Lewis Hamilton ma na koncie nowy rekord, który jak dotąd można było ustanowić tylko raz, a ewentualną próbę jego wyrównania (pobić go już raczej się nie da…) będzie można przeprowadzić w październiku – a w kolejnych latach będzie to zależało od kształtu kalendarza.

Obrońca tytułu jako jedyny kierowca w historii wygrał cztery wyścigi w ciągu jednego miesiąca, a poprzednio taka okazja jedyny raz przytrafiła się w sezonie 2005: wówczas, także w lipcu, rozegrano Grand Prix Francji, Wielkiej Brytanii, Niemiec i Węgier – ale zwyciężali w nich kolejno Fernando Alonso, Juan Pablo Montoya, ponownie Alonso oraz Kimi Räikkönen. Po kampanii lipcowej, w tym roku czeka nas jeszcze październikowa: Malezja, Japonia, USA oraz Meksyk. Jeśli Hamilton podtrzyma swoją passę, to listopadowe dwa wyścigi naprawdę nie będą miały najmniejszego znaczenia.

Po przewadze Nico Rosberga z początku sezonu, budowanej mozolnie na defektach i problemach ze startami po stronie Hamiltona, pozostało już tylko mgliste wspomnienie. Niczym dwa lata temu po kolizji w Belgii, także i teraz incydent w Barcelonie, poprawiony następnie Austrią, zdają się wyznaczać moment, po którym Rosbergowi zaczyna wyraźnie ulegać zespołowemu partnerowi. Owszem, potrafi wygrywać kwalifikacje, ale później błyskawicznie traci inicjatywę. Teraz dwa razy na startach, a pamiętacie chociażby Monzę albo Soczi z sezonu 2014?

Dziwnym trafem zawsze kiedy Rosberg próbuje postawić na swoim w starciu z Hamiltonem, to źle na tym wychodzi. W najlepszym wypadku piętnuje go „tylko” zespół, w najgorszym dostaje karę także od sędziów. Sytuacja nie do pozazdroszczenia, bo Lewis nie będzie się dwa razy zastanawiał przed kolejnym starciem koło w koło i na pewno nie ustąpi, a Nico… Cóż, będzie musiał uważać, by znów nie nadziać się na minę. Najpierw wpadł w Austrii, teraz w Niemczech – fakt, atak wyglądał z początku pięknie, a Max Verstappen znów nie oparł się pokusie wykonania ruchu w strefie hamowania. Jak to ujął Damon Hill, analizując jazdę Holendra podczas tegorocznego weekendu w Monako, gdyby Max jeździł w latach 60., to takiego występu jak w księstwie mógłby nie przeżyć. Analogicznie można podsumować zbyt agresywną obronę w strefie hamowania czy jeszcze na dojeździe do zakrętu. Duchy grafa Wolfganga Berghe von Tripsa oraz piętnastu kibiców, którzy zginęli na Monzy w 1961 roku, na pewno miałyby coś do powiedzenia na ten temat.

Wracając jednak do Rosberga, nie zawsze kierowca trzymający wewnętrzną może robić to co chce – czy to w ataku, czy w obronie. Tym razem sędziowie o tyle wykazali się konsekwencją, że na Silverstone taką samą karę (5 sekund i 2 punkty karne) za bardzo podobny manewr otrzymał Sebastian Vettel, który w Village wypchnął poza tor Felipe Massę. A skoro jesteśmy już przy Vettelu i rzekomej dowolności działań kierowcy będącego po wewnętrznej, to kto pamięta końcówkę GP Australii 2009 i atak Roberta Kubicy, właśnie od zewnętrznej? Doszło wówczas do kolizji, chociaż Vettel nie dowiózł Roberta do krawędzi toru – i to Niemiec otrzymał karę (cofnięto go aż o 10 pól na starcie do kolejnego wyścigu, GP Malezji). Trochę to podobne do Austrii, nieprawdaż?

Tak jak wspomniałem, obserwujemy w działaniach sędziów pewną konsekwencję. Za to należy się plus, ale gdzie podziały się zalecenia, by trochę łagodniej patrzeć na walkę kierowców – w imię emocji? Patrząc na incydenty Rosberg/Verstappen i Vettel/Massa można było przymknąć oko albo co najwyżej od razu nakazać atakującemu, skoro już przy wyprzedzaniu zdołał wysunąć się przed rywala, oddanie pozycji i wyeliminowanie w ten sposób przewagi zyskanej przez wypchnięcie przeciwnika. Wówczas czekałaby nas jeszcze kolejna odsłona pojedynku – szczególnie interesująca w przypadku minionej niedzieli. Max najwyraźniej dał się zaskoczyć, bo Rosberg rozpoczynał atak z daleka, ale potem zachował się bardzo przytomnie. Dał się wypchnąć, mając do wyboru dwa inne wyjścia: odpuścić (wówczas pewnie obyłoby się bez kary) lub wjechać w rywala. Błyskawicznie wybrał najlepszą opcję.

Nie był to jedyny moment, w którym Holender zachował się tak jak trzeba. Bodaj pierwszy raz zagrał zespołowo, puszczając Daniela Ricciardo. Tym razem to Australijczyk był górą jeśli chodzi o strategię, potrafił także lepiej wykorzystać obie mieszanki ogumienia. Setny start uczcił trzynastym podium w karierze i haustem szampana z własnego buta – niczym zawodnik MotoGP Jack Miller po niespodziewanym, niesamowitym triumfie w tegorocznej GP Holandii na torze Assen. Nie po raz pierwszy można się przekonać, że australijskich sportowców łączą szczególne więzi: niezależnie od uprawianej dyscypliny, ludzie z drugiej strony globusa pilnie śledzą poczynania rodaków. Sądzę jednak, że Ricciardo w zamian za to przepuszczenie na Hockenheimringu wolałby lepszą (po prostu normalną…) strategię w majowym wyścigu na Circuit de Barcelona-Catalunya.

Australijczyk umocnił się na prowadzeniu w rywalizacji o trzecią lokatę w klasyfikacji kierowców, ale tu batalia jest wciąż zacięta. Podwójne podium Red Bulla dało także ekipie z Milton Keynes awans na pozycję wicelidera wśród konstruktorów, kosztem będącej w wyraźnym dołku Scuderii. I po co było zapowiadać nawiązanie walki z Mercedesem? Mistrzowie świata wciąż nie pozostawiają złudzeń, podobnie jak Hamilton – sto punktów w miesiąc robi wrażenie. Rosberg może już nie znaleźć na to odpowiedzi.

PODZIEL SIĘ
Poprzedni artykułZielony Ring
Następny artykułChris Amon (1943-2016)

18 KOMENTARZE

  1. A Cezary Gutowski zawsze mający problemy z Hamiltonem od razu na Twitterze napisał, że Lewis kary by nie dostał jakby to on wypchnął Maxa a nie Rosberg. Jak takich ludzi Eleven może brać do komentowania wydarzeń z F1 to ja nie wiem. Non stop wypisuje głupoty na tym swoim fejsie. W Austrii też pisał, że to Lewisa wina i porównywał to do Kanady, że tam też Lewisa wina. Mikołaj potrafi tylko zachować obiektywizm wśród dziennikarzy F1, których czytam

  2. No niestety, ale pan Cezary nie ma w sobie za grosz obiektywizmu. Rozumiem, że można za kimś nie przepadać, natomiast jako dziennikarz trzeba chociaż zachować. Po wyścigu o GP Austrii w studio jechał po Hamiltonie, że to jego wina równocześnie wciskając farmazony, że to wtedy Rosberg był z przodu. A kto rzeczywiście był i jak wyglądała sytuacja – każdy widział. Widzieli też sędziowie, którzy to Niemca, a nie Anglika ukarali. Ale pan Cezary jak widać jest mądrzejszy od sędziów. Tak samo po niedzielnym wyścigu hasło – dlaczego Hamilton nie dostał kary w Kanadzie? Przepraszam, ale czy pan Cezary oglądał GP Kanady 2014 czy już może nie pamięta? Tam sytuacja na starcie była IDENTYCZNA tyle, że wówczas to Nico wypchnął Lewisa. Czy został za to ukarany? Nie. I zresztą słusznie. Jakoś dwa lata temu nikt nie domagał się dla Niemca kary. Więc czemu niby teraz Hamilton miałby za to samo zostać ukarany? Czasami trzeba umieć pokierować się rozsądkiem, a nie emocjami bo potem nie dość, że na antenie wychodzi stronniczość to jeszcze niewiedza.

  3. Można jeszcze dodać, że w uzasadnieniu werdyktu sędziowskiego podkreślono że Rosberg na tym wypchnięciu zyskał trwałą przewagę. Odmiennie niż Grosjean, który też kogoś (przegapiłem ten incydent) wypchnął z toru zakręcie nr 8, ale zdaniem sędziów takiej trwałej korzyści nie uzyskał.

  4. Mam jakieś dziwne wrażenie, że syn Shumachera jest skazany na występy w F1. Nieważne w jakiej serii będzie jeżdził i co tam osiągnie ale napewno trafi do F1 choćby dlatego, że jest miły.

  5. Jeżeli już czepiamy się C. Gutowskiego to mnie ubawił jego komentarz po wyścigu, że Rosberg na starcie nie miał żadnego uślizgu tylko sprzęgło przegrzane:) Już wiadomo, dlaczego siedzi w studio 11S – ma po prostu wgląd w telemetrię bolidów!

      • prawda, ale ca to Cezary powiedział że to Hamilton wygrał start na Węgrzech , a tak nie było , widać onboardy z 4 pierwszych bolidów , najlepszy był Ricciardo i Rosberg .
        Rosberg po prostu pierwszy zaczoł hamować i tym przegrał 1 zakręt , poza tym jego tłumaczenie że nie mógł zablokować Ham bo był na wysokości jego tylnego skrzydła też słaba bo widac że Ham był za biolidem Ros i spokojnie Nico mógł go zablokować , wtedy Lewis spadłby pewnie na 4-5 miejsce.

  6. Setka w miesiąc to żaden wyczyn Hamiltona, to po prostu tak ułożony kalendarz. Już wcześniej kierowcy wygrywali 4 wyścigi (a nawet więcej) pod rząd, tyle że pomiędzy nimi było po 2 tygodnie przerwy.
    Trochę przypomina mi to szczycenie się Fernando Alonso największą ilością zdobytych punktów, tyle tylko, że osiągnął to nie wygrywaniem wyścigów (choć oczywiście też), ale zmianą systemu punktacji.

    • Pewnie żadna to zasługa Lewisa i tak jest słaby. W 179 startach wygrał tylko 49 wyścigów w karierze, stał łącznie 96 razy na podium i startował 55 razy z pole positions. Ma też najwięcej zdobytych punktów w historii F1 2084 więc nie wiem o jakim Alonso mówisz, który ma łącznie 1802…

      • Nie pamiętasz, jak Alonso miał nawet tę „mistrzowską” liczbę na kasku? Najwięcej punktów w historii! Tyle, że po zmianie systemu punktacji… Od dziś można by wprowadzić nie 25 pkt. za wygranie wyścigu, a np. 5000. I pierwszy kierowca, który wygrałby jakikolwiek wyścig miałby się szczycić, że jest najlepszy, bo ma najwięcej punktów w historii F1?
        Tu to samo z Hamiltonem – najwięcej wygranych w miesiącu! Tyle, że nie mieliśmy jeszcze takiej sytuacji z ułożeniem wyścigów w kalendarzu, więc cóż to za wyczyn? Jak pisałem, już były takie lata, że kierowcy wygrywali większą liczbę wyścigów pod rząd.
        I forma czy talent Hamiltona (jak i Alonso) nie mają tu nic do rzeczy, są naprawdę dobrymi kierowcami, ale takie „rekordy” to szukanie ich na siłę.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here