Dwadzieścia lat temu, po wielu sezonach względnego spokoju, śmierć wróciła na tor Formuły 1. Tragiczny los Ayrtona Senny, który zginął 1 maja 1994 roku na włoskim torze Imola, znany jest nie tylko kibicom wyścigów. Warto jednak pamiętać, że dzień przed trzykrotnym mistrzem świata najwyższą cenę za swoją pasję zapłacił jego rówieśnik, Roland Ratzenberger.

O Sennie – tak jak o Jimie Clarku – pamiętają wszyscy. Wielokrotni mistrzowie świata, którzy – gdyby nie przedwczesna śmierć – z pewnością odnieśliby jeszcze wiele sukcesów i pobili sporo rekordów. Życie na torze oddali też Gilles Villeneuve, Ronnie Peterson czy François Cevert – kierowcy o mistrzowskim potencjale, zwycięzcy wyścigów, którym jednak nigdy nie było dane zdobyć choćby jednego tytułu. O nich też się pamięta. Wśród kilkudziesięciu ofiar Formuły 1 jest jednak kilka nazwisk, które są znane tylko oddanym kibicom lub miłośnikom historii.

Helmuth Koinigg – zginął w GP USA 1974, w drugim starcie w F1. Riccardo Paletti – zginął w GP Kanady 1982, także w drugim starcie. Włoch był ostatnim kierowcą przed Ratzenbergerem i Senną, który stracił życie podczas weekendu Grand Prix. W 1986 roku podczas testów na torze Paul Ricard śmiertelnemu wypadkowi uległ Elio de Angelis, ale kibicom – tym na torze i tym przed telewizorami – los oszczędził okrutnych scen aż do sezonu 1994.

Ostatni dzień kwietnia nie jest „tylko” dniem poprzedzającym kolejną rocznicę śmierci Senny. To także rocznica odejścia innego, o wiele mniej znanego członka wyścigowej braci. Roland Ratzenberger ciężko pracował nad spełnieniem swojego marzenia: wejściem do F1. Nie odnosił oszałamiających sukcesów w seriach juniorskich, nie miał też wsparcia bogatych rodziców. Był za to wszechstronnym, inteligentnym zawodnikiem, któremu zawsze dopisywał znakomity humor. Ścigał się m.in. w 24h Le Mans, a ostatni etap przed F1 zaliczył w Japonii – wchodząc w skład mocnej paczki wyścigowych gaijinów (tak Japończycy nazywają obcokrajowców). Obok niego na tamtejszych torach swoje talenty szlifowali na początku lat 90. Jacques Villeneuve, Eddie Irvine, Heinz-Harald Frentzen czy Mika Salo.

Wielki przełom w karierze Ratzenbergera nadszedł wraz z debiutem nowej ekipy Simtek. Jej szef Nick Wirth wspomina, że Austriak zaimponował mu… za kierownicą Forda Fiesty z wypożyczalni, którym podwoził go z Banbury do domu nieopodal Silverstone. – Przejechał pełnym gazem zakręt, w którym każdy zwykły śmiertelnik wylądowałby w rowie, na dachu. Byłem biały jak ściana – wspominał po latach Wirth. Miejsca w ekipie Simtek nie zawdzięczał tylko tej przejażdżce: wkład finansowy wniosła jego przyjaciółka Barbara Behlau, prowadząca w Monako agencję menedżerską dla artystów.

Ratzenberger wreszcie spełnił swoje marzenie: w wieku 33 lat (wcześniej „odmładzał” się i podawał, że urodził się w 1962 roku, żeby nie odstraszać potencjalnych sponsorów) został kierowcą Formuły 1. Uśmiech nie znikał z jego twarzy, mimo że Simtek był nowym i jednym z dwóch najsłabszych zespołów, a pieniądze początkowo miały wystarczyć tylko na sześć pierwszych wyścigów.

W otwierającej sezon GP Brazylii Austriak nie przebrnął przez kwalifikacje i wyścigowy debiut zaliczył dopiero w GP Pacyfiku – na torze Aida dojechał do mety na 11., ostatniej pozycji. Po dwóch rundach wyprzedzał w klasyfikacji mistrzostw Sennę, który dwa razy nie dojechał do mety…

W osiemnastej minucie sobotniej sesji kwalifikacyjnej do trzeciej rundy sezonu, Grand Prix San Marino na torze Imola, w szybkim łuku imienia Gilles’a Villeneuve’a granatowy Simtek pojechał na wprost i czołowo uderzył w barierę. Prędkość przekraczała 300 km/h, Ratzenberger nie miał szans.

Na poprzednim okrążeniu wypadł z toru w szykanie Acque Minerali. Telemetria pokazała, że później kilka razy gwałtownie skręcił kierownicą, hamował i przyspieszał – sprawdzając, czy z samochodem nic się nie stało i czy można bezpiecznie jechać dalej. Na to wyglądało, więc nie zjechał do boksu, tylko rozpoczął kolejne szybkie okrążenie, walcząc o zakwalifikowanie się do drugiego wyścigu w życiu. Pokonał lewy łuk Tamburello, ale w prawym łuku przed nawrotem Tosa obluzowane przednie skrzydło nie wytrzymało i Simtek pojechał prosto.

Pierwsza od 12 lat śmierć podczas weekendu Grand Prix była szokiem, ale dokładnie dwadzieścia cztery godziny później przyćmiła ją tragedia Senny. Brazylijczyka w rodzimym São Paulo żegnały trzy miliony rodaków i śmietanka wyścigowego świata. Dzień później na cmentarzu w dzielnicy Maxglan, niedaleko lotniska w Salzburgu, na pogrzebie Ratzenbergera zjawiło się ćwierć setki osób. Wśród nich znalazł się prezes FIA Max Mosley („Wszyscy polecieli na pogrzeb Senny, a ja pomyślałem, że ważne było, aby ktoś był także na jego pogrzebie”) oraz czterej kierowcy: Johnny Herbert i Gerhard Berger (obaj zdążyli przylecieć z São Paulo – jak widać, dało się…) oraz Heinz-Harald Frentzen i Karl Wendlinger.

Przez resztę sezonu na samochodach Simtek widniał napis „For Roland”. W czerwcu Ratzenberger miał po raz kolejny startować w 24h Le Mans. Jego miejsce w Toyocie zajął Eddie Irvine, ale nazwiska Austriaka nie usunięto z drzwi samochodu, który ukończył maraton na drugiej pozycji. Jednym ze zmienników Rolanda miał być stary znajomy z japońskich torów, Jeff Krosnoff. Kiedyś Ratzenberger nagrał mu powitanie na automatycznej sekretarce: „I’ll be back”, z mocnym austriackim akcentem Arnolda Schwarzeneggera. Niestety, z Imoli już nie wrócił – a Krosnoff zginął dwa lata później w wyścigu ChampCars w Toronto.

Może to zabrzmieć okrutnie, ale Roland umarł jako szczęśliwy człowiek – wspominał jego ojciec, Rudolf Ratzenberger. – Marzył o jeździe w Formule 1 i udało mu się to osiągnąć.

Roland prawdopodobnie umarł szczęśliwy, bo znalazł się w Formule 1 – tamtego dnia miał na twarzy uśmiech i to moje ostatnie wspomnienie z nim związane – dodaje zespołowy partner z ekipy Simtek, David Brabham.

Er lebte für seinen Traum”„Żył dla swojego marzenia” – taki napis widnieje na grobie Ratzenbergera. Nie zapominajmy o nim.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here