Lewis Hamilton stoi przed szansą na dołączenie do elitarnego klubu czterokrotnych mistrzów świata, który aktualnie tworzą Alain Prost i Sebastian Vettel. Więcej tytułów widnieje jedynie w dorobku Michaela Schumachera (siedem) i Juana Manuela Fangio (pięć).

Do tej pory Anglik może się pochwalić trzema tytułami. Zanim przypomnimy sobie okoliczności ich zdobycia, wróćmy najpierw do jego debiutanckiego sezonu, który do pewnego momentu układał się wprost idealnie. Dość powiedzieć, że w pierwszych dziewięciu wyścigach Lewis nie schodził z podium, odnosząc dwa zwycięstwa. Po pierwszym z nich, w Kanadzie, został zresztą samodzielnym liderem klasyfikacji generalnej.

Finisz z piekła rodem
Atmosferę psuły nieco dwa poważniejsze zgrzyty z Fernando Alonso, który trochę inaczej widział podział ról w McLarenie. Na Węgrzech wojna podjazdowa zmieniła się w otwarty konflikt. Hiszpan tak długo blokował w decydujących chwilach czasówki stanowisko, że Anglik nie zdążył już zaliczyć szybkiego okrążenia. To było wypowiedzenie wojny nie tylko koledze z ekipy, ale także jej szefowi – Ronowi Dennisowi, który nie zamierzał układać relacji wewnątrz zespołu zgodnie z życzeniami Fernando.

Sprytny wybieg na nic się nie zdał. Do akcji wkroczyli sędziowie, relegując Alonso z pole position na szóste miejsce. W tej sytuacji Anglik bez problemu sięgnął po zwycięstwo, natomiast Hiszpan musiał się pocieszyć czwartą lokatą. To był jeden z punktów zwrotnych sezonu, ponieważ od tej pory dwukrotny mistrz świata stał właściwie na straconej pozycji, mając przeciwko sobie Dennisa i większość ekipy.

Po zwycięstwie w deszczowym wyścigu na torze Fuji Hamilton miał 12 punktów przewagi nad Alonso i aż 17 nad Kimim Räikkönenem. Do końca zmagań pozostawały tylko dwa wyścigi, czyli 20 oczek do zdobycia (10 za zwycięstwo). Teoretycznie Anglik mógł zaczynać świętować. Tymczasem kuriozalny błąd w Chinach i dramatyczny początek wyścigu w Brazylii w połączeniu z dwoma zwycięstwami „Icemana” sprawiły, że Fin sprzątnął Anglikowi tytuł sprzed nosa. To był szokujący finał mistrzostw świata, w stylu godnym samego Alfreda Hitchcocka, po którym Lewis musiał się pozbierać.

Brazylijski horror
Bogatszy o doświadczenia z pierwszego sezonu Hamilton ruszył w 2008 roku do walki o tytuł. Jego komfort był o tyle większy, że z McLarenem pożegnał się Alonso, wracając do fabrycznej stajni Renault. Z oczyszczonym przedpolem Anglik mógł się skupić na walce. Tym razem jego głównym rywalem okazał się Felipe Massa.

Czy Brazylijczyk był wymagającym przeciwnikiem? Wbrew pozorom tak, aczkolwiek w dużej mierze Lewis sam utrudnił sobie zdanie, popełniając zaskakujące błędy (Kanada, Japonia – tutaj jeszcze kolizja z Massą), albo wykazując się zbytnią niecierpliwością (Belgia). W rezultacie o losach tytułu miał zdecydować wyścig na torze Interlagos, który okazał się prawdziwym horrorem.

Massa nie miał wielkiego wyboru – musiał wygrać i liczyć na to, że Anglik będzie najwyżej szósty. I pierwszą część planu udało mu się zrealizować, do dopięcia drugiej zabrakło dosłownie jednego zakrętu i wygiętej w łuk prostej startowej. Deszcz, który rozpadał się w końcówce wyścigu, jedynie podniósł emocje. Po 66 rundach Lewis zjechał po przejściowe opony, spadając na piąte miejsce, które ciągle dawało mu tytuł. Sęk w tym, że za jego plecami podróżował bardzo szybki Sebastian Vettel, który przy okazji odzyskiwania straconego okrążenia przez Roberta Kubicę zrzucił Hamiltona na szóste miejsce. Żarty się skończyły, bo Hamiltonowi w oczy zajrzało widmo klęski.

Jedyną szansą było skupienie się na złapaniu pozostającego na suchych oponach Timo Glocka, który zajmował czwartą lokatę. Dwie rundy przed końcem dzieliło ich 13 sekund, zaczęło jednak mocniej padać, więc szanse Lewisa wzrosły. – Miałem przed sobą Sebastiana, ale jego opony były w lepszym stanie i nie było szans, żeby go dopaść. Zespół powiedział mi, że gonimy Glocka. Modliłem się, żeby go złapać. Zobaczyłem Timo na wyjściu z dziesiątki i wyprzedziłem go w ostatnim zakręcie. Nie mam pojęcia, jak udało mi się zachować spokój – opowiadał po wszystkim najmłodszy wówczas mistrz świata Formuły 1.

Zamieszanie było tak duże, że w garażu Ferrari rodzina i przyjaciele Brazylijczyka rozpoczęli już taniec radości, sądząc, iż skoro Lewis finiszował za Vettelem, to przegrał walkę o tytuł. Przez 38 sekund Massa mógł się czuć mistrzem świata, ostatecznie wielka radość zmieniła się w gigantyczny smutek, gdy okazało się, że Hamilton wyprzedził Glocka. Emocje były niewiarygodne. Płakał Felipe, płakali jego kibice, najbliżsi, wreszcie niebo nad São Paulo… Lewis mógł za to szaleć z radości – miał swój wymarzony tytuł.

Podwójne punkty, podwójny stres
Kolejne dwa tytuły Hamilton zdobył w znacznie mniej dramatycznych okolicznościach, co nie znaczy, że same wpadły mu one w ręce. Co więcej, na swoją drugą koronę czekał aż sześć długich lat. W tym czasie zdążył zmienić barwy na Mercedesa, pokładając wielkie nadzieje w tym, że nadciągająca era hybrydowa odkurzy dawną sławę Srebrnych Strzał.

Mercedesa faktycznie perfekcyjnie przygotował się do walki w 2014 roku. Przewaga Srebrnych Strzał była tak duża, że jedynym rywalem Anglika okazał się jego zespołowy kolega, Nico Rosberg. Wbrew powszechnym oczekiwaniom Lewis wcale jednak nie wygrywał wszystkiego, jak leci. A w dodatku za sprawą regulaminowej sztuczki – kompletnie irracjonalnej i na szczęście już dawno zapomnianej – polegającej na podwójnym punktowaniu ostatniej rundy, rywalizacja trwała do samego końca. W generalce prowadził Lewis, lecz gdyby w Abu Zabi zwyciężył Rosberg, a Hamilton finiszował najwyżej na trzeciej pozycji, mistrzem świata zostałby Nico.

Rosberg wygrał czasówkę na Marina Bay, w pierwszym zakręcie prowadzenie przejął jednak Anglik. Do 22 rundy sprawa pozostawała otwarta, potem Srebrna Strzała Nico zaczęła niedomagać (awaria ERS) – jego los był przesądzony. Tytuł, w pełni zasłużenie, powędrował do Lewisa.

Rodeo w Austin
W kolejnym sezonie przewaga Hamiltona nad Rosbergiem była znacznie bardziej czytelna. Z dziewięcioma zwycięstwami, trzema drugimi i jedną trzecią lokatą (plus szóstą pozycją na Węgrzech) Lewis przyleciał do Austin z szansami na zdobycie swojej trzeciej korony trzy rundy przed końcem sezonu.

Z pole position startował Rosberg, lecz na mokrym torze (w użyciu były przejściówki) lepiej ruszył Hamilton. Przed szczytem Srebrne Strzały zrównały się, a na nim weszły w kontakt. Będący po wewnętrznej Lewis złożył się w zakręt, natomiast Nico zaliczył pobocze, spadając za Daniiła Kwiata, Daniela Ricciardo i Sergio Péreza. Z tym ostatnim uporał się jeszcze na pierwszym okrążeniu, natomiast z duetem Red Bulla tuż po restarcie (wirtualna neutralizacja).

Na wysychającej nawierzchni Ricciardo okazał się jednak bardzo szybki i od 15 rundy prowadził. Rosberg też wyprzedził Hamiltona, a później również Australijczyka, zostając nowym liderem. Po trzech kolejnych neutralizacjach finisz na slickach zapowiadał się ekscytująco. Lewis znajdował się tuż za plecami Nico, który na 48. okrążeniu popełnił błąd, zaliczył pobocze i oddał swojemu angielskiemu koledze pierwsze miejsce. Taka kolejność zapewniła Hamiltonowi trzeci tytuł mistrza świata.

A jak będzie w ten weekend?

14 KOMENTARZE

    • Przecież Glock jechał na oponach na suchą nawierzchnię. Ledwo na torze się utrzymywał. Tak czy w ogóle to gdyby zjechał po przejściówkirazem z innymi to Hamilton nigdy nie spadłby poniżej 5 miejsca i nie byłoby całego tego dramatu.

  1. Szanowny Autorze!

    Żaden szanujący się kibic i osoba znająca F1 nie uznaje Hamiltona za Mistrza Świata 2008 bo nim zwyczajnie nie jest. O wszystkim zdecydował wałek Singapurski najbardziej obrzydliwy przykład ustawienia pojedynczego wyścigu w historii.

    Gdy sprawa wyszła na jaw w 2009 FIA zamiotła ją pod dywan – do dziś ciekawią mnie motywy tego. Czy chodziło o ogólną światową poprawność polityczną- kilka miesięcy wcześniej w USA na Prezydenta zaprzysiężono Obamę i obawiano się bojkotu F1 przez osoby o ciemniejszym kolorze skóry po właściwym rozliczeniu „Afery Singapurskiej”, czy o inną sprawę.

    Właściwe rozliczenie „Afery Singapurskiej” to anulowanie wyników wyścigu z mistrzostw 2008, bądź uznanie wyników końcowych z okrążenia poprzedzającego celowe rozbicie się Piqueta Juniora.

    Tylko tyle i aż tyle do teksu. Proszę o tym pamiętać – mistrzostwa 2008 jak i 2007 były brudne i fałszywe.

    W 2007 szczęśliwie wygrał poszkodowany (Ferrari i Kimi), w 2008 niestety już tak nie było.

    Także, mistrzem 2008 jest Fellipe Massa a Lewis Hamilton w tej chwili jest o krok od 3 tytułu Mistrza Świata – 2014, 2015 i 2017

    • Byłbyś poważniejszy.
      Jaki masz cel tak publicznie się ośmieszać ?
      Wystarczyło napisać coś w rodzaju; nie cierpię HAM, bo jest taki, śmaki, owaki. Każdy by zrozumiał.

    • Polecam zmienić lekarza.
      Hamilton ma 3 tytuły 2008,2014,2015 i wkrótce 2017
      Wałek to był w Belgii 2008 gdzie Hamilton dostał kuriozalną karę za ścięcie szykany.
      Przecież oddał pozycję Raikkonenowi po czym go wyprzedził. Więc dostał karę za nic. Przez cały sezon sędziowie próbowali grać przeciwko Lewisowi.

      • Szanowny Panie Robercie!
        Obstawanie przy swoim, odmiennym stanowisku oznacza jedynie, że nie jest Pan szanującym się kibicem oraz nie zna się Pan na F1. Jedynym szanującym się znawcą jest Pan Kryniczanin. Śmiało ryzykuję tezę, że jest jedyny, bo nigdzie nie spotkałem się z takim odważnym przedstawieniem kwestii mistrzostwa w 2008 roku. Koniecznie należy przekazać tę dobrą nowinę Panu Felipe.

    • Gdyż, jak wiadomo, najważniejszym skutkiem Afery Singapurskiej było podstępne wypuszczenie kandydata do tytułu ze stanowiska serwisowego z podłączoną rurą paliwową. A nie, czekaj, to jednak nie była robota Briatore…

      • Szkoda komentować. Zespoł McLarena, w którym jeździł Lewis, nie miał z tym nic wspólnego. Tytuł to tytuł, anulować wyniki całego weekendu to jakiś zart. Jedyne co mogłoby zostać zrobione do dyskwalifikacja Alonso.

Comments are closed.