Dziesięć weekendów ze sprintem to już za wiele, przynajmniej dla mnie. Kalendarz na sezon 2027 – optymistyczny, biorąc pod uwagę obecność wyścigów na Bliskim Wschodzie – składa się z 24 rund. Wracają Portugalia i Turcja, nie ma Barcelony, która będzie się pojawiała rotacyjnie z Belgią, a do tego mistrzostwa rozpoczynają się i kończą sprintami. Ten format zadebiutuje między innymi w Monako… Co akurat może nie być aż taką bzdurą, skoro otrzymamy jeszcze jedną sesję kwalifikacyjną. No cóż, pożyjemy, zobaczymy…
Przypominam też, że w przyszłym roku prawie wszystkie wyścigi będą krótsze – 290 kilometrów zamiast 305 (wyjątkiem jest Monako, tam pozostaje dystans 260 kilometrów). Chodzi o pojemność zbiorników paliwa, która ze względów finansowych – projekt nowego nadwozia – pozostanie bez zmian, ale w myśl poprawionych przepisów silnikowych trzeba będzie zużyć więcej paliwa w wyścigu. I bardzo dobrze, ale mam nadzieję, że od sezonu 2028 wrócimy do tradycyjnego dystansu.
Wracamy też do paru tematów z Grand Prix Hiszpanii. Madring, może i fajne wyzwanie dla kierowców, okazał się koszmarem z punktu widzenia ścigania. Oczywiście nie chodzi nam o to, żeby mieć mnóstwo sztucznego wyprzedzania – wystarczy, że szybszy kierowca będzie miał okazję, żeby spróbować ataku na wolniejszego rywala. Nowy tor w Madrycie niestety tego nie umożliwia, mimo że został zaprojektowany i zbudowany praktycznie od podstaw.
Wracamy też do kwestii wirtualnej neutralizacji, napoju w pokoju przed podium, a nawet do Grand Prix Włoch. Może nie wszyscy mieliście okazję, by w Motowizji posłuchać opinii naszego jedynego kierowcy Formuły 1.
Robert Kubica o sytuacji pomiędzy kierowcami Ferrari na pierwszym okrążeniu GP Włoch: „Jakbym był Lewisem, to pewnie bym próbował też się tam pchać, myśląc i mając nadzieję, że jednak ten twój partner zespołowy pomyśli trochę, że mamy ten sam garaż”.
„Lewis zrobił rzecz, którą powinien zrobić i nie było tam niczego nie fair”.





















