Trzydziesty piąty mistrz świata Formuły 1 lubi grać w golfa i wcale nie nosi imienia na cześć jednej z postaci ze świata „Gwiezdnych Wojen”. Lando Norris w decydującym wyścigu sezonu 2025 spełnił dziecięce marzenie, pokonując w walce o tytuł Maksa Verstappena i Oscara Piastriego.
Pierwszą sportową miłością urodzonego w 1999 roku kierowcy były co prawda motocykle – do dziś podziwia arcymistrza MotoGP, Valentino Rossiego – a jako pierwsze doświadczenia za kierownicą wymienia kosiarkę ogrodową. Magia czterech kółek ostatecznie stała się silniejsza i mały Lando zaczął nabijać kilometry w gokarcie. Zaczynał już jako ośmiolatek, czyli właściwie w typowym dla współczesnych zawodników wieku. Do dziś pamięta, jak tata polewał asfaltowy placyk płynem do zmywania naczyń, by młody adept wyścigowej sztuki uczył się wyczucia przyczepności i panowania nad maszyną na śliskiej nawierzchni.
Właśnie ojciec odegrał niebagatelną rolę w karierze przyszłego mistrza świata. Adam Norris dorobił się grubych milionów w branży funduszy emerytalnych, na liście najbogatszych Brytyjczyków zwykł figurować w rejonach szóstej setki zestawienia. Wycofał się z tej działalności już w wieku 36 lat i podjął nowe wyzwanie, czyli doprowadzenie syna na wyścigowy szczyt. Według padokowych wyliczeń, mógł włożyć w ten plan nawet przeszło czterdzieści milionów dolarów, finansując starty i testy w kategoriach juniorskich.
Trzeba jednak pamiętać, że pieniądze – kluczowe paliwo w motorsporcie – nie zastąpią i nie kupią talentu za kierownicą. Lando Norris zdobywał tytuły mistrza świata i Europy w kartingu, a po przesiadce do samochodów dokładał kolejne trofea. Cały czas z ojcem u boku, kosztem życia rodzinnego.
– Tata zabierał mojego brata i mnie na tory kartingowe, jeździł z nami po europejskich wyścigach – wspominał Norris, już jako kierowca Formuły 1. – Był na 99% wyścigów. Przez pierwsze siedem lat opuścił chyba ze trzy starty!
– Przegapiłam dorastanie Lando – wspomina jego pochodząca z Belgii mama, Cisca. – Zaczął startować, kiedy miał osiem lat. Jeździł wszędzie, Adam zawsze był u jego boku, a ja tęskniłam. Wciąż mi go brakuje, nie widujemy się często. Zawsze go wspieraliśmy, tak jak wszystkie nasze dzieci. Trzeba było się poświęcić, nasze córki i synowie dorastali właściwie osobno, jak mijające się nocą statki. Każde z nich wybrało, co chce robić, a my je wspieramy.
W drapieżnym świecie wyścigów samochodowych rodzinne wsparcie przestało jednak wystarczać i trzeba było poszukać fachowców. Zak Brown, obecnie dyrektor generalny McLaren Racing, który sam kiedyś startował w wyścigach, dał się przekonać, że młody Norris jest materiałem na przyszłego mistrza. Wówczas nie szefował jeszcze zespołowi F1, ale prowadził znaną agencję sponsoringowo-marketingową i miał szerokie kontakty w wyścigowym świecie. Gdy w 2016 roku, Brown objął stery w McLarenie, współpracujący z nim Lando miał już na koncie mistrzowskie tytuły w juniorskich seriach samochodowych.
Po dorzuceniu kolejnego, w Formule 3, Brown posadził osiemastoletniego wówczas kierowcę w jednym samochodzie z Fernando Alonso. W styczniu 2018 roku młodzik i weteran wystartowali w prestiżowym amerykańskim wyścigu 24h Daytona. Norris zyskał uznanie w oczach legendy i jeszcze w tym samym sezonie, w drodze po wicemistrzostwo Formuły 2, zaczął regularnie testować maszyny Formuły 1 i brać udział w piątkowych sesjach treningowych. Kiedy Alonso postanowił zrobić sobie przerwę od wyścigów Grand Prix, a zespół zrezygnował także z drugiego kierowcy, Stoffela Vanoorne’a, na jeden z wolnych foteli wskoczył Norris.
Błyskawiczny rozwój kariery przyniósł także nieoczekiwane wyzwania. Debiut w sezonie 2019 – w wieku 19 lat – oznaczał także presję. To typowe dla wszystkich debiutantów, którzy przez serie juniorskie pędzą jak burza, wygrywając po drodze wszystko lub prawie wszystko. W Formule 1 rzadko dostają do dyspozycji konkurencyjny samochód, przychodzi im raczej walczyć w środku czy nawet w ogonie stawki. Oczekiwania zespołu, oczekiwania najbliższych, oczekiwania kibiców – a do tego wewnętrzne ciśnienie, żeby pokazać swój talent i uzyskiwać konkurencyjne wyniki. Norris musiał stawić temu czoła, ale też nie bał się mówić o towarzyszących startom w Formule 1 problemach.
– Na początku miałem ogromne problemy z presją i rzeczami, którymi musiałem stawić czoła – mówił, jeszcze jako mało doświadczony zawodnik. – Nie wierzyłem w siebie. Nie wierzyłem, że potrafię wystarczająco dobrze jeździć. Nie wiedziałem, co zrobię, jeśli sobie nie poradzę.
Jeśli popełniał błędy, to zamiast je tuszować albo szukać winnych dookoła, publicznie przyznawał, że zrobił coś głupiego czy zawstydzającego. – Zawsze byłem bardzo surowy wobec siebie, nigdy w stosunku do innych – mówił. – Takie podejście ma swoje plusy i minusy. Jest dobre, bo dzięki niemu pracuję nad sobą, ale z drugiej strony zbyt krytyczne podejście do siebie nie jest korzystne i może bardzo pogrążyć.
Jednak w miarę nabierania doświadczenia rosła także pewność siebie. Jednocześnie McLaren wygrzebywał się z potężnego kryzysu, przygotowując coraz lepsze i bardziej konkurencyjne samochody. Norris pozostawał wierny ekipie z Woking, mimo co najmniej dwóch propozycji ze strony konkurencji, czyli Red Bulla. Z chłopaka, który kiedyś w garażu McLarena serwował Alonso gorącą herbatę i mieszał ją elektryczną wkrętarką, Lando stał się liderem odzyskującego sportowy wigor zespołu. Z kwitkiem odprawiał kolejnych zespołowych partnerów, pokonując w wewnętrznej rywalizacji Carlosa Sainza czy Daniela Ricciardo. Brakowało jeszcze zwycięstw, czemu też towarzyszyła presja i przydomek, ukuty przez złośliwych kibiców – Lando „No-wins”, czyli „Lando bez zwycięstw”.
Techniczny rozwój McLarena zaczął przynosić owoce w zeszłym roku. Łatka „No-wins” została starta w Miami, gdzie – o ironio! – akurat zabrakło w padoku Adama Norrisa. Coraz szybszy samochód dawał Lando nawet cień nadziei na powalczenie o mistrzostwo świata z Maksem Verstappenem, ale Holender zapewnił sobie czwarty kolejny tytuł jeszcze przed końcem zmagań, w blasku neonów na ulicach Las Vegas. – Bądź cierpliwy, twój czas nadejdzie – powiedział wówczas Norrisowi kierowca Red Bulla.
Te słowa okazały się prorocze, chociaż triumf w sezonie 2025 wcale nie przyszedł łatwo. Kibice ekscytowali się rywalizacją do samego końca, do ostatniej rundy. Do tego batalię o tytuł toczyło aż trzech kierowców – poza Norrisem i Verstappenem także młody zespołowy kolega Lando z zespołu, Oscar Piastri. To właśnie Australijczyk utrzymywał inicjatywę przez większą część sezonu, lecz w końcówce zmagań szybkością i skutecznością błyszczeli jego rywale.
Norris popisywał się świetnymi występami – jak wiosną w Monako – ale brakowało mu wyczucia w samochodzie, wkradały się błędy. Zespół poprawił auto, dopasowując je bardziej do jego wymagań, ale po stronie kierowcy też trzeba było wykonać pracę. – Pierwsza połowa sezonu nie była imponująca – podsumowywał Lando, znów szczerze i samokrytycznie. – Popełniałem błędy, źle oceniałem sytuację. Musiałem ciężej pracować, zmienić podejście, zmienić styl jazdy. Zastanawiałem się, dlaczego jestem taki spięty przed kwalifikacjami. Nakładałem na siebie zbyt dużą presję, bo chciałem być perfekcyjny. Musiałem zrozumieć, że popełniam błędy, bo staram się być perfekcyjny, a nie na odwrót. Trzeba było trochę wyluzować i zaufać swojej prędkości.
Dziecięce marzenie ostatecznie się ziściło, poświęcenie całej rodziny przyniosło upragniony cel. – Byłbym DJ-em albo malowałbym kaski – powiedział kiedyś Norris, gdy spytano go, co by robił, gdyby nie był kierowcą wyścigowym. Na razie w złotym kasku, pomalowanym tak dla uczczenia mistrzowskiego tytułu, dwa dni po ostatniej rundzie sezonu 2025 zaliczał kolejne okrążenia testowe swoim McLarenem, szykując się już do obrony tytułu. Łatwo nie będzie, bo przyszłoroczna Formuła 1 będzie wyglądała zupełnie inaczej – nowe, inne samochody i silniki – ale z drugiej strony Lando jest już mistrzem i wie, że do kolejnego wyzwania może podejść na luzie, bez wewnętrznej presji.























Kiedy Lando pokonał Sainza ? Jakoś sobie tego nie przypominam