Formuła 1 kocha Japonię, a Japończycy kochają królową sportów motorowych – i to bezgranicznie. Zaprojektowana przez Johna Hugenholtza Suzuka uchodzi za tor kierowców i nic dziwnego, że jest przez nich uwielbiana, nie tylko za słynne „eski” z pierwszej części pętli. Jeśli mogę dorzucić do tego jeszcze odrobinę prywaty, to przyznam, że mam do japońskiego toru szczególnego rodzaju sentyment. Zrodził się on w trakcie bezsennych nocy, gdy rzucanie się w objęcia Morfeusza pomiędzy niedzielą rozgrzewką a wyścigiem nie miało większego sensu.

Być może dzisiaj trudno w to uwierzyć, lecz F1 trafiła do Kraju Kwitnącej Wiśni dopiero w 1976 roku i to zaledwie na dwa sezony, kiedy gościła na torze Fuji. Na stałe Japonia wróciła do kalendarza dopiero w 1987 roku, już na zlokalizowaną w prefekturze Mie Suzukę. W latach 2007-2008 królewska kategoria sportów motorowych jeszcze raz przeniosła się pod świętą górę Fudżi, ale tak naprawdę wszyscy czekali na powrót „ósemki”, który nastąpił w 2009 roku.

Krótki epizod w mistrzostwach świata zaliczył jeszcze jeden japoński obiekt. Chodzi mianowicie o tor Aida (obecnie Okayama), który w latach 1994-1995 gościł rundę pod szyldem Grand Prix Pacyfiku. Kręta i ciasna pętla na głębokiej prowincji wyspy Honsiu w pobliżu nieistniejącego już miasta Aida nie miała jednak szans, żeby zrobić wielką karierę, wobec czego pożegnano się z nią bez żalu.

W sumie na japońskich torach odbyły się trzydzieści cztery wyścigi mistrzostw świata Formuły 1. Trzynaście z nich wyłoniło ośmiu mistrzów świata, czasami po pięknej, zaciętej walce, ale bywało i tak, że sprawę przesądzały kolizje, awarie lub dramatyczne wybory. Jednym słowem, życie.

Rejterada czy akt odwagi?
Z dramatycznym wyborem w inauguracyjnym wyścigu o Grand Prix Japonii musiał zmierzyć się Niki Lauda. Austriak – rozpoczynający weekend z trzypunktową przewagą nad Jamesem Huntem –uznał, że warunki panujące podczas wyścigu są zbyt niebezpieczne, a „jego życie jest ważniejsze niż mistrzostwo”, w związku z czym po drugim okrążeniu zjechał do alei serwisowej. Enzo Ferrari nigdy nie zapomniał Nikiemu rejterady (lub aktu odwagi, zależy jak na to spojrzeć), ponieważ Hunt ostatecznie dopiął swego, finiszując na trzeciej pozycji i sięgając po tytuł.

Co ciekawe, przekraczając metę Brytyjczyk nie miał zielonego pojęcia, że został mistrzem świata. – James był wściekły. Zjeżdżając wył i krzyczał, sądząc, iż przegrał. Powiedzieliśmy mu, że tytuł jest jego, ale on niczego nie słyszał. W końcu zdjął kask i wtedy oznajmiłem mu: byłeś trzeci, zostałeś mistrzem świata – opowiadał po latach Teddy Mayer, dowodzący wtedy ekipą McLarena.

Embed from Getty Images

Cud, szykana
Specjalnym statusem cieszył się w Japonii Ayrton Senna. Z podobnym poziomem uwielbienia trzykrotny mistrz świata spotykał się jedynie w swojej ojczyźnie. Czy można się jednak temu dziwić, skoro Brazylijczyk wszystkie tytuły zdobywał właśnie na Suzuce, jeżdżąc McLarenami napędzanymi silnikami Hondy? Ano właśnie.

Po pierwszy z nich sięgnął w 1988 roku. Nie przyszło mu to jednak łatwo. Na starcie w jego McLarenie MP4/4 zgasł silnik i Ayrton pozostał w grze jedynie dlatego, że na wiodącej w dół prostej jakimś cudem udało mu się ożywić jednostkę napędową. Z każdym kolejnym okrążeniem był coraz wyżej. Świetnie radząc sobie z mżawką i panującym na torze tłokiem, Senna zmniejszał swoja stratę do zmagającego się ze skrzynią biegów Alaina Prosta (kłopoty z drugim i trzecim biegiem sprawiły, że Francuz musiał całkowicie zmodyfikować linię przejazdu). Do ataku wykorzystał moment dublowania Andrei de Cesarisa, który w szykanie przyblokował Prosta, dzięki czemu Francuz stał się od dla Senny jeszcze łatwiejszym łupem. Tytuł powędrował do Brazylii.

Rok później, w wyjątkowo kontrowersyjnych okolicznościach, Ayrton stracił w Japonii koronę mistrz świata na rzecz Alaina. Pole position zdobyte z przewagą 1,7 sekundy po kiepskim starcie przestało mieć znaczenie. Do 47. okrążenia Brazylijczyk grzecznie podążał za swoim wielkim rywalem, czekając na swoją szansę. Wychodząc ze 130R miał Francuza za celowniku. Przed szykaną przypuścił atak, wciskając się po wewnętrznej. Prost postanowił zatrzasnąć drzwi, tyle tylko, że Senna stał już w progu.

Splątane kołami McLareny znieruchomiały. Alain odpiął pasy i wyskoczył z kokpitu. Popchnięty przez porządkowych Ayrton pojechał dalej, omijając szykanę drogą awaryjną. Na kolejnej rundzie zjechał do alei serwisowej, żeby zmienić uszkodzony nos. W tym czasie spadł za Alessandro Nanniniego, błyskawicznie się jednak z nim uporał i pomknął po zwycięstwo, które przedłużało jego szansę na tytuł. Jego szczęście szybko zostało rozbite w puch przez szefa FISA Jean-Marie Balestre’a, za sprawa którego Senna został zdyskwalifikowany za ominięcie szykany przy powrocie na tor. Na nic zdały się odwołania McLarena, mistrzem świata został Prost.

Embed from Getty Images

Pole position, recydywa
W 1990 roku o losach tytułu znowu zdecydowała kolizja dwóch wielkich rywali. Tym razem wszystko zaczęło się od awantury o pole position. Z powodu śliskiego skrawka asfaltu znajdującego się przy pierwszej pozycji startowej Senna, który wygrał kwalifikacje, poprosił o przeniesienie pole position na lewą stronę jezdni. Początkowo sędziowie wyrazili na to zgodę, lecz pod wpływem Balestre’a decyzję cofnięto, budząc tym samym frustrację Senny, który wygrał z Prostem czasówkę, ale przegrał na jego korzyść bardziej przyczepną stronę toru. To zdeterminowało dalszy bieg wydarzeń.

Zgodnie z oczekiwaniami Alain wystrzelił na starcie do przodu. Ayrton na chwilę schował się za niego, po czym wysunął się w prawo, wchodząc na wewnętrzną. Przymierzający się do wejścia w pierwszy zakręt Prost zacieśnił linię przejazdu. Po zamieszaniu z pole position Senna nie miał najmniejszych skrupułów, żeby bez względu na wszystko podjąć ryzyko. Kolizja była nieunikniona. Ferrari i McLaren zderzyły się, po czym wpadły w piasek pierwszego zakrętu. Tym razem to Senna został mistrzem świata.

Finał tych zdarzeń nastąpił w następnym sezonie, gdy po zdobyciu trzeciego tytułu (znowu na Suzuce) Brazylijczyk w emocjonalnym wystąpieniu przyznał, że „celowo wjechał w Prosta, co miało stanowić efekt stronniczych decyzji ludzi, którzy je podejmowali”. Innymi słowy winą obciążył Balestre’a, który właśnie przegrał z Maksem Mosleyem wybory na szefa FISA.

Embed from Getty Images

Nokaut
Kończąc temat Senny i toru Suzuka warto jeszcze dodać dwie rzeczy. We wspomnianym wyżej wyścigu z 1991 roku Brazylijczyk oddał zwycięstwo swojemu koledze z ekipy i jednocześnie przyjacielowi – Gerhardowi Bergerowi.

Dwa lata później sięgnął z kolei po swoje drugie japońskie zwycięstwo. Dokonał tego już bez Hondy, ponieważ McLaren korzystał z silników Forda. W trudnych warunkach Ayrton sięgnął po wspaniałe zwycięstwo, po czym poszedł przyłożyć Eddiemu Irvine’owi, który ośmielił się go wyprzedzić. Jakież musiało być zdziwienie Senny, gdy dwa tygodnie później, w Australii ekipa McLarena w błyskotliwy sposób skomentowała wybryk swojego asa, zostawiając w kokpicie rękawice bokserskie.

Szok i niedowierzanie
Za niekwestionowanego króla Suzuki uchodził Michael Schumacher. Siedmiokrotny mistrz świata zwyciężył na „ósemce” aż sześć razy, ośmiokrotnie startując z pole position. Dwukrotnie świętował tutaj również zdobycie tytułu mistrza świata. W 2000 roku „Schumi” zdetronizował Mikę Häkkinena, zostając pierwszym kierowcą Ferrari na tronie Formuły 1 od czasu Jody’ego Schecktera. – Teraz będę podrywał dziewczyny na najdłużej urzędującego – dowcipnie skwitował sukces Niemca czempion pochodzący z RPA.

Trzy lata później Michael sięgnął w Japonii po swój szósty tytuł, fundując przy okazji wszystkim poważne skoki ciśnienia. A warto zaznaczyć, że do pełni szczęścia, bez względu na wynik Kimiego Räikkönena, wystarczał mu 1 punkt! Pozornie żaden problem, tymczasem okazało się, że był to jeden z najbardziej gorących wyścigów w wykonaniu Schumachera, a kolizje z Takumą Sato i młodszym bratem podgrzały emocje do granic możliwości. Ostatecznie Michael zdobył punkt za ósme miejsce (nagradzano najlepsza ósemkę), choć tak naprawdę sprawę załatwił za niego Rubens Barrichello, który zwycięstwem pozbawił Räikkönena złudzeń.

Embed from Getty Images

A żeby ci…
Japońskie sukcesy „Schumiego” uzupełniają oczywiście dwa triumfy na torze Aida. Ten drugi (1995) okrasił zdobyciem drugiego tytułu mistrza świata. No cóż, sukcesy siedmiokrotnego mistrza świata w Kraju Kwitnącej Wiśni mogą przyprawić o zawrót głowy, aczkolwiek w 2006 roku zdarzyło mu się na Suzuce przeżyć również gorycz porażki. Wydawało się, że Niemiec, mający w zapasie siedem sekund przewagi nad Fernando Alonso, zmierza po wygraną. Na 37. okrążeniu silnik w jego Ferrari dał jednak za wygraną, redukując niemal do zera szanse Michaela na ósmy tytuł mistrza świata (co w Brazylii stało się faktem). Było w tej awarii coś symbolicznego, a jednocześnie ironicznego. Poprzednia awaria jednostki napędowej w trakcie wyścigu przytrafiła się bowiem „Schumiemu” sześć lat wcześniej we Francji. Cóż, sporty motorowe.

O krok od sensacji
Fantastyczne wspomnienia związane z Japonią ma niewątpliwie Häkkinen, który swoje oba tytuły wywalczył właśnie na Suzuce. W pierwszym z tych wyścigów Fin stracił swojego głównego rywala zanim jeszcze na dobre rozpoczęła się walka. Ferrari odmówiło bowiem posłuszeństwa przed drugim startem i Schumacher zamienił pole position na koniec stawki. W połowie wyścigu zajmował trzecią lokatę, lecz przejażdżka po leżących w szykanie szczątkach stanowiących efekt kolizji Estebana Tuero i Toranosuke Takagiego miała opłakane skutki – eksplozja prawej tylnej opony przekreśliła i tak niewielkie nadzieje Niemca.

W kolejnym sezonie „Schumi” był na najlepszej drodze, żeby wziąć na Häkkinenie odwet, ale perspektywa ogrania Fina tylko dlatego, żeby mistrzem świata został Eddie Irvine, nie wpłynęła pozytywnie na jego motywację. Jakakolwiek nie była prawda, Mika wygrał decydujący wyścig sezonu, w ostatniej chwili zapobiegając wiszącej w powietrzu sensacji.

Embed from Getty Images

Trzy i cztery
Dobrze, wędrujemy do mniej odległych czasów, zaczynając od głównych kandydatów do tytułu, którzy w sumie nogą się pochwalić aż siedmioma triumfami w Japonii. Pierwszą ze swoich trzech japońskich wygranych Lewis Hamilton odniósł bowiem na tonącym w deszczu torze Fuji w 2007 roku. To był ten pamiętny wyścig, w którym za kolizję z Anglikiem Robert Kubica zarobił karny przejazd przez aleję serwisową, a na ostatnim okrążeniu stoczył szalony pojedynek z Felipe Massą, wykorzystując nie tylko nitkę toru, ale i zalane wodą pobocza. Dramatów było tamtego dnia zresztą więcej i to cięższego kalibru, ponieważ Fernando Alonso roztrzaskał swojego McLarena o bariery, natomiast Sebastian Vettel podczas neutralizacji wjechał w tył Red Bulla Marka Webbera, który ostro zwolnił, reagując na nieoczekiwanie hamowanie Lewisa, jadącego jako pierwszy za samochodem bezpieczeństwa.

Kolejne dwa sukcesy (2014, 2015) Hamiltona to już oczywiście Mercedes, era hybrydowa i tor Suzuka. W ich odniesieniu nie przeszkodziło mu nawet to, że w obu przypadkach z pole position startował Nico Rosberg.

Vettel posiada na swoim japońskim koncie o jeden triumf więcej niż Anglik. W okresie 2009-2013 Niemiec tylko raz (2011) przegrał wyścig na Suzuce, finiszując za Jensonem Buttonem i Alonso. Trzecia lokata w pełni go jednak wówczas satysfakcjonowała, ponieważ zapewniała mu jego drugie mistrzostwo świata.

Atrybuty męskości
Zwycięstwami w Japonii mogą się jeszcze poszczycić Alonso, który wygrywał zarówno na Suzuce (2006), jak i na Fuji (2008). W pierwszym przypadku Hiszpan skorzystał z awarii jednostki napędowej w Ferrari Schumachera, w drugim stoczył pojedynek o zwycięstwo z Kubicą.

O tym drugim wyścigu kilka słów znajdziecie trochę niżej, a tymczasem skupimy się na Kimim Räikkönenie, który wygrał w Japonii wygrał tylko raz (2005), ale jakiż był to triumf! Mokre kwalifikacje sprawiły, że wielka trójka wylądowała w dolnej części stawki – Michael Schumacher zajmował czternastą, Alonso szesnastą, a Räikkönen siedemnastą lokatę.

Po starcie „Iceman” ostro zabrał się do pracy, przebijając się przez stawkę. Na ostatnim okrążeniu przypuścił odważny atak po zewnętrznej pierwszego zakrętu, wydzierając wygraną z rąk Giancarlo Fisichelli. Wielkimi atrybutami męskości popisał się również trzeci na mecie Alonso, który połknął „Schumiego” po zewnętrznej 130R. Było na co popatrzeć!

Popisy Kubicy
Na koniec powrót do wspomnianego wyżej występu Roberta Kubicy na torze Fuji z 2008 roku, wtedy jego najlepszego wyścigu w F1. Pomimo strategicznej decyzji zespołu, który odpuścił rozwój F1.08, krakowianin nadal liczył się w walce o tytuł. Co prawda straty do Hamiltona i Massy rosły, ale Polak robił swoje, wykorzystując wszelkie potknięcia swoich głównych rywali.

Embed from Getty Images

Po starcie krakowianin dość nieoczekiwanie znalazł się na prowadzeniu. – Nagle wszyscy pojechali prosto. Zblokowałem koła i gdyby komuś udało się trafić w wierzchołek zakrętu, nie zdołałbym uniknąć zderzenia – opowiadał Kubica o starcie. Ze względu na kłopoty z ziarnem na oponach Robert nie był w stanie odskoczyć od ścigającego go Alonso i po pierwszej serii pit stopów spadł za Hiszpana. Fernando zatankował mniejszą porcję paliwa, zyskując tym samym trochę czasu – jak się okazało, na wagę zwycięstwa.

Po drugiej wizycie w alei serwisowej Alonso odskoczył, natomiast Kubicę czekała jeszcze obrona przed Räikkönenem. Na 54. kółku „Iceman” zaatakował w zakręcie numer 3, lecz Polak nie odpuścił i Kimi zaliczył wycieczkę na pobocze. – Drugie miejsce w Japonii to zdecydowanie lepszy wynik niż zwycięstwo w Kanadzie, ponieważ mój samochód stracił od tamtego czasu na konkurencyjności – podkreślał Robert po wyścigu, w którym po raz kolejny udowodnił swoim szefom, że popełnili wielki błąd, odpuszczając walkę o tytuł. Mieli tego zresztą gorzko pożałować, bo konkurencja sprawiła im w kolejnym sezonie tęgie lanie.

Embed from Getty Images

Deszczowy wyścig na torze Fuji wygrał co prawda Mario Andretti, lecz mistrzostwo świata (1976) zdobył James Hunt.

Embed from Getty Images

W 1977 roku James Hunt odniósł pod górą Fudżi swoje ostatnie zwycięstwo w F1.


Kraksa Nigela Mansella podczas kwalifikacji w 1987 roku oznaczała koronację jego kolegi z Williamsa – Nelsona Piqueta.

Embed from Getty Images

Deszczowy, rozgrywany na raty wyścig z 1994 roku stanowił najwspanialszy popis w karierze Damona Hilla. Zgodnie z ówczesnymi przepisami o ogólnym wyniku decydowała suma czasów z poszczególnych części wyścigu. To oznaczało, że mający przewagę sprzed przerwy Schumacher nie musiał wyprzedzać Hilla na torze. Damon przekroczył metę tonącego w deszczu toru na pierwszej pozycji, ale musiał poczekać aż metę przetnie jego rywal. Okazało się, że Anglik zwyciężył z przewagą trzech sekund.

Embed from Getty Images

W 1996 roku Damon Hill skompletował w Japonii ósmy triumf w sezonie, zapewniając sobie tytuł mistrza świata.

Embed from Getty Images

Dwukrotnie fatalna pogoda krzyżowała szyki organizatorom rundy na Suzuce. W 2004 roku za przeniesienie czasówki na niedzielne przedpołudnie opowiadał tajfun Ma-on, który uderzył w Japonię. Sześć lat później pogoda znowu nie dopisała i kierowcy raz jeszcze walczyli o pole position w niedzielę.


Wyścig na torze Fuji z 2007 roku stanowił arenę zapierającego dech w piersiach pojedynku Roberta Kubicy z Felipe Massą, którzy w strugach ulewnego deszczu przejechali obok siebie kilka ostatnich zakrętów, wykorzystując tor i pobocza. Koniec końców szóste miejsce wywalczył Brazylijczyk, który sprint do mety rozpoczął na asfaltowym poboczu.

Embed from Getty Images

Trzy lata później Kubica zaliczył na Suzuce jedna z najlepszych sesji kwalifikacyjnych w swojej karierze. Być może na pierwszy rzut oka czwarty czas nie rzuca na kolana, ale przed nim znaleźli się jedynie kierowcy bezkonkurencyjnego Red Bulla i Lewis Hamilton w McLarenie. W pobitym polu znaleźli się m.in. Fernando Alonso i Jenson Button. Co więcej, po atomowym starcie Kubica awansował na drugą pozycję. Polscy kibice nie zdążyli się jednak zbyt długo nacieszyć świetnym początkiem, gdy Robert pożegnał się z wyścigiem. Gorycz porażki była tym większa, że Polak stracił prawe tylne koło w trakcie neutralizacji! Jak się okazało, pomiędzy piastę a koło dostało się obce ciało, z powodu którego nie zaskoczyły zabezpieczenia nakrętki.

Embed from Getty Images

Po raz ostatni losy mistrzostwa świata w klasyfikacji kierowców rozstrzygnęły się na Suzuce przed sześcioma laty. Trzecia pozycja wystarczyła wtedy Sebastianowi Vettelowi do wywalczenia swojego drugiego tytułu.

Embed from Getty Images

W poprzednim sezonie królem Suzuki okazał się Nico Rosberg. Niemiec wygrał czasówkę, którą następnie zmienił w swoje ostatnie, ale jakże istotne zwycięstwo w F1. W połączeniu z trzecią lokatą Lewisa Hamiltona ekipa Mercedesa mogła świętować swoje trzecie mistrzostwo świata konstruktorów.

Embed from Getty Images

Japońscy kierowcy próbowali swych sił w Formule 1, aczkolwiek na ogół bez większego powodzenia. Dość powiedzieć, że tylko trzem z nich udało się stanąć na podium. Pierwszym był Aguri Suzuki, trzeci na Suzuce w 1990 roku. 14 lat później na torze w Indianapolis Takuma Sato wywalczył najniższy stopień podium (na zdjęciu), natomiast przed pięcioma laty trzecie miejsce na własnym podwórku zdobył Kamui Kobayashi.

Embed from Getty Images

Zdaję sobie sprawę, że oglądając obecne występy McLarena Hondy trudno w to uwierzyć, ale w latach 80. i 90. japońskie silniki stanowiły gwarancję seryjnych sukcesów (zarówno w okresie turbo, jak i jednostek atmosferycznych). Najpierw korzystał z nich zespół Williamsa, mogący pochwalić się dwoma tytułami w klasyfikacji konstruktorów (1986-1987) oraz mistrzostwem świata Nelsona Piqueta (1987). Następnie Honda rozpoczęła współpracę z McLarenem, która zaowocowała ośmioma koronami – czterema w klasyfikacji zespołowej (1988-1991) oraz trzema Ayrtona Senny (1988, 1990, 1991) i jedną Alaina Prosta (1989). Jednostki napędowe Hondy odpowiadają za 72 zwycięstwa, 77 pierwszych pozycji startowych, 59 najszybszych okrążeń i w sumie 174 podia.

Embed from Getty Images

Trzy zwycięstwa zostały odniesione przez fabryczną ekipę Hondy. Autorem pierwszego z nich był Richie Ginther (na zdjęciu), który w 1965 roku wygrał wyścig w Meksyku. Drugie zostało odniesione dwa sezony później na Monzy przez Johna Surteesa. Trzecie jest dziełem Jensona Buttona, najlepszego na Hungaroringu w 2006 roku.

Embed from Getty Images

W okresie 2002-2009 startowała fabryczna ekipa Toyoty. Ambicje japońskiej firmy były olbrzymie, podobnie jak budżet, okazało się jednak, że to zbyt mało, aby podbić F1. Dwukrotnie czwarta pozycja w klasyfikacji konstruktorów, trzy pierwsze pozycje startowe, sześć drugich i jedenaście trzecich lokat w ciągu ośmiu sezonów najlepiej obrazuje skalę osiągnięć Toyoty. Centrala liczyła na zdecydowanie więcej, zwłaszcza, jeśli weźmiemy pod uwagę kosmiczne nakłady, według szacunków sięgające w niektórych sezonach nawet pół miliarda dolarów rocznie.

Embed from Getty Images

Przez dwa sezony z lekką górką (2006-2008) w F1 ścigała się ekipa Super Aguri, po stronie sukcesów której można zapisać cztery oczka Takumy Sato wywalczone w 2007 roku. W ramach ciekawostki warto wspomnieć, że trzy punkty z Kanady zostały zdobyte po wyprzedzeniu Ralfa Schumachera i Fernando Alonso.

Embed from Getty Images

W F1 pojawiły się także dwa wyjątkowo egzotyczne japońskie projekty. Pierwszym z nich był założony przez Kenjiego Mimurę zespół Maki (na zdjęciu), który w okresie 1974-1976 ośmiokrotnie pojawiał się na rundach mistrzostw świata, ale nie zaliczył ani jednego startu. Lepiej radziły sobie samochody importera bananów Matsuhisiego Kojimy, które wzięły udział w Grand Prix Japonii na torze Fuji w 1976 i 1977 roku. Za pierwszym razem jedenastą pozycję wywalczył Masahiro Hasemi, a w kolejnym sezonie jego wyczyn powtórzył Kazuyoshi Hoshino, reprezentujący Heros Racing Corporation.

3 KOMENTARZE

  1. Fajny artykuł przeczytałem dzieli Robert.

    Ale jeszcze piękniej ogląda się i słucha relacji od praktyki po kwalifikacje i wyścig z Sokołem. Miodzio dla uszu.

  2. Miodzio dla uszu na Eleven i miodzio dla zmysłów i wyobraźni jak się czyta bloga SokolimOkiem. Brawo Robert & Mikołaj! Forza SokolimOkiem! 😉

  3. Panie Mikołaju posiada Pan może jakieś video z tego najlepszego kółka Roberta w Q3, po którym podobno musiał dochodzić do siebie, bo aż zbladł? Nigdzie tego nie można znaleźć.

Comments are closed.