Dwa lata po koszmarnym wypadku na Lausitzringu Zanardi przejechał trzynaście okrążeń niemieckiego toru specjalnie przystosowanym samochodem.

Wbrew tytułowi nie zamierzam poświęcać tego wpisu propagandowemu filmowi Leni Riefenstahl, nakręconemu w 1934 roku podczas zjazdu partii hitlerowskiej w Norymberdze, lecz postaci, którą darzę ogromnym podziwem i szacunkiem. W minioną niedzielę Alex Zanardi wygrał nowojorski maraton i to świetna okazja, aby przybliżyć Wam sylwetkę tego wspaniałego sportowca, który mimo przeżytej tragedii wyróżnia się niesamowitym hartem ducha.

Jego kariera w Formule 1 była zdecydowanie uboga w sukcesy – w 41 wyścigach za kierownicą Jordana, Minardi, Lotusa i Williamsa zdobył zaledwie jeden punkt za szóstą lokatę w GP Brazylii 1993, za to dzięki startom w serii ChampCar został idolem amerykańskiej publiczności. W 1996 roku zdobył tytuł najlepszego debiutanta i był trzeci w mistrzostwach. W ostatnim wyścigu sezonu na kalifornijskim torze Laguna Seca karkołomnym i widowiskowym manewrem w schodzącym w dół zakręcie „Corkscrew” („Korkociąg”) odebrał zwycięstwo Bryanowi Hercie, po czym na mecie zaczął kręcić z radości efektowne bączki – zwyczaj ten przejęli od niego inni kierowcy rywalizujący w USA.

Przez dwa kolejne sezony Zanardi niepodzielnie rządził w stawce. Rywale oglądali głównie tył czerwonego auta zespołu Chipa Ganassiego, a sympatyczny Włoch wygrywał wyścig za wyścigiem. Zachęcony sukcesami w ChampCar Zanardi wrócił do Formuły 1, ale trzyletni kontrakt z Williamsem został rozwiązany po zaledwie roku – w sezonie 1999 Alex nie zdobył ani jednego punktu. W 2001 roku ponownie zasiadł za kierownicą wyścigówki ChampCar i na niemieckim torze Lausitzring uległ koszmarnemu wypadkowi.

Przy wyjeździe z pasa serwisowego auto Zanardiego wykonało piruet na niedogrzanych oponach i wpadło wprost pod koła pędzących rywali. Staranował je Alex Tagliani, którego samochód przy ponad 300 km/h uderzył w wyścigówkę Włocha na wysokości nóg. – Jego nogi nie zostały odcięte, zostały zdmuchnięte jak przy wybuchu miny przeciwpiechotnej – wspominał Steve Olvey, szef personelu medycznego serii ChampCar. Kapelan udzielił kierowcy ostatniego namaszczenia, ale mimo utraty niemal 75% krwi i obu nóg – jednej tuż nad kolanem, drugiej w kolanie – Zanardi przeżył.

Przeżył po to, aby wrócić do sportowej rywalizacji. Po kilku miesiącach w szpitalu i 15 operacjach oczyszczania nóg z drobinek włókna węglowego zaczął naukę chodzenia przy pomocy protez. W 2003 roku wrócił na Lausitzring i specjalnie przystosowaną wyścigówką przejechał 13 okrążeń, których w 2001 roku zabrakło mu do osiągnięcia mety. Przepustnicą i hamulcem sterował przy pomocy rąk, a tempo jazdy wystarczyłoby do zakwalifikowania się na piątym polu do wyścigu!

Na pokazowej jeździe się nie skończyło. Zanardi w specjalnie przystosowanym BMW zaczął regularne starty w WTCC, Mistrzostwach Świata Samochodów Turystycznych. To dzięki temu miałem okazję osobiście spotkać tego wyjątkowego człowieka.

Firma BMW co roku organizowała uroczyste zakończenie sezonu w sportach motorowych, z udziałem wszystkich swoich zawodników z różnych kategorii wyścigowych. Zimą 2006 roku w uroczym szwajcarskim kurorcie Flims zjawiła się śmietanka kierowców spod znaku niebiesko-białego śmigiełka. Obok Roberta Kubicy, Nicka Heidfelda i młodziutkiego Sebastiana Vettela nie zabrakło też gwiazd WTCC: Andy’ego Priaulx czy właśnie Zanardiego. Wspomagający się kulami Włoch roztaczał wokół siebie zaraźliwą aurę dobrego humoru, a gdy opowiadał o adrenalinie i emocjach towarzyszących sportowej rywalizacji za kierownicą, jego oczy błyszczały od pasji i entuzjazmu. Nie sposób było wówczas oprzeć się wrażeniu, że są na tym świecie ludzie, dla których wyścigi są niczym narkotyk.

Nawet wielka tragedia i utrata obu nóg nie oznaczała dla niego rozbratu z ukochaną dyscypliną sportu. Tryskał optymizmem, którego pozazdrościć mu może wielu kolegów z toru, którzy nawet w ułamku procenta nie przeżyli takiego dramatu jak Zanardi. Włoch z zapałem wziął udział w opartym na tradycyjnych szwajcarskich motywach konkursie pomiędzy dwiema drużynami kierowców BMW i ze zrozumiałych względów odpuścił sobie tylko slalom z taczką wokół alpejskich krów.

Dwa lata później podobna impreza odbywała się w Monachium. Zanardi występował w roli konferansjera i przeprowadził wywiad z Robertem Kubicą, którego końcówki nie sposób zapomnieć. Włoch stwierdził, że w Kubicy widzi trzy cechy typowe dla mistrzów świata: szybkość Ayrtona Senny, mądrość Alaina Prosta i zaangażowanie Michaela Schumachera. Spytał Kubicę o czwarty składnik niezbędny do odnoszenia sukcesów na torze. Polak otrzymał gromkie brawa po stwierdzeniu: – Nigdy się nie poddawać, jak Alex Zanardi!

Kilkuletnia kariera Zanardiego w wyścigach samochodów turystycznych zakończyła się w 2009 roku. Włoch miał na koncie cztery wygrane wyścigi w WTCC, a rok po uzyskaniu swojego najlepszego wyniku w klasyfikacji sezonu (10. miejsce w 2005 roku) ponownie zasiadł za kierownicą samochodu Formuły 1. Specjalnie przystosowanym BMW Sauberem jeździł po torze w Walencji i przyznał, że największym problemem było skręcanie przy użyciu tylko prawej ręki, bo lewą obsługiwał przepustnicę. – Oczywiście wiem, że nie dostanę kontraktu z zespołem Formuły 1, ale szansa ponownej przejażdżki wyścigówką Formuły 1 to niesamowita sprawa – mówił z charakterystyczną dla siebie nutką humoru.

Życie bez rywalizacji nie było dla niego atrakcyjne. Jeszcze przed zakończeniem kariery na torach wystartował w Maratonie Nowojorskim i zajął czwarte miejsce wśród osób poruszających się na wózku napędzanym ramionami (tzw. handcycle). Sukces przyszedł po zaledwie czterech tygodniach treningów, więc poprawa tego osiągnięcia była tylko kwestią czasu. Zanardi należy do grona osób, które do każdego wyzwania podchodzą ze stuprocentowym poświęceniem – tak jak Kubica, który nawet przy takich rozrywkach jak kręgle czy poker zawsze dawał z siebie maksimum i walczył o to, aby być najlepszym. W 2009 roku Alex wygrał maraton w Wenecji, a rok później był najszybszy na trasie w Rzymie. We wrześniu 2011 roku zdobył srebrny medal w mistrzostwach świata, w zawodach na dystansie 15,2 kilometra.

W ostatnią niedzielę Zanardi przejechał 42 kilometry i 192 metry po ulicach Nowego Jorku w czasie jednej godziny, 13 minut i 58 sekund. Pokonał 90 rywali, a jako drugi – z dwiema sekundami straty do zwycięzcy – linię mety minął Rafał Wilk, były żużlowiec sparaliżowany po wypadku na torze w 2006 roku, który uprawia także narciarstwo zjazdowe. Jak widać, sportowcy z benzyną we krwi nie poddają się łatwo przeciwnościom losu.

– Nie uważam braku nóg za przeszkodę nie do obejścia – mówił Zanardi kilka miesięcy po wypadku. – Bardzo pomogło mi moje podejście „nigdy nie mów nigdy”. Dzięki temu w tak krótkim czasie po wypadku jestem w stanie samodzielnie robić większość rzeczy. Dla mnie sam fakt, że przeżyłem, jest wystarczającą motywacją do poprawy jakości mojego życia. Jestem szczęśliwym facetem, nawet bez nóg.

Kolejnym celem Zanardiego jest reprezentowanie Włoch w Igrzyskach Paraolimpijskich w 2012 roku. Trzymam kciuki za jego kolejny sukces. To naprawdę wyjątkowy człowiek.