Ktoś się cieszy, ktoś przeżywa rozczarowanie. Takie jest życie i takie są wyścigi. W Azerbejdżanie niektórzy – jak Valtteri Bottas – po prostu mieli pecha, a inni sami zapracowali na swój ciężki los. Jeden kierowca ucierpiał sportowo, jeden głównie wizerunkowo, a ostatni ustrzelił dublet: sportowy i wizerunkowy.

Dwaj mają nazwiska na V, więc może zacznijmy od tego środkowego – Kevin Magnussen potwierdził narastające w środowisku przekonanie, że jest po prostu niebezpiecznym kierowcą. Jeździć niewątpliwie potrafi, szkoda tylko że bez zdrowego rozsądku czy poszanowania dla rywali. W wielu brutalnych manewrach nie ma za grosz finezji czy determinacji, którą można tłumaczyć niektóre wybryki Maksa Verstappena. Kulminacją było skandaliczne zachowanie wobec Pierre’a Gasly’ego po ostatnim restarcie w Baku. Kara 10 sekund i dwa punkty karne jest śmiesznie niska zważywszy na to, jak mogło skończyć się zawinione przez Magnussena zetknięcie kołami przy grubo ponad 300 km/h.

Jeśli tego było mało, chwilę później Kevin znów docisnął wyraźnie szybszego Gasly’ego do ściany. Jazda wężykiem na prostej to mały pikuś w porównaniu z tym, co mogło się stać przy tej prędkości i takim ustawieniu samochodów. Magnussen zwykł mawiać, że urodził się za późno i żałuje, że nie ścigał się w latach 60. i 70. Gdyby w tamtych czasach jeździł w podobnym stylu, to mówiąc brutalnie, mogłoby się to skończyć co najmniej jednym pogrzebem – a w najlepszym razie rękoczynami ze strony rywali.

Rozumiem, że współczesne samochody są bezpieczne, ale istnieje pewna granica, za którą jest już tylko chamstwo i lekkomyślność, która realnie może kosztować kogoś życie lub zdrowie – jeśli nie samych kierowców, to osoby pracujące lub oglądające wyścig na torze. Przymykanie oczu na takie wybryki – a tak możemy traktować łagodną karę – też zakrawa na kpinę.

Kosztowny błąd
Kierowcą, który od strony sportowej zapracował na rozczarowanie w Baku, jest niewątpliwie Sebastian Vettel. Azerbejdżan po raz drugi z rzędu przynosi mu dalekie od ideału rozstrzygnięcie, chociaż tym razem i tak poszło lepiej niż w zeszłym roku.

Przed restartem niedawny lider mistrzostw świata był w o tyle komfortowej sytuacji, że miał zrealizowane założenie, które powinno przyświecać mu przez cały sezon. Jego największy rywal Lewis Hamilton jechał za nim. Każdy punkt przewagi nad kierowcą Mercedesa jest na wagę złota w kontekście walki o tytuł.

To jasne, że zawodnik kalibru Vettela nie zamierza zadowalać się drugą lokatą, zwłaszcza że do kolizji między kierowcami Red Bulla miał wyścig w kieszeni. Jasne, że chciał jak najszybciej uporać się z Bottasem. Nie ma co kalkulować, że do końca jest jeszcze parę okrążeń, a jadący z przodu rywal nie słynie ze szczególnej agresji w walce na torze, że po dwóch okrążeniach dojdzie możliwość korzystania z DRS. Tyle, że błąd przy próbie ataku był bardzo kosztowny.

Podczas restartu Vettel miał wirtualnie o trzy punkty więcej od Hamiltona w tym wyścigu. Na mecie zysk z tej rundy okazał się mniejszy aż o 13 punktów – i Lewis pierwszy raz w tym sezonie objął prowadzenie w mistrzostwach, kończąc przy okazji trwającą od październikowej Grand Prix USA passę bez zwycięstwa.

Vettel zdawał się kompletnie nie przejmować straconym podium czy nawet zwycięstwem. Bijąca od niego pewność siebie zdradza, jak bardzo musi być pewny aktualnej przewagi osiągów Ferrari nad Mercedesem. Oby to go nie zgubiło. W zeszłym roku Scuderia też zaczęła mocno…

Embed from Getty Images

Na własne życzenie
Co począć z tym Verstappenem? Jasne, że po przedłużeniu kontraktu Red Bull stawia właśnie na młodszego ze swoich kierowców, ale sytuacja zaczyna przypominać groteskę z czasów Vettela i trzymania go pod parasolem ochronnym. Cokolwiek by się nie działo, pupil nigdy nie jest winny – przynajmniej publicznie.

Tak jak w przypadku większości incydentów z udziałem Hamiltona, także w przypadku Verstappena ośrodek decyzyjny w temacie unikania kolizji zawsze leży w tym drugim samochodzie. Jeśli Max trafiłby na drugiego Maksa, obaj odpadliby z wyścigu już po pierwszym restarcie. Daniel Ricciardo jest jednak przytomny i potrafi myśleć za dwóch, ale i on nie będzie się dawał rozstawiać po kątach w nieskończoność – zwłaszcza po trzech pojedynkach, z których powinien za każdym razem wyjść zwycięsko. Tyle, że dla Verstappena ważniejsze od wszystkiego było pokonanie zespołowego partnera.

Jest to podejście skandaliczne i z pozytywnym zdziwieniem przekonałem się, że nawet ci zdecydowanie bardziej stonowani w swoich ocenach koledzy z biura prasowego zaczęli po wyścigu w Baku dość ostro komentować poczynania Verstappena. Wyważone z reguły komentarze, doprawiane wzmiankami o prawdziwej ambicji i woli walki u młodego zawodnika, zastąpiły sugestie, jakoby należał mu się… odpoczynek od startu czy też kary finansowe za zniszczony sprzęt i stracone punkty.

Wpadki zdarzają się każdemu mistrzowi, a prawdziwą klasę można poznać po tym, jak kierowca radzi sobie z wybrnięciem z takich sytuacji. Max na razie w ogóle sobie nie radzi i jego passa trwa już cztery weekendy. Rozumiem, że chce udowodnić swoją wyższość, wywalczyć sobie status pierwszego kierowcy, może nawet zniechęcić Daniela do pozostania w zespole – wie, że nie ma z nim lekko i pewnie wolałby mieć w drugim samochodzie mniej wymagającego partnera. Dwa pierwsze założenia wypełnia raczej słabo, przy okazji ograbiając zespół z cennych zdobyczy, za to ostatnie idzie mu wyśmienicie.

Powraca pytanie, które zadawałem przez ostatnie sezony: jak będzie wyglądała jazda Maksa, gdy jego celem nie będzie świetny występ w pojedynczym wyścigu, tylko coś większego, coś do osiągnięcia w kontekście całych mistrzostw. Na razie nie wygląda to dobrze, chociaż oczywiście stawką wciąż nie jest mistrzowski tytuł. Realia zmieniły się jednak o tyle, że bezpośredni rywale – Hamilton czy Vettel – w ostatnich wyścigach nie musieli za wszelką cenę kalkulować i unikać ryzyka. Mogli twardo bronić swoich pozycji, a Max może już przyzwyczaił się, że wszyscy zjeżdżają mu z drogi?

Reakcja Red Bulla jest łatwa do przewidzenia: poleceń zespołowych raczej nie wprowadzą, bo co by było, gdyby musiały one zadziałać na korzyść Ricciardo, a nie Verstappena? To na Maksa trzeba chuchać i dmuchać, dbać o dobre samopoczucie jego porywczego ojca czy Helmuta Marko. Będzie po staremu i teraz wszystko w rękach Maksa. Szkoda, że taki talent marnuje się w odłamkach pogruchotanego włókna węglowego – ale wszystko na własne życzenie.

Embed from Getty Images

5 KOMENTARZE

  1. I właśnie o takich artykułach mówiłem w swoim poprzednim komentarzu (w innym artykule). Jak zwykle świetnie się czyta!

  2. O ile jeszcze niedawno myslalem ze Verstappen to dobry materiał na mistrza, to po wyscigu w Baku zwątpiłem w to znacznie. Wiem, że chłopak jest młody i ambitny. Młodość i ambicja powinny jednak iść w parze z rozumiem i rozsądkiem a według mnie ani jednego ani drugiego nie ma u Maksa ani krzty. Jest tylko agresja i egoizm na najwyższym poziomie. W taki sposób nie zbuduje się zespołu wokół siebie. Jeśli kierowca kieruje się celami swoimi (prywatnymi) majac gdzieś setki ludzi pracujących na jego sukces, to powinien ponieść surową karę.

  3. „W wielu brutalnych manewrach nie ma za grosz finezji czy determinacji, którą można tłumaczyć niektóre wybryki Maksa Verstappena.”

    VER nie można tłumaczyć w ogóle, a już tym bardziej determinacją, która jak sądze jest domeną każdego kierowcy F1. Co do finezji… ma on jej na tyle, że albo siebie eleminuje z rywalizacji, albo innych kierowców.

    To zdanie można równie dobrze umieścić w sekcji dotyczącej VER i zamienić nazwiska – w końcu w przypadku MAG nikt nie odpadł z rywalizacji:
    „W wielu brutalnych manewrach nie ma za grosz finezji czy determinacji, którą można tłumaczyć niektóre wybryki Kevina Magnussena.”

  4. Trudno jednoznacznie ocenic postawe Red Bulla co do kraksy ich kierowcow. Wina Maxa ewidentna, ale publicznie nie moga tego oglosic chocby dlatego by nie dac FIA pretekstu do nalozenia kary. Choc dla mnie zawiedli kilka okrazen wczesniej gdy Max probowal wcisnac Dana w sciane. Nie zrobili nic i dali Maxowi ‘licencje na zabijanie’.

    Ale do meritum! Brakuje najwiekszego przegranego! Romka ‘to nie moja wina’ Grosjeana! Nie dosc ze po raz kolejny zepsul robote zespolu, nie dosc ze jak zwykle probowal zwalic swoja ewidentna wine na kogos innego, to tak kompromitujacego bledu nie bylo chyba od czasu gdy jadacy za SC Petrov postanowil sprawdzic czy zalane deszczem biale linie aby na pewno sa sliskie. Petrov byl chociaz szczery.

  5. Po tej ilości błędów,które popełnił Verstappen od początku sezonu,powinni przesunąć go do Toro Rosso tak jak kiedyś Kwiata,i wtedy może przyszedł by po rozum do głowy.Ale to jest przecież oczko w głowie Helmuta Marko więc możemy tylko pomarzyć.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here