Od początku aktualnej epoki technicznej w Formule 1 – czyli od powrotu efektu przypowierzchniowego w sezonie 2022 – rywale, mimo nieustających wysiłków, nie zdołali znaleźć recepty na Red Bulla. Zwycięski zespół oraz jego lider, Max Verstappen, biją kolejne rekordy, nie oglądając się za siebie. Niepowstrzymana machina sukcesu zaczyna się jednak psuć od środka – gdy jesienią 2022 roku zmarł założyciel biznesowego imperium, Dietrich Mateschitz, zastanawiano się, ile czasu minie, zanim pojawią się niesnaski, walka o wpływy i schedę. Niestety dla zespołu Formuły 1, nastąpiło to w zimowej przerwie przed sezonem 2024.

To znamienne, że gdy nikt z zewnątrz nie jest w stanie zagrozić absolutnej dominacji, tarcia i pęknięcia pojawiają się od środka. Sprawa, którą Red Bull – jako firma, nie jako sam wyścigowy zespół – zamknął wewnętrznym dochodzeniem, ale prowadzonym przez uznanego eksperta spoza struktur korporacji, mimo całej swojej powagi jest tutaj tylko jednym z elementów w rozgrywce, której stawką zdaje się być kontrola nad ekipą, a może i nad całą marką.

Chodzi oczywiście o rzekome niestosowne zachowania Christiana Hornera pod adresem jednej z podwładnych. Wspomniany ekspert z zewnątrz, wybitny prawnik, uznał w toku dochodzenia, że skargę na szefa należy odrzucić jako bezpodstawną. Skarżąca kobieta nie odpuszcza i tuż przed zamknięciem tego numeru „GP Racing” zapowiedziała złożenie odwołania od tej decyzji. Horner pozostaje tymczasem na stanowisku i oczywiście uchyla się od komentowania całej sprawy, ale między wierszami potwierdza, że najwyraźniej ktoś wziął go na celownik.

Z wydarzeń wokół całej sprawy jasno wynika linia podziału w zespole – gdy Jos Verstappen, ojciec mistrza świata, publicznie głosi, iż Horner powinien odejść, bo ekipie grozi wewnętrzna eksplozja, a jego syn otwarcie wspiera swojego mentora, doktora Helmuta Marko, któremu groziło zawieszenie w obowiązkach (swoją drogą ciekawe – obowiązkach szarej eminencji?), to staje się jasne, kto stoi po której stronie barykady.

Interesujące jest to, że jesienią zeszłego roku całkiem poważnie spekulowano o możliwości odejścia doświadczonego Marko, ale zaufany człowiek Mateschitza utrzymał się w grze. Parafrazując nieco cytat z pewnej polskiej komedii – „chcieliście załatwić Helmuta, to teraz Helmut załatwi was”. Wygląda na to, że w szerszej polityce firmy pojawiła się koncepcja wydzielenia zespołu wyścigowego, co dawałoby znacznie większą autonomię Hornerowi. Spójrzmy prawdzie w oczy: zestawiając wpływy i możliwości szefów zespołów, Christianowi daleko do takiego Toto Wolffa. Austriak polskiego pochodzenia jest udziałowcem w Mercedesie, bierze udział w ważnych procesach decyzyjnych, posiadał także udziały w innej ekipie, zarządzał karierami wielu kierowców. Tymczasem Horner był ledwie wykonawcą idei Mateschitza i jego prawej ręki, nieformalnego doradcy i powiernika w osobie doktora Marko. Miał niewiele do powiedzenia nawet jeśli chodzi o wybór kierowców – na przykład sprzeciwiał się zatrudnieniu Nycka de Vriesa, lecz musiał ulec. Miał oczywiście rację i Marko to przyznał, ale widać, kto miał tu więcej do powiedzenia.

Teraz prywatne sprawy Hornera wyciąga się na światło dzienne i wykorzystuje przeciwko niemu. Nie możemy osądzać wydarzeń, o których nie mamy pełnej wiedzy – i nie potrzebujemy jej, jeśli są to relacje pomiędzy dwiema dorosłymi osobami. Pamiętajmy, że nie jest tak, iż oskarżony automatycznie jest winny – chociaż nie wszyscy to najwyraźniej rozumieją. Żyjemy w świecie, w którym łatwo rzucać fałszywe oskarżenia, przyklejające się do „podejrzanego” – co również jest niewłaściwym zachowaniem ze strony osoby stawiającej się w roli ofiary.

Nie ulega też wątpliwości, że w wojnie domowej o dużą stawkę, jaką są wpływy w zespole i jego przyszłość, żadna ze stron nie waha się przed drastycznymi zagraniami. Jest to poważny sprawdzian dla najwyższych władz w firmie – i tu właśnie może tkwić największy problem, jeśli chodzi o sportowe możliwości ekipy. Red Bullem rządzą teraz spadkobiercy nieżyjących założycieli – Mark Mateschitz, syn Dietricha, oraz Chalerm Yoovidhya, syn Chaleo. Za bieżące sprawy odpowiada Oliver Mintzlaff, znany bardziej z zamiłowania do futbolu niż do wyścigów. Tajska strona biznesu opowiada się za Hornerem, austriacka raczej za Marko – którego wspierają też Verstappenowie. Czy ludzie, którzy być może nie rozumieją do końca wyścigowych realiów, będą w stanie w tym galimatiasie podjąć właściwe decyzje i postawić na właściwe osoby? Mam pewne wątpliwości, co może oznaczać koniec potęgi Red Bulla. Wiadomo, że żaden pojedynczy człowiek nie jest ważniejszy niż cały zespół – ale Max Verstappen czy Adrian Newey nie są ludźmi, których można ot tak zastąpić. W przeciwieństwie do menedżera na stanowisku szefa zespołu…

Artykuł ukazał się w polskiej edycji miesięcznika „GP Racing”.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here