Dzisiaj Mercedes powalczy o trzecie z rzędu zwycięstwo w Grand Prix Rosji. No, nie do końca. Ale prawie… Sto lat lat temu w Sankt Petersburgu – ówczesnej stolicy Imperium Rosyjskiego – rozegrano dwie edycje wyścigu o GP Rosji. W obu triumfowali kierowcy jadący samochodami Benz, więc można się upierać, że Lewis Hamilton lub Nico Rosberg mogą jutro przedłużyć wspaniałe tradycje niemieckiej marki na rosyjskiej ziemi.

W 1913 wyścig rozegrano na siedmiu okrążeniach pętli o długości 28,5 wiorsty każda, co daje łączny dystans 199,5 wiorsty… No dobra, siedem okrążeń po 30,4 kilometra, czyli razem nieco ponad 212 kilometrów. Triumfował Gieorgij Suworin, który samochodem Benz 29/60 pokonał trasę w dwie godziny i 23 minuty, co daje średnią prędkość 88,7 km/h. Cudo techniki sprzed 101 lat miało 60-konny silnik o pojemności 7,4 litra. Wystartowało 19 aut, do mety dotarło dziewięć.

Rok później na nieco dłuższej trasie (okrążenie liczyło 30 wiorst, czyli 32 kilometry, razem do przejechania były 224 kilometry) wygrał Willy Schöll, prowadzący Benza 55/150. Średnia prędkość wyniosła rewelacyjne 123,8 km/h, bo Niemiec pokonał trasę w godzinę i 48 minut. Wystartowało 12 aut, metę osiągnęło siedem. Później wybuchła wielka wojna światowa, a po rewolucji październikowej mieli w ZSRR inne problemy i nikt nie miał w głowie organizacji wyścigów samochodowych.

Z czasem jednak sytuacja się zmieniła. Na początku lat 80., po zbojkotowanych przez większość państw zachodnich Igrzyskach Olimpijskich w Moskwie, Bernie Ecclestone – wówczas „zaledwie” szef Stowarzyszenia Zespołów F1, bo o FOM jeszcze mu się chyba nawet nie śniło – wymieniał oficjalne pisma i spotykał się z Leonidem Breżniewem. Wyścig o Grand Prix ZSRR widniał nawet w kalendarzu mistrzostw świata na sezon 1983, ale śmierć sekretarza generalnego KPZR oraz przeszkody biurokratyczne sprawiły, że z planów nic nie wyszło.

Bernie nie ustawał w dążeniach do podbicia Związku Radzieckiego, ale kolejne rozmowy z radziecką wierchuszką – Jurijem Andropowem i Michaiłem Gorbaczowem – nie przyniosły powodzenia. Wszystko rozbijało się o biurokrację oraz inną kulturę i metody „załatwiania spraw” – czyli różnice między zachodnią i radziecką mentalnością.

Te same problemy powtarzały się przez dwie dekady po rozpadzie Związku Radzieckiego. Rosyjskie źródła doliczają się nawet dziesięciu różnych projektów zorganizowania wyścigu, z których nic nie wyszło. Dopiero w październiku 2010 roku niestrudzony Ecclestone i władca Rosji Władimir Putin przypieczętowali organizację wyścigu w Soczi. Historia zatoczyła koło: trzy dekady temu po igrzyskach w Moskwie Bernie prowadził negocjacje z Breżniewem, teraz wyścig odbywa się na olimpijskich terenach w Soczi. Po drodze Putin zaliczył też epizod za kierownicą samochodu Formuły 1.

Jeśli chodzi o radziecko/rosyjską obecność w Formule 1, to historia najnowsza jest doskonale znana. Barwy Toro Rosso reprezentuje od tego sezonu Daniił Kwiat, który w przyszłym roku będzie jeździł w Red Bullu. Wcześniej Witalij Pietrow spędził w królewskiej kategorii trzy lata. Kierowca z Wyborga reprezentował barwy Renault/Lotusa i Caterhama. Karierę zakończył z 57 startami na koncie i jednym podium: trzecią lokatą w GP Australii 2011. W kwalifikacjach nigdy nie był wyżej niż szósty, więc wczoraj Kwiat ustanowił nowy rosyjski rekord w F1.

Kilku rosyjskich kierowców testowało samochody F1. Najświeższy przykład to oczywiście Siergiej Sirotkin, który w piątkowym treningu w Soczi zaliczył za kierownicą Saubera swój debiut podczas oficjalnego weekendu Grand Prix. W grudniu 2005 roku jeden dzień testowy na torze Jerez zaliczył w barwach ekipy Midland Roman Rusinow – obecnie startujący w wyścigach długodystansowych (w tym roku był m.in. zespołowym kolegą Mateusza Lisowskiego w Blancpain Sprint Series). W 2002 roku dwa dni za kierownicą Minardi spędził Siergiej Złobin – obecnie także startuje w wyścigach długodystansowych, a w 2007 roku przeżył wybuch bomby podłożonej w swoim Mercedesie G500.

W sezonie 2006 wspomniany już zespół Midland startował z rosyjską licencją. Ekipa należała wówczas do Aleksa Shnaidera, kanadyjskiego biznesmena rosyjskiego pochodzenia, który w 2004 roku kupił zespół od Eddiego Jordana. W 2007 roku ekipa jeździła już pod szyldem Spyker, a później kupił ją Vijay Mallya. Obecnie z rosyjską licencją startuje zespół Marussia.

Pod koniec lat 60. w wyścigowym środowisku krążyły pogłoski o radzieckich projektach budowy samochodów wyścigowych. Na Narodowym Samochodowo-Drogowym Uniwersytecie w Charkowie działał zespół pod kierownictwem Władimira Nikitina, który konstruował pojazdy ChADI do bicia rekordów prędkości. Pozwalano sobie też na projekty poboczne, jak na przeznaczony do wyścigów torowych model ChADI-8.

KhADI-8

Przygotowano dwie wersje jednostki napędowej: zbudowany specjalnie w tym celu dwulitrowy silnik V8 oraz zmodyfikowany silnik z samochodu GAZ-20 (czyli Pobieda, czyli… nasza poczciwa Warszawa). W wersji z jednostką V8 samochód miał około 340 koni mocy, ale ledwo osiągał 200 km/h. Został zniszczony w wypadku w 1968 roku i później odbudowany, z modyfikacjami, jako ChADI-10. Zrozumiałe, że mimo ambitnych pogłosek nie nadawał się do rywalizacji w F1, w której od 1966 roku stosowano już trzylitrowe silniki.

KhADI-8

Inne pogłoski dotyczyły konstrukcji Moskwicza: model G5, rozwijany od 1965 roku, miał mieć opracowane w tunelu aerodynamicznym nadwozie z włókna szklanego oraz ośmiocylindrowy silnik  o pojemności 1,5 litra (górny limit dla F1 w latach 1961-65) i mocy około 200 KM. Brak rządowego dofinansowania spowodował wygaszenie projektu. Szkoda, że przeznaczano budżet na zimnowojenne zbrojenia, a nie na wyścigi.

Teraz najnowszy rozdział wyścigowej historii ZSRR/Rosji jest zapisywany w Soczi.