Luca Badoer ma na koncie najwięcej startów w Formule 1 bez ani jednego zdobytego punktu (mimo dwóch występów w barwach Ferrari...).

Wakacyjną przerwa w Formule 1 trwa w najlepsze, w związku z czym przygotowałem dla Was artykuł o „naj”. Tyle tylko, że tym razem na tapetę nie trafią osiągnięcia budzące największy zachwyt czy zazdrość rywali, lecz te skromniejsze rekordy, czasami wymęczone, a niekiedy wręcz i takie, które nie przynoszą chluby swoim posiadaczom.

Skromny nakład sił
Zaczynamy od dwóch czempionów F1, którzy w swoich mistrzowskich sezonach wygrali zaledwie po jednym wyścigu. Pierwszym z nich jest Mike Hawthorn. Brytyjczyk zdobył tytuł w 1958 roku, sięgając po triumf we Francji (rozegrano wtedy jedenaście wyścigów, w tym zaliczane do mistrzostw Indianapolis 500). Zresztą w sumie Brytyjczyk miał na koncie jeszcze tylko dwa zwycięstwa – wywalczone pięć i cztery lata wcześniej.

Jeszcze większą skuteczność wykazał Keke Rosberg, który wywalczył mistrzostwo świata w dziwnym i tragicznym sezonie 1982, zwyciężając w jednej z szesnastu rozegranych wtedy rund (Gran Prix Szwajcarii na francuskim torze Dijon-Prenois). W kolejnych sezonach Fin dorzucił do kolekcji jeszcze tylko cztery zwycięstwa, więc mniej triumfów od niego (po trzy) widnieją jedynie w dorobku dwóch czempionów: wspomnianego wyżej Hawthorna oraz Phila Hilla. Amerykanin wywalczył tytuł w 1961 roku po tragicznej śmierci swojego kolegi z ekipy Ferrari, Wolfganga von Tripsa.

I pomyśleć, że takiemu Stirlingowi Mossowi nigdy nie udało sięgnąć po koronę mistrza świata. Pomimo szesnastu zwycięstw w F1, 87-letni obecnie Brytyjczyk może się pochwalić jedynie czterema drugimi lokatami. Trzykrotnie Moss musiał uznać wyższość Juana Manuela Fangio, a raz Hawthorna. Los nie był dla Mossa zbyt łaskawy…

Cierpliwość to cnota
O Keke już było, teraz pora na jego syna. Nico Rosberg może uchodzić za jedynego w swoim rodzaju mistrza cierpliwości. Niemiec zdobył bowiem tytuł w swoim 206 (i jak się okazało ostatnim) wyścigu w F1. Wielu z jego poprzedników nie myślało nawet o tym, żeby dobić to takiej liczby. W przeliczeniu na sezony daje nam to liczbę 11. Większą cierpliwością musiał wykazać się jedynie pewien angielski dżentelmen, słynący z wąsów – chodzi o Nigela Mansella, który swój wymarzony tytuł wywalczył dopiero w 1992 roku, czyli w trzynastym sezonie startów. W tym wypadku – jak widać – trzynastka okazała się szczęśliwa. Może dlatego, że „Nige” dosiadał wyposażonego we wszystkie możliwe bajery Williamsa FW14B Renault.

Na liście mistrzów świata Formuły 1 nie ma co prawda takiego, któremu nigdy nie udało się sięgnąć po pole position, ale z jednym już takiego znajdziemy. Był nim Denny Hulme, zdobywca tytułu z 1967 roku. Co ciekawe, na swoje jedyne pole position Nowozelandczyk czekał znacznie dłużej. Swego dopiął bowiem dopiero w 1973 roku na torze Kyalami, reprezentując ekipę McLarena. Drugim najrzadziej oglądanym na pierwszym polu startowym mistrzem świata F1 był Jody Scheckter. Mistrz świata z 1979 roku wygrał czasówkę w F1 tylko trzy razy (i to w barwach trzech różnych ekip: Tyrrella, Wolfa – na zdjęciu poniżej – i Ferrari). No cóż, nie każdy musi być piekielnie szybki na pojedynczym kółku.

Pościgi
John Watson dokonał w 1983 roku czegoś, co dzisiaj jest niewykonalne nawet dla takich tuzów jak Lewis Hamilton czy Sebastian Vettel. Cóż to takiego? Otóż Irlandczyk wygrał wyścig startując z 22. pozycji. Z przyczyn obiektywnym aktualnie jest to niemożliwe. Zdarzenie miało miejsce na ulicznym torze Long Beach, a Watson prowadził obutego w opony Michelin McLarena MP4/1C. Dawne dzieje…

W nieco nowszych warto wspomnieć o wyczynie Rubensa Barrichello, który po swój pierwszy triumf sięgnął w 2000 roku na torze Hockenheim. Jak to się stało, że po starcie z osiemnastej pozycji Brazylijczyk pierwszy wpadł na metę? Zapewniam, że nie było w tym żadnej magii, może odrobina – funkcję czarodzieja pełnił Ross Brawn, który wymyślił, żeby pomimo drobnego deszczyku Barrichello pozostał na slickach. Plan okazał się strzałem w dziesiątkę, o czym najlepiej świadczyły miny „wyślizganych” przez Rubensa kierowców McLarena – Miki Häkkinena i Davida Coultharda. Drobną rolę odegrał też sfrustrowany były pracownik Mercedesa (tak się składa, że z silnikami tej firmy jeździł wówczas McLaren…), który przeciwko zwolnieniu postanowił zaprotestować… wbiegając na tor w trakcie wyścigu. Neutralizacja też pomogła Rubensowi.

Jakie zwycięstwo?
Nie mogło w tym artykule zabraknąć Nicka Heidfelda. Niemiec przewodzi w klasyfikacji kierowców z największą liczbą podiów (13), ale bez wizyty na jego najwyższym stopniu. Jak się ostatnio dowiedzieliśmy, stało się tak jedynie dlatego, że podczas wyścigu w Kanadzie w 2008 roku Nick dał łaskawie wygrać Robertowi Kubicy. Należy w tym miejscu, absolutnie bez jakiejkolwiek złośliwości, podkreślić, że Heidfeld figuruje na drugiej pozycji wśród asów legitymujących się największą liczbą startów bez zwycięstwa (183). Zaszczytne pierwsze miejsce (208) okupuje nieżyjący od prawie trzech lat Andrea de Cesaris, niegdyś nazywany „de Crasherisem”.

Wysoko w tym zestawieniu jest również Nico Hülkenberg, który pomimo 126 startów nigdy nie stał nawet na niższych stopniach podium. Jego najlepszym osiągnięciem ciągle pozostają trzy czwarte lokaty, no i sensacyjne pole position z Brazylii z 2010 roku (zdjęcie poniżej). Dla porównania Sergio Pérez w czasach ich wspólnych startów w Force India czterokrotnie sięgał po trzecią lokatę. Ciekawe, nieprawdaż? Gorszy od Hülkenberga pod względem liczby startów bez wizyty na podium jest tylko Adrian Sutil (128), oglądany ostatnio w F1 w 2014 roku, gotów jednak jestem postawić sporą sumkę, że „Hulk” wkrótce go przebije. Jeszcze Belgia, Włochy – i od GP Singapuru Nico może zostać nowym rekordzistą.

Promyk nadziei
Valtteri Bottas przoduje w obecnej stawce jeśli idzie o wyścigi przejechane przed odniesieniem pierwszego zwycięstwa. Fin wskoczył bowiem na najwyższy stopień podium dopiero w osiemdziesiątym pierwszym podejściu. Na pocieszenie zaznaczę jednak, że gorzej pod tym względem wypadali m.in. Mika Häkkinen (96), Nico Rosberg (111) czy Jenson Button (113), a wszyscy zostawali później mistrzami świata. Liderem tego zestawienia jest Mark Webber, który po swój pierwszy triumf sięgnął w 130 starcie w F1.

Zero kółek na prowadzeniu
Słynny brytyjski komentator, a w przeszłości kierowca m.in. Tyrrella, Brabhama, McLarena i Benettona, czyli Martin Brundle, jest liderem pod względem zaliczonych weekendów Grand Prix (165 – identyczny dorobek posiada Johnny Herbert) bez zdobycia pole position, jak również bez ani jednego okrążenia na czele wyścigu (w tym wypadku chodzi o liczbę 158, ponieważ kilka razy Brundle nie zakwalifikował się do wyścigu). W obecnej stawce na pierwsze pole position czekają m.in.: Sergio Perez (128), Romain Grosjean (115), Daniił Kwiat (70), Marcus Ericsson (67), Carlos Sainz (51) i Kevin „mistrz ciętej riposty” Magnussen (52). Perez, Grosjean, Kwiat i Magnussen wiedzą jednak przynajmniej, jak świat wygląda z podium.

Wśród tych, którzy ostatecznie doczekali się startu z pierwszej pozycji, stawkę otwiera Mark Webber, który dopiął swego dopiero w trakcie swojego 130 weekendu Grand Prix. Jeśli chodzi o najbardziej cierpliwego mistrza świata to jest nim Nico Rosberg (111 podejście), natomiast w obecnym gronie palmę pierwszeństwa dzierży Daniel Ricciardo (94 czasówka w karierze).

Biedny Luca
Przechodząc do punktów, trzeba pamiętać o tym, że system premiowy w Formule 1 mocno przez lata ewoluował. Dzisiaj punktowanych jest aż dziesięć pozycji, podczas gdy dawnej było to osiem, sześć, czy zaledwie pięć czołowych lokat (punkty otrzymywał za to także autor najszybszego okrążenia).

No dobrze, to który z kierowców nie zdobył ani jednego punktu, a zaliczył najwięcej startów (konkretnie 51) w Formule 1? Panie i panowie – Luca Badoer. Na usprawiedliwienie Włocha trzeba zaznaczyć, iż w trakcie niemal całej jego kariery punktowała jedynie najlepsza szóstka. Badoer wystartował jeszcze w dwóch wyścigach w 2009 roku (wtedy punktowała ósemka), zastępując w ekipie Ferrari poszkodowanego po kraksie na Hungaroringu Felipe Massę, ale dla Włocha lepiej by było, żebyśmy nie wracali do tego epizodu. Przy aktualnym systemie, Luca uzbierałby 26 punktów – najwięcej za siódmą lokatę na Imoli w 1993 roku, w swoim trzecim wyścigu. Fani Włocha na pewno pamiętają też GP Europy 1999 na Nürburgringu: w wygranym przez Herberta wyścigu (jedyny triumf ekipy Stewart) Badoer jechał na czwartej pozycji, ale trzynaście okrążeń przed metą w jego Minardi popsuła się skrzynia biegów.

Byłoby szkoda
Chris Amon otwiera z kolei listę kierowców z największą liczbą okrążeń na prowadzeniu (183), ale bez zwycięstwa. Żartobliwie rzecz ujmując można powiedzieć, że Nowozelandczyk nie potrafił doprowadzać spraw do końca. Bywa i tak. Coś na ten temat mogą powiedzieć Hülkenberg (43), Romain Grosjean (40) czy Pérez (23). Nico najwięcej kółek na prowadzeniu (30) spędził w trakcie GP Brazylii w 2012 roku. Myślę, że był to jego najlepszy występ w F1. W jego trakcie „Hulk” walczył jak równy z równym z Lewisem Hamiltonem, Fernando Alonso i Jensonem Buttonem. Szkoda tej straconej szansy, chociaż z drugiej strony stracilibyśmy jednego z głównych bohaterów tej opowieści.

Rzutem na taśmę
Niewątpliwy rarytas stanowią triumfy, po które kierowcy sięgali na ostatnim okrążeniu – i to z zastrzeżeniem, że były to ich jedyne kilometry na czele rzeczonego wyścigu. Wbrew pozorom takich przypadków troszeczkę się uzbierało. Za ostatni z nich opowiada Button, który wygrał szalony (zresztą najdłuższy w dziejach F1) wyścig na torze Montrealu w 2011 roku.

Osiem lat wcześniej podobny wyczyn stał się udziałem Giancarlo Fisichelli, który zwyciężył w przerwanej po kraksach Marka Webbera i Fernando Alonso rundzie na Interlagos. Początkowo triumfatorem ogłoszono Kimiego Räikkönena, ponieważ pomyłkowo zaliczono wyniki po po 53 kółkach. Ostatecznie sprawę wyprostowano i uznano kolejność po 54 okrążeniach, kiedy liderem był już Fisichella. Panowie zamienili się trofeami dopiero podczas następnego wyścigowego weekendu, na Imoli (fotopamiątka poniżej).

Poza Buttonem i Fisichellą podobnej sztuki dokonali jeszcze Mika Häkkinen (Europa 1997), Jacques Villeneuve (Węgry 1997), Nelson Piquet (Kanada 1991), Ronnie Peterson (RPA 1978), Mario Andretti (Francja 1977), Jochen Rindt (Monako 1970), John Surtees (Włochy 1967) i Jim Clark (Belgia 1964). Bruce McLaren aż dwukrotnie wpisywał się na tę listę – po raz pierwszy w 1959 roku na torze Sebring, drugi w 1968 na starej pętli Spa-Francorchamps.

Deska i inne powody
To jeszcze i tak nic. Czy można wygrać wyścig F1 nie będąc na prowadzeniu ani przez chwilę? Jasne, wystarczy, że jadący przed tobą facet (albo nawet dwaj) zostaną przykładowo zdyskwalifikowani. Taka sytuacja miała miejsce m.in. w Brazylii w 1982 roku, kiedy Nelson Piquet i Keke Rosberg zostali wykluczeni za zbyt lekkie samochody, a wygrana powędrowała w ręce Alaina Prosta. Podobnie było 12 lat później w Belgii, gdzie Michael Schumacher stracił zwycięstwo na rzecz Damona Hilla, ponieważ znajdująca się pod podłogą deska (mająca zapobiegać zmniejszaniu prześwitu w celu zyskania siły docisku) okazała się zbyt mocno zużyta. Nie pomogły tłumaczenia ekipy Benettona, że przyczyną takiego stanu rzeczy był piruet „Schumiego” zakończony heblowaniem deski na krawężniku Les Fagnes.

Za takie zaskakujące statystyki odpowiada także zbyt wczesne wciśnięcie gazu na starcie. Niki Lauda został triumfatorem tragicznego wyścigu na Monzy w 1978 roku (w wyniku obrażeń odniesionych na torze dzień później zmarł Ronnie Peterson), gdyż do wyników Mario Andrettiego i Gilles’a Villeneuve’a doliczono po minucie kary za falstart.

W początkach F1 zdarzało się również i tak, że zwycięstwa były przypisywane nie tylko faktycznym triumfatorom, ale i kierowcom, którzy w trakcie wyścigu przekazali im swoje samochody. W ten sposób na liście zwycięzców bez ani jednego kilometra na czele znaleźli się Luigi Fagioli (Francja 1951), Luigi Musso (Argentyna 1956) i Tony Brooks (Wielka Brytania 1957). W dwóch pierwszych przypadkach z uprzejmości kolegów skorzystał Juan Manuel Fangio, w trzecim Stirling Moss.

Długodystansowcy
Na deser jeszcze zawodnicy, którzy najpóźniej popisali się najszybszym okrążeniem wyścigu. W tej kategorii poza wszelką konkurencją pozostaje Jarno Trulli. Włoch wykręcił swoją pierwszą, a zarazem ostatnią najszybszą rundę dopiero w 203 starcie w F1 (GP Bahrajnu 2009). Jenson Button potrzebował na to 155 weekendów, natomiast Nick Heidfeld 134.

4 KOMENTARZE

  1. Perez chyba idzie po rekord najdłuższego oczekiwania na start z PP (na ten moment 128 weekendów i 127 czasówek – nie jechał w Kanadzie w 2011).
    Poszedłem o krok dalej i sprawdziłem to samo dla startu z pierwszego rzędu: Boutsen (114), Heidfeld (90), Irvine (80), Alesi (74), Nico Rosberg (72).
    Największa liczba startów bez startu z pierwszego rzędu: Herbert (162), Brundle (158), Panis (158), Warwick (146).
    Rozszerzając do startu z czołowej trójki to z powyższej czwórki tylko Herbert takowego nie miał, więc prawdopodobnie Perez dalej idzie na rekord. Dalej nie chce mi się sprawdzać 🙂

  2. Co do pecha Mossa, to (jak kiedyś opowiadał w TV) była to jego własna zasługa. Chciał oszczędzać silnik, więc starał się zmieniać biegi przy stosunkowo niskich obrotach. No i silniki, owszem, oszczędzał, ale rozwalał skrzynie biegów. Widać za mało rozmawiał z mechanikami. Nb. ten sam efekt mogą odczuć rowerzyści, którzy lubią wolniejsze (ale mocniejsze) kręcenie pedałami, przez co szybciej niszczą łańcuch i zębatki.

Comments are closed.