Robert Kubica rzeczy niemożliwe załatwia od razu, na cuda trzeba trochę poczekać.

Nikt z nas nie jest w stanie nawet wyobrazić sobie, jaką drogę przez te sześć i pół roku przeszedł Robert Kubica.

Sześć i pół roku to ładny kawałek czasu. Można w tym czasie rozpocząć i skończyć studia, powtarzając po drodze któryś rok. Można urodzić dziecko i właśnie wysyłać je do szkoły. Jeśli jest się światłem, można dolecieć do Gwiazdy Barnarda – czwartej najbliższej Ziemi gwiazdy spoza Układu Słonecznego. Zwykła sonda kosmiczna może w tym czasie dotrzeć z naszej planety za orbitę Urana. Można też spędzić ten czas na morderczej walce o odzyskanie marzeń.

Nikt z nas nie jest w stanie nawet wyobrazić sobie, jaką drogę przez te sześć i pół roku przeszedł Robert Kubica. Co tam Uran, co tam Gwiazda Bernarda: od roztrzaskanego wraku Skody Fabii S2000 na trasie Ronde di Andora dotarł do kokpitu Renault R.S.17 podczas oficjalnych testów z udziałem wszystkich zespołów Formuły 1.

Przez cały ten czas z zacięciem, uporem i motywacją pracował nad powrotem do tego, co stracił w ułamku sekundy na pierwszym przejeździe feralnego 13-kilometrowego odcinka Val Merula. Kto wie, czy nie była to droga trudniejsza niż przetarcie szlaku do Formuły 1 z prowincjonalnej w skali światowego motorsportu Polski.

Wyzwań fizycznych, ale i psychicznych, wielu słabszych ludzi po prostu by nie wytrzymało. Sześć i pół roku temu był już jedną nogą po drugiej stronie: wykrwawiał się w dymiącej stercie złomu nabitej na przydrożną barierę, a ratownicy i lekarze w pierwszej kolejności walczyli o jego życie, dopiero później o uratowanie ręki. Pokiereszowana prawa strona ciała przez długi czas uniemożliwiała wykonywanie podstawowych czynności. Gdy w świadomości osób z zewnątrz pozostawał właściwie tylko temat kontuzjowanej ręki, stan innych części ciała wciąż uniemożliwiał treningi w rodzaju jazdy na rowerze – aktualnie drugiej sportowej miłości kierowcy, zaraz po czterech kółkach, silniku i kierownicy.

Robert podczas tego testu nie był nawet debiutantem – był kimś, po kim śmiało można było oczekiwać znacznie mniej niż po debiutancie.

Przez sześć i pół roku fani Kubicy nie tracili nadziei. Ba, niektórym jego charyzma i wola walki zaimponowały dopiero po wypadku, kiedy przyszło mu mierzyć się z ograniczeniami własnego organizmu. Gorliwie tropili wszelkie poczynania swojego nowego idola, cały czas wierząc w powodzenie jego działań. Ścieżki były kręte, zdarzały się ślepe zaułki – ale chociażby po skali docierających do mnie wiadomości od kibiców wiem, jak wielu osobom imponowały starania głównego i jedynego bohatera tej walki. Jak wielu kibiców trzymało kciuki nawet nie za ten wymarzony powrót na szczyt motorsportu, ale po prostu za to, by Robert mógł robić to, z czego byłby zadowolony, co przynosiłoby mu satysfakcję, co chociażby w jakimś stopniu premiowałoby jego nieprzeciętny talent. Dobra, byli też tacy, którzy pisali z pretensjami: „Sokół, ty ***** [tutaj epitet natury ogólnej, albo nawiązujący do oszczędnego gospodarowania prawdą], dlaczego kłamiesz, mydlisz oczy, bronisz swoich interesów (sic!) i nie przyznasz tego, o czym wszyscy przecież dobrze wiedzą – że Kubica nigdy nie wróci?” O, serio?

Ten się śmieje, kto się śmieje ostatni – miło sobie teraz popatrzeć na pełne serdeczności i kultury wiadomości. Jak wspominałem nieraz tym, którzy potrafili dochować pewnych standardów przy wyrażaniu swoich wątpliwości – Robert nigdy jednoznacznie ani nie wykluczył, ani nie potwierdził ewentualnego powrotu. Znając go od sportowej strony przez dobre już kilkanaście lat naprawdę nie warto eliminować żadnego scenariusza w jego wykonaniu.

To, czego teraz jesteśmy świadkami, tylko to potwierdza. Oczywiście, na razie ma za sobą „tylko” test w tegorocznym samochodzie. Tyle, że trzy miesiące temu każdy wziąłby taki scenariusz w ciemno, jeszcze przy okazji pukając się znacząco w głowę. Sam Robert stwierdził po jazdach na Hungaroringu, że gdyby wiedział, iż ten dzień tak przebiegnie, to brałby to z zamkniętymi oczami, bez żadnych wątpliwości.

Zwróćcie uwagę na jedną rzecz: Robert tego dnia na Hungaroringu pojechał jak normalny kierowca Formuły 1. I właśnie to jest w tym najmniej normalne, najbardziej wyjątkowe. Teoretycznie nie miał prawa tak się spisać. Sześć i pół roku poza kokpitem to nie wszystko, pamiętajcie cały czas o jego stanie i o tym, przez co musiał przejść. Prawa ręka nigdy już nie będzie tak samo sprawna jak przed wypadkiem. Nauczył się obchodzić własne ograniczenia, które przeszkadzają mu bardziej w życiu codziennym niż w kokpicie samochodu Formuły 1 – to chyba wiele mówi o sile i determinacji tego człowieka. Wiele ograniczeń tkwi w głowie, a prawdziwe limity znajdują się znacznie dalej niż można przypuszczać.

Robert nigdy nie potrafi niczego zrobić normalnie, zawsze musi odpalić coś ekstra.

Liczba okrążeń, czasy, regularność, moje obserwacje zza bariery Hungaroringu, reakcje członków zespołu – to wszystko stało w sprzeczności z pewnym faktem, przeoczonym chyba przez wielu obserwatorów. Robert podczas tego testu nie był nawet debiutantem – był kimś, po kim śmiało można było oczekiwać znacznie mniej niż po debiutancie. Pierwszy raz w hybrydowym samochodzie, od razu tegorocznej generacji. Szybszym o te głośne kilka sekund na okrążeniu od poprzednich modeli, generującym znacznie większe przeciążenia. A jak wyglądało jego wyścigowe doświadczenie z ostatnich lat? Z tych sześciu i pół roku jest praktycznie zerowe. Lando Norris, Luca Ghiotto, Lucas Auer, Nobuharu Matsushita – pomijając kaliber zawodników, są „rozjeżdżeni”, walczą na torach, nabijają kilometry różnymi wyścigowymi maszynami, niektórzy z nich całkiem mocnymi. Na ich tle – wybacz Robert, jesteś facetem z ulicy (ewentualnie z rajdowego oesu, chociaż i to doświadczenie ostatnio pokryło się delikatnym nalotem rdzy).

Nie szkodzi. Sześć i pół roku, ból fizyczny i psychiczny, obrażenia na zawsze zmieniające życie człowieka, rozbrat z wielką miłością, wreszcie kolejne szczeble walki – i na każdym z nich zaskoczenie, że jest lepiej niż się wydawało. Robert nigdy nie potrafi niczego zrobić normalnie, zawsze musi odpalić coś ekstra.

Sześć i pół roku temu Sebastian Vettel miał na koncie jeden mistrzowski tytuł, Fernando Alonso był wicemistrzem świata po pierwszym sezonie startów w Ferrari i liczył na to, że Scuderia da mu wymarzone trzecie mistrzostwo – którego do dziś nie zdobył. Trzynastoletni Max Verstappen zajął 14. miejsce w europejskim czempionacie juniorskiej kategorii kartingowej KF3. W tych samych zawodach startowali Esteban Ocon czy ich najmłodszy uczestnik, dwunastoletni Lance Stroll. Z ówczesnej stawki F1, liczącej 12 zespołów, czyli 24 samochody, w stawce pozostało ledwie ośmiu kierowców. Fabryczny zespół Mercedesa we współczesnym wcieleniu miał na koncie ledwie trzy podia, zresztą mieli za sobą dopiero jeden sezon. Grand Prix organizowano w Turcji, Walencji, Korei Południowej i Indiach. Po prostu przepaść.

Powrót po tak długim czasie, po takich przejściach, graniczy z cudem. Rzeczy niemożliwe Kubica załatwia od razu, na cuda trzeba trochę poczekać. Nawet jeśli do ostatecznego powrotu nie dojdzie (a warto wierzyć i warto marzyć), to i tak jego dotychczasowa droga o jakieś miliard procent przekracza oczekiwania sprzed chociażby kilku miesięcy.

40 KOMENTARZE

  1. Piękne słowa i racja, przekonałeś mnie; niesłusznie porównywałem Kubicę z debiutantami.

  2. Mi po tych testach brakło jednego pytania – Czy nadal jest związany z Renault? Czy np. gdyby okazało się że jakiś kierowca, tak jak ostatnio Massa, nagle zaniemógł to czy gdyby dostał propozycję od Williamsa czy innego zespołu to czy mógłby z niej skorzystać. Czy jednak jest jakaś umowa Kubica – Renault i Francuzi mają go na wyłączność.

    • Patrząc na ostatnią wypowiedź Abiteboula i to jak wypowiada się o lojalności Kubicy wobec Renault i vice versa to nawet gdyby nie było żadnej umowy to nie jestem pewien, że Robert wystartowałby w innym zespole. A i tak raczej taka umowa jest, bo nie po to Renault robiło 3 dni testowe z Kubicą żeby ktoś im go teraz „podkradł”.

  3. Witam Panie Mikolaju, Brawo piekny tekst i przewszystkim Brawo Robert zawsze zycilem i chcialem zeby byl sczesliwy a ze powroci do F1 niesamowite dokonanie jest nie wiele osob na swiecie ktorego mogl tego dokonac tyle sily i wiary Brawo Robert.

  4. Pan Mikołaj ewidentnie uczy się od Roberta. Rzadko wstawia nowe artykuły ale jak już to zrobi to w najleprzym dziennikarskim stylu. Warto wchodzić dwa razy dziennie na sokolimokiem.com żeby raz na tydzięń przeczytać taki artykuł.

  5. Podsumowując: „Rzeczy niemożliwe Kubica załatwia od razu, na cuda trzeba trochę poczekać…”
    🙂

  6. oooo… widzę, że wena Pana niosła na skrzydłach… nie napisał Pan jednak o jednym… o ludziach, którzy obserwując Roberta Kubicę, sami nabierają sił w walce z przeciwnościami.

  7. Drobna, aczkolwiek jak sądzę ważna uwaga – gwiazda Barnarda nie leży w układzie słonecznym, raczej w naszej galaktyce – Drodze Mlecznej 🙂

  8. Czy to prawda, że Robert Kubica korzystał w tym roku z usług niejakiego Piotra Blandforda 🙂 ?

  9. Świetny artykuł, łapie za serca i daję jeszcze większą „realną” nadzieje że Robert wróci jako etatowy kierowca F1.
    PS obiecuje że następnym razem nie wymięknę i odbiorę Cie osobiście z lotniska w Budapeszcie aha no i fotę sobie z Tobą strzelę po latach z …..jak mówią inni dziennikarze „Papierzem dziennikarzy formuły 1” 😉

  10. Wydaje mi sie ze cisza ze strony Renault wiele mowi.

    Czekam na wazne wiadomosci!

    W 2006 choc nie watpilem w talent Kubicy wydawalo mi sie niemozliwym by ktos zdecydowal sie w trakcie sezonu wymienic badz co badz mistrza swiata na mlokosa bez doswiadczenia i sponsora. Teraz najbardziej niewiarygodny scenariusz mnie nie zdziwi.

    • Cisza? Przecież Abiteboul wypowiedział się po testach Kubicy w rozmowie z Autosportem. Całą rozmowę po polsku wrzucił Cezary Gutowski na swoim fb. Pinokio mówił tam o tym, że Kubica jest średnio lub długoterminową opcją dla Renault, czyli chodzi pewnie o kolejny sezon. A w tym sezonie bardzo dużo zależy od Palmera, bo są coraz większe naciski z „góry” i jeśli dalej on będzie tak „świetnie” jeździł to go mogą wymienić do końca sezonu, bo oprócz niego stanowisko może stracić Abiteboul. Dlatego też jedynie są zapewnienia, że Palmer pojedzie w Spa, a co do reszty sezonu to nie jest to potwierdzone kto będzie jeździł. Bo raczej nie będą trzymać Jolyona jeśli w Belgii i we Włoszech nie przywiezie punktów. Renault jest ósme w klasyfikacji z szansami nawet na piąte miejsce, ale równie dobrze mogą zakończyć sezon na 9 miejscu, bo McLaren ostatnio jest coraz szybszy i mniej awaryjny. Także z tych wypowiedzi można wywnioskować, że powrót Roberta w następnym sezonie jest dość prawdopodobny, a może i w tym roku go zobaczymy w jakimś treningu jak Palmer dalej będzie w takiej formie.

  11. Super artykuł, mam nadzieję że Rober go przeczyta…Warto było czekac te ponad 6 lat,bo szczęście jest coraz blizej?

  12. Mikołaj. Dzięki za wieści od Roberta. Widziałem jego zmagania na torze na Węgrzech. Byliśmy całą rodziną.

    Przekaż, że wiele osób trzyma za niego kciuki i cieszy się, że nasz Robert nie odpuszcza 🙂

  13. Panie Mikołaju w 2009 roku był KERS więc te samochody tez były już hybrydami, z tego co mi wiadomo sportowo się nic nie zmieniło samochody używają dodatkowej mocy tylko gdy zawodnik wciśnie guzik, technicznie doszedł odzysk ze spalin. W WEC samochód podczas przyspieszania automatycznie wykorzystuje energię lub w PL używa tylko elektrycznego silnika albo nawet potrafi tylko na niej jechać w sytuacji awaryjnej jest bliższy hybrydom drogowym jakie znamy. Zespoły teraz zaczęły nazywać auta hybrydami ze względu na marketing. Według mojego skromnego zdania RK jeździł hybrydą. Pozdrawiam

    • Ja mam wrażenie, że nieraz już chłopaki z F1 wracały na tor po spinie albo żwirowaniu „na bateryjkach”. Głupio byłoby mieć tyle mocy do dyspozycji i nie móc jej używać w sytuacjach awaryjnych zamiast nieobecnego rozrusznika.

    • Kubica w 2009 zwykle nie miał KERS w samochodzie w uwagi na jego wagę, to po pierwsze.
      Po drugie, ówczesny KERS miał zupełnie inne parametry, inaczej (w sensie czasu i miejsca) oddawał moc, i nie był związany z systemem brake-by-wire.

  14. Super tekst. To rzeczywiście CUD dziejący się właśnie na naszych oczach, że nagle Robert wraca do F1 w najlepszym możliwym stylu. Nadal mam w głowie „Merci Renault” wyśpiewane setkami a może tysiącami gardeł polskich fanów w podziękowaniu za wspaniały gest Renault wobec Roberta. Ale jeśli powiedziało się „A” trzeba powiedzieć też „B” i dalsze litery naszego alfabetu. Daleka droga do „M” ale wierzę, że Mistrz też będzie naszą radością. Czekamy na „prawdziwy” weekend F1 z Robertem w roli głównej 🙂

  15. A ja od 2010 roku mam na aucie naklejkę „F1 Kubica Fan” i nigdy, nawet przez moment nie pomyślałem, żeby ją zdjąć. Widziałem wielokrotnie we wstecznym lusterku jak ludzie się śmiali pod nosem… Taaa Kubica i F1…
    No to teraz ja się pośmieję 🙂
    Dzięki Mikołaj za Twoje arty. Forza Robert!

  16. Tak, powrót Roberta do najwyższej z kategorii wyścigowych to budzi szacunek, aplauz i uznanie na całym świecie. Facet jest niesamowicie ambitny i zaciekle dąży do celu. Chciałbym móc mieć chociaż 10 % z charakteru Roberta! Nadczłowiek!!! Czekamy Mistrzu na twoje pierwsze GP!!!
    Brawo Panie Mikołaju. Świetny teksy popełniony! Gratuluję

  17. Pewnie przez pewien czas, gdy zrobi drobny błąd na torze, będzie syndrom Massy. Że to już inwalida i te sprawy jak było z Massą. Teraz już nikt nie pamięta o wypadku. Ale cóż przejdziemy i to :).

  18. Moja Mama mniej więcej tyle lat chorowała i
    niedawno umarła.
    Więc Panu Robertowi się względnie wiodło.

  19. Najwazniejsze by wrocil I cieszyl sie tym co kocha. Reszta przyjdzie z czasem ? Zyjmy tym co sie dzieje. Pozdro Sokol za fajny artykul

  20. Mikołaj, pamiętam cięgi, które dostawałeś. Nie miałeś łatwo, chłopie:)
    Z innej strony kibicowanie to emocje. Trudno się dziwić, że zdarzały się takie postawy.
    P.S. Panie i Panowie, obecni na trybunie dziękuje za „Merci Renault”. Członkowie załogi też świetnie odnaleźli się w tych śpiewach, wychodząc do Was po chwili.

  21. Roberta śledzę od czasów WSBR, ale to mniej istotne, bo ważniejsze jest to, że się nie poddał po wypadku i był dla mnie z Hermannem Maierem (Herminatorem) inspiracją, gdy się zbierałem po swoim wypadku. Nie tak poważnym, ale dotkliwym. Nie będę się rozpisywał co się stało bo nie o mnie tu. Ważne jest to, że jego dzielna postawa dawała wzorzec do naśladowania. Można było z tego brać. Mi dała świadomość, że wszystko jest kwestią mojego wyboru. To ja wybieram czy rozczulam się nad sobą czy wstaję i walczę. Wybór był oczywisty – na Szaserów lekarz traumatolog, który był jednym z trzech, którzy mnie przyjmowali przyszedł do mnie, po operacji spytać się co u mnie słychać, choć nie byłem jego pacjentem i gratulował postawy, a pewnie nie jedno widział. Miałem potem ksywkę „kolarz”.

Comments are closed.