Biorąc pod uwagę statystyki, Lewis Hamilton wygląda na głównego faworyta do zdobycia Grand Prix Węgier. Do tej pory Anglik zwyciężał na „węgierskim pierścieniu” pięciokrotnie. Czy w niedzielę dorzuci do tego szósty triumf? Wiele za tym przemawia, choć jego rywale z całą pewnością zrobią wszystko, żeby mu w tym przeszkodzić.

Brazylia górą!
Historia wyścigów Formuły 1 na Węgrzech sięga czasów, w których Europa była przedzielona „żelazną kurtyną”. Bernie Ecclestone marzył o zorganizowaniu rundy w Związku Radzieckim, ponieważ jednak spotkał się z odmową, rozpoczął negocjacje z Węgrami. Zbudowany pod Budapesztem obiekt zainaugurował w kalendarzu mistrzostw świata w 1986 roku i był areną wspaniałego pojedynku pomiędzy Nelsonem Piquetem a Ayrtonem Senną. Lepszy okazał się starszy z Brazylijczyków, który popisał się odważnym manewrem po zewnętrznej pierwszego zakrętu. – Szczególne podziękowania składam stewardom, który machali Ayrtonowi niebieskimi flagami, gdy się do niego zbliżałem – konstatował żartobliwie Piquet.

Rok później Nelson i Ayrton powtórzyli swój pojedynek z sezonu 1986, ale mówiło się o nich więcej z innego powodu – Senna poinformował bowiem, że po sezonie rozstaje się z ekipą Lotusa. Wtajemniczeni wiedzieli już od jakiegoś czasu, że Ayrton dołączy do Alaina Prosta w McLarenie. Jego miejsce w ekipie Lotusa miał zająć właśnie Piquet, rozczarowany faktem, że w Williamsie nie posiada statusu kierowcy numer 1.

W 1988 roku pierwsze ze swoich trzech zwycięstw na Hungaroringu wywalczył Senna, zmierzający po swój pierwszy tytuł mistrza świata. Kolejne dorzucił trzy lata później, a w 1992 roku wygrał na Węgrzech pod raz trzeci. Szczególnych powodów do radości jednak nie miał, ponieważ właśnie został zdetronizowany przez drugiego na mecie Nigela Mansella.

Brzydal wygrywa
W 1990 roku nieoczekiwany triumf na Hungaroringu wywalczył Thierry Boutsen. Startujący z pole position belgijski kierowca Williamsa zdołał powstrzymać czającego się za nim Ayrtona Sennę, który wcześniej w brutalny sposób pozbawił drugiej lokaty Alessandro Nanniniego.

Czary Rossa
Cztery zwycięstwa pod Budapesztem odniósł Michael Schumacher. Pierwsze z nich wywalczył w 1994 roku, jeszcze w barwach ekipy Benettona. Niewątpliwie najbardziej pamiętny był jednak triumf „Schumiego” z 1998 roku. Po kwalifikacjach wydawało się, że McLaren nie może przegrać tego wyścigu. Ross Brawn miał inne zdanie. Brytyjczyk postanowił zaryzykować taktykę trzech pit stopów, którą po mistrzowsku zrealizował Michael. – Ross powiedział, że jeśli chcę wygrać, muszę na dystansie 19 okrążeń zyskać 25 sekund przewagi – przyznawał po fantastycznym sukcesie niemiecki kierowca.

Sensacja wisiała w powietrzu
Jeszcze bardziej niesamowity był wyścig rozegrany na Hungaroringu rok wcześniej. Jego głównym bohaterem był Damon Hill (wygrywał na Hungaroringu w 1993 i 1995 roku, oczywiście w barwach Williamsa). Aktualny mistrz świata, reprezentujący ekipę Arrowsa, nie był wtedy nawet brany pod uwagę w gronie faworytów. We wcześniejszych wyścigach Anglik zdobył bowiem zaledwie jeden punkt za szóste miejsce. Tymczasem na Węgrzech błyszczał – za jego niesamowitym występem stały opony Bridgestone, które na rozgrzanym jak piec Hungaroringu okazały się atutem nie do przecenienia.

Po starcie Damon awansował na drugą lokatę i podążał za Michaelem Schumacherem. Na 11. okrążeniu Anglik wyprzedził kierowcę Ferrari i rozpoczął ucieczkę. Sensacja wisiała w powietrzu. Jeszcze trzy rundy przed metą Hill miał aż 36 sekund przewagi nad Jacques’em Villeneuve’em. – Zacząłem wierzyć w zwycięstwo, ale wtedy skrzynia biegów przestała reagować – wyjaśniał na mecie urzędujący mistrz świata. Villeneuve redukował straty w błyskawicznym tempie i na ostatniej rundzie wyprzedził Damona, pozbawiając Arrowsa szansy na jedyny triumf w F1.

Pierwszy raz Alonso…
Hungaroring zajmuje dosyć szczególne miejsce w wyścigowym życiorysie Fernando Alonso. Nie zawsze były to dla Hiszpana przyjemne okoliczności, aczkolwiek początek okazał się nadzwyczaj obiecujący. W 2003 roku kierowca z Oviedo wywalczył pod Budapesztem swoje pierwsze zwycięstwo w karierze, zostając zresztą najmłodszym (wtedy) triumfatorem wyścigu F1.

Trzy lata później Fernando znowu wystąpił w roli głównej. Po starcie z piętnastej pozycji (po piątku Alonso i Michaelowi Schumacherowi dopisano po dwie sekundy kary) Hiszpan zrobił znakomity użytek z przejściówek Michelina. Po pierwszym okrążeniu był już szósty, później wyprzedził Schumachera, a kiedy do alei serwisowej zawitał Kimi Räikkönen, został liderem. Wyglądało na to, że wygraną ma w kieszeni. Ostatnia wizyta w alei serwisowej przyniosła jednak dramatyczny finał. Po powrocie na tor w Renault R26 Alonso poluzowało się prawe tylne koło i Hiszpan wpadł w bariery.


… i Buttona
Z potknięcia francuskiej stajni skorzystał Jenson Button, który sięgnął tym samym po swoje pierwsze zwycięstwo w Formule 1. Pozostały skład podium był jeszcze ciekawszy – na drugiej pozycji finiszował Pedro de la Rosa, który zastąpił w McLarenie Juana Pablo Montoyę, natomiast na trzeciej Nick Heidfeld.

Jak zapewne wszyscy pamiętają, w wyścigu tym debiutował Robert Kubica. Zmienne warunki przyniosły Polakowi dziesiątą pozycję, ale startował oczko wyżej, ponieważ Jenson Button został cofnięty o dziesięć miejsc za wymianę silnika. Początek nie był dla Roberta udany (stracił panowanie nad samochodem i rozbił przód swojego F1.06), ale potem radził już sobie zdecydowanie lepiej i na metę wpadł na siódmym miejscu. Szczęście trwało jednak krótko, ponieważ jego F1.06 okazał się o 2 kilogramy lżejszy od regulaminowego minimum i siódme miejsce przeszło Kubicy koło nosa.

Wojna!
Kończąc temat Alonso, nie sposób pominąć awantury z 2007 roku. Hiszpan jeździł wtedy w ekipie McLarena z Lewisem Hamiltonem. Konflikt pomiędzy panami tlił się już od pewnego czasu, ale na Węgrzech wybuchła pomiędzy nimi otwarta wojna.

W decydującym momencie czasówki Fernando zatrzymał się na stanowisku McLarena na tyle długo, aż upewnił się, że czekający na swoją kolej Lewis Hamilton nie zdąży już przejechać szybkiej rundy. Alonso popisał się najlepszym czasem, ale do gry włączyli się sędziowie i ukarali Hiszpana cofnięciem o pięć lokat na starcie. W ten sposób pole position wpadło w ręce Anglika, który w niedzielę sięgnął po swoje pierwsze węgierskie zwycięstwo w F1. Co z Alonso? Dwukrotny mistrz świata musiał się pocieszyć czwartą pozycją.

Fińskie podwórko
Czterema zwycięstwami w swoim „domowym” wyścigu mogą pochwalić się fińscy kierowcy – autorem dwóch z nich jest Mika Häkkinen, najlepszy w latach 1999-2000. Po jednym triumfie odnieśli z kolei Kimi Räikkönen (2005) i Heikki Kovalainen (2008). W przypadku tego ostatniego wygrana w Dolinie Trzech Źródeł stanowiła jego jedyny sukces w Formule 1. Warto też dodać, że Heikki miał masę szczęścia, ponieważ przejął prowadzenie trzy rundy przed metą, gdy ducha wyzionął silnik w samochodzie prowadzącego Felipe Massy.

Szczęście w nieszczęściu
A propos Brazylijczyka. W 2009 roku przeżył on groźny wypadek, który niemal kosztował go życie. Z samochodu jadącego przed Felipe samochodu Rubensa Barrichello wypadła ważąca około 800 gramów sprężyna z tylnego zawieszenia i uderzyła w kask kierowcy Ferrari, doprowadzając do poważnych obrażeń w okolicach lewego oka. Po wypadku Massa został przetransportowany do szpitala AEK w Budapeszcie, gdzie przeszedł operację ratującą jego życie. Pierwsze rokowania nie były zbyt pomyślne, na szczęście stan poszkodowanego szybko się poprawiał i w 2010 roku Massa wrócił do Formuły 1.

Rządy Hamiltona
Pięć zwycięstw Lewisa Hamiltona na Hungaroringu (w tym trzy w ostatnich pięciu latach) mówią same za siebie. O pierwszym zwycięstwie Anglika (2007) wspominałem już we fragmencie dotyczącym Fernando Alonso. Dwa lata później Lewis został autorem pierwszego zwycięstwa samochodu wyposażonego w system odzyskiwania energii. Aerodynamicznie McLaren MP4-24 był koszmarną konstrukcją, lecz pod Budapesztem KERS zrekompensował wszystkie jego wady, dzięki czemu Hamilton mógł pokusić się o sensację (warto zaznaczyć, że wcześniej zdobył punkty jedynie za ósmą, szóstą i czwartą lokatę – punktowała najlepsza ósemka).

W barwach stajni z Woking Hamilton zwyciężył pod Budapesztem także w 2012 roku, finiszując przed Kimim Räikkönenem i Romainem Grosjeanem. Następny sezon przyniósł Lewisowi czwarty węgierski sukces – jednocześnie pierwszy z zespołem Mercedesa. Być może trudno w to dzisiaj uwierzyć, ale był to dopiero 22. triumf Anglika w Formule 1. W ciągu czterech lat ten jednak dorobek wzrósł do 57. zwycięstw – jedno z nich zostało odniesione na Hungaroringu. Mowa o ubiegłorocznym wyścigu w Dolinie Trzech Źródeł. Anglik co prawda startował z drugiej pozycji, ale w pierwszy zakręt wjechał przed Nico Rosbergiem i sięgnął po triumf, pozbawiając Niemca prowadzenia w mistrzostwach świata.

Szczęśliwa neutralizacja
W ostatnich pięciu latach poza Hamiltonem na najwyższym stopniu podium w Grand Prix Węgier stawali jeszcze tylko Daniel Ricciardo (2014) i Sebastian Vettel (2015). Szczególnie zaskakujący, aczkolwiek jak najbardziej zasłużony, był sukces Australijczyka, który wyrósł na faworyta do zwycięstwa po pierwszej neutralizacji (zdarzyła się jeszcze jedna). Głównym przeciwnikiem Dana okazał się Alonso, ostatecznie Hiszpan musiał się jednak zadowolić drugą lokatą.

Warto podkreślić, że na trzeciej pozycji finiszował Hamilton, którego w sobotę zatrzymał pożar Mercedesa. W niedzielę Anglik startował z alei serwisowej, ponieważ jednak nie mógł przejechać okrążenia rozgrzewkowego, jego opony i hamulce były zimne. Na efekty nie trzeba było długo czekać – w drugim zakręcie Srebrna Strzała obróciła się, lądując w barierach. Pomimo uszkodzeń przedniego skrzydła Hamilton pojechał dalej i zdołał przebić się na trzecią pozycję.

Ucieczka Vettela
Węgry nigdy szczególnie nie leżały Vettelowi. Na zwycięstwo pod Budapesztem Niemiec czekał do 2015 roku, kiedy po świetnym starcie przejął prowadzenie i wpadł na metę przed Daniiłem Kwiatem i Ricciardo. Tym samym Sebastian opuścił grono mistrzów świata, którzy mając okazję ścigać się na Hungaroringu, nigdy tam nie wygrali (wtedy grono to tworzyli jeszcze Alan Jones, Alain Prost i Keke Rosberg, a dołączył do nich Nico Rosberg).