Zanim Lewis Hamilton i Sebastian Vettel na dobre rozpoczną kolejną odsłonę swoich tegorocznych zmagań, zapraszam na wycieczkę po historii Formuły 1 w Austrii.

Leżący w Spielbergu Red Bull Racing jest jednym z najbardziej malowniczych obiektów, na których ścigają się kierowcy Formuły 1. W swojej pierwotnej wersji – jako Österreichring – tor uchodził za wyjątkowo spektakularny, a pędzące w łukach Sebring, Bosch i Jochen Rindt auta budziły niesamowite emocje, zapierając dech w piersiach kierowców i kibiców. Po licznych modyfikacjach leżący między Knittelfeld a Zeltweg obiekt niemal całkowicie zmienił swój charakter, z całą pewnością nie stracił jednak ducha styryjskiej sielanki.

Po raz pierwszy Austria trafiła do oficjalnego rozkładu jazdy F1 w 1964 roku. Zwycięzcą zorganizowanego na pobliskim lotnisku Zeltweg wyścigu okazał się Lorenzo Bandini. Włoch nie był faworytem tej rundy, lecz jego Ferrari najlepiej zniosło trudy niezwykle wyboistej nawierzchni. Wnioski płynące z debiutu Austrii w mistrzostwach świata były jednoznaczne – potrzebny był obiekt z prawdziwego zdarzenia. Miał on powstać za miedzą rzeczonego lotniska, ale na powrót F1 Austriacy musieli zaczekać sześć lat.

Pośmiertnie
Wracając jeszcze na chwilę do wyścigu z 1964 roku warto dodać, że zaliczył w nim swój oficjalny debiut niejaki Jochen Rindt, który pojawił się za sterami Brabhama BT11 ekipy RRC Walter Racing Team.

Sześć lat później Karl Jochen zdobył dla Austrii tytuł mistrza świata. Pech chciał, że pośmiertnie, ponieważ 28-latek zginął w w koszmarnym wypadku na torze Monza. Trzy tygodnie wcześniej Rindt zdobył na Österreichringu pole position. W wyścigu szybko jednak wypadł z gry o zwycięstwo i ostatecznie jego występ zakończyła awaria silnika.

Z rozbitym nosem
W następnym sezonie Austria była areną koronacji Jackiego Stewarta. Szkot nie dotarł wprawdzie do mety, gubiąc koło, lecz jego przewaga w generalce była jednak na tyle duża, że mógł on świętować swój drugi tytuł mistrza świata. Nieoczekiwanym triumfatorem wyścigu okazał się natomiast zasiadający w BRM P160 Jo Siffert, który kilka miesięcy później zginął w rozgrywanych poza mistrzostwami świata zawodach na Brands Hatch.

W 1975 roku rzesze austriackich kibiców pojawiły się na Österreichringu w nadziei na sukces Nikiego Laudy, zmierzającego po swój pierwszy tytuł mistrza świata. Spotkało ich jednak rozczarowanie. Lauda zdobył wprawdzie pole position, prowadził jednak tylko do 15. okrążenia mokrego wyścigu, kiedy wyprzedzili go James Hunt i Vittorio Brambilla. Cztery okrążenia później ten ostatni wyszedł na prowadzenie i ku zaskoczeniu zgromadzonej gawiedzi odniósł zwycięstwo – jedyne zresztą w karierze. Pikanterii całej sprawie niewątpliwie dodaje fakt, że mijając metę skróconego ze względu na pogarszające się warunki wyścigu Brambilla wpadł w poślizg, rozbijając przód samochodu o barierę.

Zapłacił brodą
W kolejnym sezonie – pod nieobecność dochodzącego do zdrowia po kraksie na Nürburgringu Laudy i absencji zespołu Ferrari – Österreichring ponownie oglądał sensacyjnego triumfatora. Został nim John Watson, za jednym zamachem sięgając po pierwszą wygraną dla siebie i ekipy Penske (był to jedyny triumf tego zespołu w F1). Po wszystkim pochodzący z Belfastu kierowca musiał zgolić brodę, co obiecał w razie zwycięstwa swojemu szefowi, Rogerowi Penske.

W 1977 roku nadszedł moment chwały – również jednorazowy – dla ekipy Shadow. Za kierownicą modelu DN8 siedział przeszły mistrz świata Alan Jones, dla którego był to pierwszy triumf w Formule 1. Australijczyk zostawił w pobitym polu Nikiego Laudę i Hansa Joachima Stucka, syna urodzonego w Warszawie przedwojennego asa ekipy Auto Union – Hansa Stucka.

Wreszcie Lauda
Pięć lat później kibice mieli okazję zobaczyć na Österreichringu jeden z najbardziej niesamowitych finiszów w dziejach Formuły 1. Elio do Angelis i Keke Rosberg wpadli bowiem na metę niemal równocześnie. Ostatecznie o 0,050 sekundy lepszy okazał się kierowca Lotusa, świętujący – a jakżeby inaczej – swój pierwszy triumf w karierze.

W trakcie swojej pełnej sukcesów kariery Niki Lauda aż jedenaście razy startował na własnym podwórku, zwyciężył jednak tylko raz – w 1984 roku. W ogniu walki o trzeci tytuł Austriak zrobił znakomity użytek ze swojego McLarena MP4/2B. Początek wyścigu nie wyszedł Laudzie najlepiej, stopniowo piął się on jednak w górę stawki.

Kiedy Alain Prost wypadł w poślizg na plamie oleju z samochodu de Angelisa, Niki miał przed sobą już tylko Nelsona Piqueta. Brazylijczyk dzielnie stawiał opór, lecz Lauda w końcu dopiął swego i sięgnął po upragnioną wygraną w Austrii. Warto dodać, że zapewniło mu ono awans na fotel lidera klasyfikacji generalnej, którego nie oddał już do końca sezonu, ostatecznie pokonując Prosta o 0,5 punktu.

Guzy i jelenie
W wyścigu tym debiutował następny austriacki zwycięzca wyścigów Formuły 1 – pochodzący z Wörgl Gerhard Berger reprezentował wówczas barwy stajni ATS. Dwa lat później – już w barwach Benettona – Austriak wywalczył miejsce w pierwszej linii i przez 25 okrążeń prowadził, lecz szwankujący układ elektryczny w B186 z silnikiem BMW pozbawił go szansy na pierwszy triumf.

W 1987 roku wyścig na Österreichringu rozpoczynano aż trzykrotnie, ponieważ dwa pierwsze starty kończyły się kolizjami. Po wygraną sięgnął Nigel Mansell, który poza pucharem za zwycięstwo wywiózł z Austrii solidnego guza (jadąc po wyścigu półciężarówką uderzył głową w kładkę nad wjazdem).

Znacznie większe problemy podczas treningu przed wyścigiem miał Stefan Johansson. Szwed cudem uniknął poważnych konsekwencji po tym, jak z prędkością sięgającą 225 km/h uderzył w jelenia. Szczęśliwie dla Johanssona, skończyło się na strachu. Niestety, tego samego nie można powiedzieć o jeleniu, który nie wytrzymał spotkania z McLarenem MP4/3.

Był to ostatni wyścig na tej konfiguracji toru, na kolejne odwiedziny Formuły 1 ojczyzna Rindta i Laudy musiała poczekać aż dekadę.

Sensacja
W 1997 roku austriacki obiekt zmienił nie tylko nazwę (na A1-Ring), ale również charakter. Pętla została skrócona, zniknęły słynne niegdyś łuki, za to pojawiły się ciasne zakręty i ostre nawroty. Inauguracja nowej konfiguracji przyniosła spektakularną kolizję Jeana Alesiego i Eddiego Irvine’a, po którym Benetton tego pierwszego wzleciał na chwilę w powietrze. Przez pierwsze 37 okrążeń pachniało sensacją, ponieważ stawkę otwierał Jarno Trulli w Proście, koniec końców wszystko wróciło do normy i zwycięstwo wpadło w ręce Jacques’a Villeneuve’a z ekipy Williamsa.

Skandal
Pięć lat później na torze w Spielbergu doszło do gigantycznego skandalu, w centrum którego znaleźli się kierowcy Ferrari, Michael Schumacher i Rubens Barrichello. Wszystko za sprawą tego, że szefowie Scuderii postanowili wyreżyserować spektakl wedle własnych upodobań. Sprzeciw zgromadzonej na trybunach publiczności był tym większy, że był to sezon, w trakcie którego włoska stajnia kroczyła od zwycięstwa do zwycięstwa, nie dając rywalom najmniejszych szans.

Przez cały weekend lepiej z dwójki Ferrari prezentował się Barrichello. Brazylijczyk sięgnął po pole position i w wyścigu zmierzał po zwycięstwo. Nadzieje Rubensa na wygraną legły jednak w gruzach, gdy okazało się, że Jean Todt chce wygranej Schumachera. – Żeby zwiększyć szansę Michaela na tytuł, daj mu się, proszę, wyprzedzić – przekazał Francuz przez radio liderowi. Zmiana kolejności oczywiście nastąpiła, ale dopiero na ostatnich metrach, co z miejsca odczytano jako sygnał sprzeciwu Rubensa wobec polityki zespołu.

To była wojna
Ku wielkiemu zaskoczeniu Ferrari zebrani na torze kibice poczuli się oszukani i gwizdami oraz okrzykami wyrazili swoją dezaprobatę w związku z tym, co wydarzało się na finiszu. Na podium wyraźnie zmieszany Michael usiłował ratować twarz. Słysząc skandowane przez publiczność nazwisko moralnego zwycięzcy, oddał Rubensowi najwyższy stopień podium oraz trofeum za zwycięstwo. Na skruchę było jednak za późno.

Po latach Barrichello przyznał, że finał wyścigu na A1-Ringu miał bardziej dramatyczny przebieg, niż pozornie to wyglądało. – Ostatnie osiem okrążeń to była wojna. Krzyczałem przez radio, że nie przepuszczę go – przyznał w rozmowie z „Globo”. Wtedy podobno usłyszał jednak, że jeśli nie wykona polecenia, w F1 będzie skończony. W tej sytuacji ustąpił…

Na koniec warto dodać, że w konsekwencji wydarzeń, jakie miały miejsce w Austrii, FIA postanowiła wprowadzić zakaz stosowania tzw. poleceń zespołowych. A to, że okazał się on fikcją, stanowi już zupełnie inny temat.

Era Mercedesa
Rok później A1-Ring żegnał się z Formułą 1 kolejnym triumfem Michaela Schumachera. Tym razem obyło się bez kontrowersji. Powrót nastąpił w 2014 roku za sprawą Dietricha Mateschitza. Wcześniej austriacki miliarder doprowadził do modernizacji obiektu, który po przebudowie został przemianowany na Red Bull Ring.

Ostatnie trzy lata to naturalnie pasmo sukcesów ekipy Mercedesa. Dwukrotnie (2014, 2015) zwyciężał na Red Bull Ringu Nico Rosberg, natomiast przed rokiem po wygraną sięgnął Lewis Hamilton. Wszystko rozstrzygnęło się w efekcie kolizji pomiędzy kierowcami Mercedesa na ostatnim okrążeniu. Znacznie szybszy Lewis (jego miękkie opony były w lepszym stanie niż supermiękka mieszanka Rosberga) lepiej wyszedł z pierwszego zakrętu i postanowił przypuścić atak po zewnętrznej prawego nawrotu. Będący po wewnętrznej Nico nie zostawił jednak usiłującemu skręcać Anglikowi miejsca, doprowadzając do kolizji.

Hamilton wykorzystał asfaltowe pobocze, rzucając się w pogoń za Rosbergiem, który sypał iskrami z uszkodzonego przedniego skrzydła. Kilkaset metrów dalej ostatecznie się ono urwało, częściowo lądując pod nosem Srebrnej Strzały z #6. Lewis bez problemu wyszedł na prowadzenie i sięgnął po zasłużony triumf. Nico finiszował tymczasem na czwartej pozycji, a za spowodowanie kolizji został ukarany dodaniem 10 sekund do wyniku na mecie. Nie zmieniło to jednak jego pozycji.

Jak będzie tym razem? No cóż, Nico Rosberga w F1 co prawda już nie ma, ale po Baku Lewis Hamilton ma coś do udowodnienia Sebastianowi Vettelowi. Czy znowu zaiskrzy? Być może, skoro #44 już na starcie zostanie cofnięty o pięć pozycji za wymianę uszkodzonej w Azerbejdżanie skrzyni biegów.

2 KOMENTARZE

  1. Już miałem odpuścić czytanie, bo zerknąłem na stronę dopiero po kilku dniach. Żałowałbym. Dobrze, że jesteś Mikołaj. Zwłaszcza w PL, po co jeździsz na te wyścigi 🙂 ? Bez Ciebie Kapica i Gąsiorowski głupieją w oka mgnieniu. Bardzo ich obu lubię i szanuję. Przykładają się do roboty, są zabawni, tatuaż Kapicy świadczy o jego zaangażowaniu ;-), ale bez Ciebie w komentatorce ich poziom radykalnie się obniża, jakby się nie starali :). Gdzie Sokoła nie ma tam Gąsiory harcują!

  2. Team orders zawszę będzie obecne i to mi się nie podoba. Dlatego wolałbym, aby zespołów było 2 razy więcej. Każdy by miał po jednym bolidzie.

Comments are closed.