Opisywanie życia zespołu Formuły 1 z perspektywy „kreta” – dziennikarza, który uzyskuje szeroki dostęp do codziennej działalności ekipy – nie jest w ostatnich latach niczym nowym. W taki sposób mogliśmy zajrzeć za kulisy Mercedesa, teraz przyszła kolej na Red Bulla. Matt Majendie nieźle wstrzelił się w absolutnie kluczowy dla losów zespołu moment. Sezon 2025 stał pod znakiem walki o władzę i wpływy, nie brakowało dramatycznych rozstań, a budowana przez wiele lat potęga z Milton Keynes zaczęła się kruszyć i chwiać w posadach – po to, by znów nabrać wiatru w żagle, z nowym kapitanem i poważnymi zmianami w załodze.

Anatomia upadku – obserwowana oczami człowieka, który dla świata Formuły 1 pozostaje osobą z zewnątrz – została przedstawiona w bardzo sprawny sposób. W takich przypadkach brak głębszej znajomości tematu przez autora, który nie jest za pan brat z tajnikami wyścigów, może przynieść korzyści w postaci przystępnej narracji, uzupełnionej o wyjaśnienia, dzięki którym nawet czytelnicy luźno zaznajomieni z tematyką Formuły 1 mogą spokojnie przebrnąć przez lekturę i zdecydowanie poprawić poziom swojego wtajemniczenia.

Dzieje konkretnego sezonu – w tym przypadku ubiegłorocznych zmagań – są przeplatane historiami poszczególnych bohaterów i szczegółami ich pracy. Majendie przedstawia nie tylko wielkich graczy ze świecznika – jak odchodzący z zespołu Christian Horner i Adrian Newey oraz przejmujący ich stanowiska Laurent Mekies i Pierre Waché – ale także ludzi pracujących w tle: mechaników czy inżynierów.

Mam za sobą lekturę różnych książek, pisanych przez osoby „spoza branży”. W niektórych przypadkach trudno oprzeć się wrażeniu, że obecność w fabryce, garażu czy innych na co dzień niedostępnych miejscach skutkuje niepotrzebnym pompowaniem przeżyć i budowaniem atmosfery sztucznego zachwytu. W tym przypadku oszczędzono nam takich ozdobników, opowieść o sezonie 2025 jest poprowadzona z odpowiednim balansem pomiędzy objaśnianiem podstawowych zagadnień i uzupełnianiem historii o głębsze wątki, mogące zainteresować bardziej obeznanych w temacie czytelników.

Autor sprawnie łączy opisywane wydarzenia z odpowiednim tłem, przypominając na przykład karierę Helmuta Marko czy przybliżając historię wyścigów w Austrii (Ôsterreichring) albo Japonii. Ciekawymi nawiązaniami są konteksty historyczne – jak osiągnięcia japońskich kierowców w Formule 1 przy okazji perypetii Yukiego Tsunody, sukcesy Ayrtona Senny, wydarzenia z GP Abu Zabi 2021 czy GP San Marino 1994. Przedstawia wszystko w lekkostrawny sposób, a jeśli ktoś chciałby zgłębić różne historyczne wątki, to oczywiście polecam moją książkę o dziejach Formuły 1 przez pryzmat najważniejszych wyścigów w dziejach.

Pewnym minusem „W sercu Red Bulla” jest powtarzanie niektórych wątków, nawet z konkretnymi wypowiedziami różnych bohaterów. Nie zakłóca to jednak interesującej opowieści, łączącej w sobie szczegóły upadku z budową nowych fundamentów i nadziei na powrót do dawnych sukcesów. Ostatecznie nieudana próba walki o kolejny tytuł, pogoń za McLarenem w niełatwych okolicznościach, z całym chaosem i niepewnością w strukturach zespołu – tę historię warto poznać od środka.

Zamów książkę „W sercu Red Bull Racing” na LaBotiga.pl

  • atrakcyjne pakiety z innymi książkami i gadżetami o F1
  • z kodem MUNDIAL4ZA3 czwarty najtańszy produkt Wydawnictwa SQN w koszyku gratis!

„W sercu Red Bull Racing”
Autor Matt Majendie, tytuł oryginału „Inside Red Bull Racing: A season with F1’s most thrilling team”
Wydawnictwo Sine Qua Non
392 strony, oprawa miękka
Cena 59,99 zł

Fragment książki „W sercu Red Bull Racing”

Z klifu ponad Grazem zwisa bolid Red Bulla. Wygląda trochę, jakby wskazywał miejsce pracy Helmuta Marko. Z okien swojego gabinetu ma on idealny widok na wyeksponowany RB14. Bolid, nad zamocowaniem którego trudzili się bośniaccy budowlańcy, trafił na skałę na tyłach Kai 36, jednego z czterech hoteli w tym mieście należących do Marko. Obok stoi pierwszy z tej czwórki, Schlossberghotel, który od Kai 36 dzieli tylko jeden budynek. Austriak przyznaje, że nieruchomość ta nie należy do niego, po czym dodaje: „jeszcze”. Zawsze mówi z całkowicie poważną miną i przenikliwym spojrzeniem, nigdy nie wiadomo zatem, kiedy żartuje, a kiedy nie. Podczas weekendu wyścigowego wydaje się skrajnie poważny, a tak naprawdę ma potężne poczucie humoru i nie stroni od psot. Gdy wspominam o tym fakcie i dodaję, że nie zawsze przynosi to dobry efekt, on tylko wzrusza ramionami i mówi, że ma 82 lata i nie zamierza się zmieniać.

Graz jest stolicą drugiego co do wielkości kraju związkowego Austrii, Styrii, a mimo to jest miastem małym, niemalże sennym. Jego historyczne centrum wygląda jak z pocztówki i od ponad ćwierć wieku znajduje się na liście światowego dziedzictwa UNESCO. Cztery hotele Marko – dwa pozostałe to Lendhotel oraz Augarten Art Hotel – są w różnych lokalizacjach Grazu i dość nieduże, pewnie niektórzy nazwaliby je butikowymi, w każdym z nich znajduje się natomiast niesamowita kolekcja dzieł sztuki. Łącznie Marko posiada 1600 dzieł sztuki i liczba ta cały czas rośnie. Poza granicami miasta buduje dwa kolejne hotele, a jego znajomi śmieją się, że robi to tylko dlatego, że gdzieś musi całą tę swoją sztukę trzymać. Najchętniej pozyskuje prace młodych artystów, jeszcze nieodkrytych. Tylko w jednym korytarzu Kai 36 wiszą pejzaże, portret Marko oraz obraz przedstawiający zżerające się nawzajem szczury, którym przyglądają się przechodzące obok dzieci.

[…]

Obok umieszczonego na klifie RB14 stoi inne dzieło sztuki, olbrzymi czarny ogórek, zresztą krajobraz całego miasta usiany jest najróżniejszymi rzeźbami. W gabinecie Marko naprzeciwko pierwszego jego hotelu znajduje się kolejne dzieło sztuki, pełniące funkcję gigantycznego termometru. Dostęp do gabinetu położonego na czwartym piętrze uzyskuje się jedynie z windy, a skorzystanie z niej wymaga posiadania klucza. Wnętrze jest umeblowane nad wyraz prosto. Jeżeli nie liczyć zgromadzonej tu sztuki, można tez dostrzec iPada, trochę papierów i dwie miniaturki kasków Red Bulla na biurku. Marko nie jest wielkim fanem gromadzenia pamiątek związanych z F1. Dostał wiele podpisanych kasków od byłych i obecnych kierowców, ale nie trzyma ich w domu – można je oglądać w jego hotelach. W hallu wejściowym do Schlossberghotel wyeksponowano kaski czterokrotnych mistrzów świata, Sebastiana Vettela i Maxa Verstappena, natomiast w Lendhotel – ku uciesze gości – zorganizowano całą dużą wystawę kasków z F1. Okna jego gabinetu wychodzą na wszystkie strony świata, zapewniając panoramiczny widok na jego rodzinne miasto i płynącą przez nie rzekę Murę. Można powiedzieć, że ma stamtąd widok na podległe mu ziemie (jeden z dziennikarzy F1 nazywa go nawet Królem Grazu). Do pracy lubi przyjść o siódmej rano, a w skrzynce e-mailowej i tak znajduje już wiadomości od Mekiesa. Jako że nie przepada za kawą, z rana wypija Red Bulla w wersji bez cukru.

Choć ma już ponad 80 lat, zdecydowanie wierzy w potencjał młodzieży – nie tylko jeśli chodzi o sztukę, ale także o kierowców wyścigowych. Od niemal ćwierć wieku nadzoruje program rozwoju młodych zawodników i na razie nie planuje przechodzić na emeryturę. Jego umowa z Red Bullem obowiązuje do końca 2026 roku, a on chętnie ją przedłuży, jeżeli austriacka centrala Red Bulla zechce go zatrzymać. Dopóki jest zdrowy i sprawny umysłowo, zamierza jak najdłużej zajmować się interesami i motorsportem. W przyszłość patrzy z optymizmem między innymi dzięki Berniemu Ecclestone’owi, z którym przed tygodniem rozmawiał przez telefon. Anglik jest już dobrze po dziewięćdziesiątce i dawno oddał kontrolę nad F1, pozostaje jednak tak samo bystry jak zawsze. Marko widzi w nim bratnią duszę z równie szalonym poczuciem humoru. Skarży się jedynie na to, że Ecclestone mógłby mówić głośniej, ponieważ jego słuch nie jest już taki sam jak kiedyś – to pewnie nieuniknione, gdy spędza się długie dekady życia w otoczeniu głośnych samochodów.

[…]

Po swoim wypadku spędził trochę czasu z dala od motorsportu, zajmując się budowaniem własnej firmy w branży hotelowej i na rynku nieruchomości, ale w końcu znów odezwał się w nim wyścigowy zew. Został wtedy menedżerem kierowców, a później szefem zespołu. Powrót do motorsportu rozpoczął jako reprezentant Gerharda Bergera w F3, a następnie prowadził zespoły w F3000 oraz w wyścigach samochodów turystycznych. Tak oto zetknął się z Dietrichem Mateschitzem, który urodził się w odległości zaledwie kilkudziesięciu kilometrów od Grazu. Poznali się przy okazji oficjalnej prezentacji Karla Wendlingera w samochodzie F3, a Marko zaproponował wówczas Mateschitzowi, by Red Bull wszedł w sponsoring. Firma jeszcze się wtedy rozwijała, więc Mateschitz – przez Marko nazywany po prostu Didi – odmówił, twierdząc, że jest na to za wcześnie. Z tego spotkania wywiązała się jednak przyjaźń, a później i współpraca, gdy Mateschitz zapalił się do pomysłu Marko dotyczącego programu rozwoju młodych kierowców Red Bulla.

Marko tak opowiada o minionych osiągnięciach: „Nie zawsze było łatwo, ale Dietrich podejmował decyzje szybko. Niekiedy potrzebowaliśmy od niego naprawdę dużych pieniędzy, ale on nam ufał, dostrzegał nasz potencjał. Czasami, na początku, gdy jeszcze nie było tych wszystkich sukcesów, potrafił być krytyczny, ale ogólnie nas wspierał. Red Bull to był on. Może i ta firma zatrudnia 10 tysięcy osób, ale na szczycie stał on. Zbudował wyjątkowo odchudzoną strukturę zarządzania, ułatwiającą szybkie podejmowanie decyzji”.

Marko do dziś chętnie jeździ na nartach. Wybiera dni poza wakacyjnym szczytem, ponieważ na stokach panuje wówczas nieco większy spokój. Dwa lata temu nabawił się złamania biodra, dlatego teraz jak tylko się da stara się unikać ryzyka, że wjedzie w niego jakiś inny, niepanujący nad sytuacją narciarz. Do dzisiaj trochę kuleje na skutek tamtego urazu biodra, ale nie psuje mu to nastroju.

W tym tygodniu wylatuje do Austin na Grand Prix Stanów Zjednoczonych, by przyglądać się dalszym losom zespołu i Verstappena, którzy odnaleźli formę. Mimo wszystko jakoś nie ma w nim optymizmu. Nie chodzi nawet o stratę punktową do McLarenów – Marko obawia się również Mercedesa, zwłaszcza po zwycięstwie George’a Russella w Singapurze, przewiduje też, że w końcu przebudzi się Ferrari. Nie zmienia to faktu, że przyszłość widzi raczej w pozytywnych barwach, co składa na karb dwóch czynników: Verstappena i Mekiesa. „Podstawowa różnica polega na tym, że Laurent jest technikiem, i to dobrym – mówi, porównując go z Hornerem. – Stosujemy teraz inne podejście. Mekies jest skromny i prawdą jest, że pod względem technicznym jego dotychczasowy wpływ jest zerowy, ponieważ wszystkie poprawki zaczęły być planowane i przygotowywane przed jego pojawieniem się w zespole, on inaczej jednak podchodzi do swojej roli, mocniej stawia na współpracę między kierowcą i inżynierami. Max został bardziej włączony w ten proces, częściej pytamy go o zdanie. Ma za pasem sporo wyścigów, a poza tym znów się uśmiecha i tryska entuzjazmem. Sam dobry nastrój daje mu jakieś 0,2–0,3 sekundy na okrążeniu”.

Te pochwały pod adresem nowego kierownictwa można również interpretować jako krytykę poprzednich władz zespołu. Marko nie odbiera Hornerowi udziału w dotychczasowych sukcesach Red Bulla, uważa jednak, że bez niego zapanowała tam lepsza atmosfera. Swoją relację z nim komentuje następująco: „Nasze drogi się rozeszły, niestety. Nie powiedziałbym, że ktoś tu zawinił, tak po prostu wyszło. To trochę jak ze zmianą trenera piłkarskiego, nowa osoba na tym stanowisku to nowe podejście”.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here