Suzuka to ulubiony tor wielu kierowców, ale tegoroczna wizyta w Japonii podszyta jest smutkiem i tragicznymi wspomnieniami sprzed niespełna roku. Kilka dni temu jeden z najbardziej sympatycznych i doświadczonych francuskich dziennikarzy powiedział mi: – Kocham Suzukę, kocham Japończyków, ale już nigdy nie polecę na ten wyścig. Rozmawiałem z Jules’em dwie godziny przed startem…

Jestem pewny, że przez ten weekend każdy z nas przynajmniej raz wspomni Jules’a Bianchiego i pechowe wydarzenia z poprzedniej edycji GP Japonii. By odpędzić czarne myśli, posmakujmy wyjątkowej atmosfery Suzuki.

Na trybunach zasiadają tu szaleni w pozytywnym tego słowa znaczeniu kibice. Przygotowują dla kierowców ręcznie wykonywane pamiątki, zakładają wymyślne stroje i czapeczki. Dzieci w szkołach rysują laurki, częstym widokiem są także maskotki w strojach zespołów. Fani zasiadają na trybunach już w środę i przyglądają się, jak członkowie ekip rozkładają swoje wyposażenie w garażach. Jeszcze więcej ludzi zostaje po wyścigu, bacznie śledząc pakowanie. Czatujący przy bramach toru kibice na widok kierowców przestają mieć cokolwiek wspólnego ze stereotypowym Japończykiem: grzecznym do przesady, uprzejmym, nie narzucającym się ze swoją obecnością. Rzucają się na swoich idoli, polując na autografy i wspólne zdjęcia z animuszem, którego nie powstydziliby się fanatyczni włoscy tifosi.

Japonia to niepowtarzalny kraj o wyjątkowym klimacie, a jeszcze bardziej specyficznym, niesamowitym przykładem jest atmosfera panująca na Suzuce. Zresztą, popatrzcie sami na przekrój kibicowskiej kreatywności z ostatnich lat. Zwróćcie przy okazji uwagę na charakterystyczną dla Japończyków trudność z odróżnieniem głosek „R” i „L” 😉