echa , bo gdyby Lewis miał defekt była by burza jak zawsze przy Lewisie) i mimo wszystko jechał … dlaczego? Bo wierzył że kazdy defekt Lewisa zapewnia mu wygraną , gdy spadł poniżej tego miejsca które już mu nic nie dawało i tak dojechał do mety – za to szacun także . Ja kibicowałem wiele Lewisowi , ale odnoszę wrażenie że on jest „nietykalny” , kolaży mi się to z każdym „skandalem” z czarnoskórymi obywatelami USA , jak tylko coś złego się stanie takiej osobie od razu jest wielki bunt o konspire , złe traktowanie ciemnoskórych itp … jasne że wiele razy ma to swoje słuszne podteksty ale wiele razy nie ma nic wspólnego z rzeczywistością , podobnie tu o Lewisie zawsze się płącze ale takie rzeczy jak awaria kierownicy u nico , czy jego płonący silnik na monzie , zawsze jakoś mają mało burzy w koło siebie , za to Ham jest jak „złote dziecko” , jak tylko coś nie po jego myśli to każdy szuka teorii spiskowych .
    tak czy siak forza ferrari i oby zmienili cały sztab odpowiedzialny za strategie bo oni chyba winko piją a nie przygotowują się do strategii (powinni mieć oparowane setki rozwiązań , na to że SC pojawi się w każdym możliwym momencie – muszą miec w kilka sekund decyzje …0

    • gtr82,
      Mówić można wszystko, ale trzeba mierzyć siła na zamiary – to po pierwsze. Po drugie Hamilton ma w tej chwili znacznie mniej do stracenia, musi ryzykować i zrobi to. Nie mam co do tego wątpliwości. Co do Rosberga on znajduje się w dokładnie odwrotnym położeniu i dlatego minimalizm może być dla niego kuszącym rozwiązaniem. Tyle. Kluczowe jest ostatnie zdanie tego akapitu.
      Pozdrawiam

  3. PS: na prawdę uważacie że to tylko VSC uratował 2 miejsce Nico ?
    mimo iż na początku Dan jechał na SS a Ros na S?
    nico był za nim (odpuścił i nie naciskał żeby przedłużyć stint bo wiedział że nie wyprzedzi go na tych oponach), a na końcu wyścigu jechaliby na tych samych oponach , wtedy Ros miałby lepsze tempo w porównaniu do SS vs S z początku więc sądzę że akurat na tym torze szybko by się z nim uporał . (widać po końcowych wynikach i przewagi – wiadomo że Dan na koniec też odpuścił trochę ale tempa lepszego nie miał zdecydowanie niż Nico)

    • Masz dużo racji w stwierdzeniu o „nietykalnym” Lewisie, rzadko się udzielam ale dużo czytam komentarzy na tym i na innych portalach o F1 i ilość spiskowych teorii o sabotowaniu LH jest zatrważająca, natomiast w drugą stronę wcale. Myślę, że wynika to z faktu, że Lewis jest uważany za bardziej utalentowanego kierowce niż Nico i jak „słabszy” wygrywa to wiadomo, że nieuczciwie, a już wogóle Niemiec w niemieckim zespole to na pewno kombinują (ach ci Niemcy :)) A ja uważam, że poza ewidentnym szczęściem (a raczej pechem Anglika) w tym sezonie Nico wykonał zdecydowanie większą pracę i pokazał większą determinację niż Lewis i za to należy mu się tytuł.
      P.S. Stratedzy Ferrari i tak piją chyba mniej niż stratedzy Williamsa 😀

      Pozdrawiam.

Comments are closed.