Jim Clark zginął 7 kwietnia 1968 roku w wypadku na torze Hockenheim.

Nie lubię słowa „gdyby”, zwłaszcza w kontekście wyścigów samochodowych. Jednak całkowicie świadomie napiszę: gdyby nie wypadek sprzed dokładnie 50 lat, w odwiecznej dyspucie o wyższości Michaela Schumachera nad Ayrtonem Senną i vice versa obowiązkowo pojawiałby się trzeci kandydat. Jim Clark był jednym z najwybitniejszych kierowców wszech czasów, choć dziś nie wszyscy kibice dobrze znają jego osiągnięcia.

Wielu znakomitych zawodników z lat 60. wiele oddałoby za to, żeby skromny Szkot nigdy nie wychylał nosa poza rodzinne gospodarstwo w rolniczej części górzystego kraju. Niestety dla nich, Clark w wieku 20 lat nieuleczalnie zaraził się sportem samochodowym. Świetne wyniki w zawodach na szczeblu klubowym szybko otworzyły mu drzwi na wyścigowe salony. Co prawda po likwidacji fabrycznego zespołu Aston Martin nie doszło do debiutu Jimmy’ego w wyścigowych mistrzostwach świata, ale na horyzoncie czaił się Colin Chapman, który już wcześniej poznał się na talencie Szkota.

Clark i zielony Lotus: ta para dominowała na torach Formuły 1 w latach 60. Jimmy, jak wielu kierowców, nie ograniczał się jedynie do startów w mistrzostwach świata. Jednocześnie jeździł w niższych seriach (na swoją zgubę…), nie stronił od rajdów czy wyścigów w USA – wszak w 1965 roku wygrał Indianapolis 500, a rok później zajął tam drugie miejsce. Zaliczył także start w NASCAR, trzecią lokatę w 24h Le Mans, w 1964 roku wygrał brytyjskie mistrzostwa samochodów turystycznych BTCC, a także zdobył trzy tytuły mistrzowskie w rozgrywanych zimą Tasman Series w Australii i Nowej Zelandii.

Wracając jednak do samych startów w Grand Prix, Clark miał bardzo prostą taktykę: wyjść na czoło wyścigu i tak trzymać, kontrolując przewagę. W realizacji pierwszej fazy pomagały mu świetne maszyny zespołu Colina Chapmana. Niestety, obsesja tego genialnego konstruktora na punkcie oszczędzania wagi, owocująca wyjątkową delikatnością Lotusów, często uniemożliwiała mu wypełnienie punktu „tak trzymać”.

W 72 startach w wyścigowych mistrzostwach świata Clark triumfował aż 25 razy, ale w kolejnych osiemnastu startach przynajmniej przez jedno okrążenie jechał na czele. Procentowo wygrał ponad jedną trzecią Grand Prix, w których wystartował. Dla porównania, Sebastian Vettel wygrał jedną czwartą, a skuteczność Michaela Schumachera wynosi 31%. Do tego trzeba dołożyć jeszcze 33 wygrane czasówki i 48 startów z pierwszego rządu oraz 28 najszybszych okrążeń w wyścigach. Rekord w liczbie zdobytych Wielkich Szlemów, czyli zwycięstw po starcie z pole position, przejechaniu całego dystansu na czele i uzyskaniu najlepszego czasu okrążenia, wciąż należy do niego. Clark dokonał takiej sztuki osiem razy i chociaż już sześciu kierowców poprawiło jego osiągnięcie 25 wygranych Grand Prix, żaden nie zdobył większej liczby Wielkich Szlemów.

Statystyka byłaby jeszcze bardziej miażdżąca, gdyby nie ułomności kolejnych dzieci geniuszu Chapmana. Listę nieukończonych wyścigów opatrzonych przyczyną odpadnięcia Clarka z rywalizacji czyta się niczym książkę serwisową wyjątkowego rzęcha: wyciek oleju, awaria zawieszenia, sprzęgło, skrzynia biegów, silnik, zapłon, mechanizm różnicowy – i tylko dwa wypadki.

Pierwszy z nich był wyjątkowo tragiczny – w GP Włoch 1961 Clark zderzył się przed zakrętem Parabolica z Wolfgangiem von Tripsem. Ferrari Niemca przekoziołkowało przez strefę dla kibiców, zabijając kilkunastu fanów i kierowcę. Clarkowi nic się stało, poza wstrząsem dla młodej psychiki. Potem przez długie lata los, niezbyt w tamtych czasach przychylny zawodnikom wyścigowym, oszczędzał Szkota, w czym poza ewentualnym szczęściem z pewnością pomagały jego wyjątkowe umiejętności za kierownicą.

Wystarczy wspomnieć o wydarzeniu, które zapamiętałem po lekturze jednego z tekstów Piotra Podhajskiego, zwanego też „Wielkim Wodzem” – znawcy historii F1 i wielkiego fana Clarka. Wspomniał on, jak w czasie testów na Snetterton Clark dwukrotnie stracił panowanie nad samochodem w tym samym zakręcie i dwukrotnie potrafił nim wcelować w niewiele większą od auta dziurę w nasypie, pomagając sobie hamulcem podczas niekontrolowanych piruetów po torze i poboczu.

Liczne sukcesy nie zawróciły w głowie Clarkowi. Pozostał nieśmiałym, szczerym „rolnikiem”, jak sam siebie określał. – Jimmy był bardzo, bardzo cichy – wspomina jeden z jego mechaników, Cedric Selzer. – Miał swój krąg przyjaciół, dość ograniczony. Nawet Graham Hill [od sezonu 1967 zespołowy partner Clarka], z którym dobrze się dogadywał, nie był wielkim kumplem Jimmy’ego. Jimmy był raczej typem odludka.

Małomówność nie przeszkadzała jednak Clarkowi w szybkiej jeździe. – Mieliśmy taki problem, że kiedy Jimmy napotykał na jakiś problem z samochodem, szybko znajdował sposób na obejście tego i to znacznie utrudniało usuwanie problemów – przybliża Selzer geniusz Szkota. – Potrafił poprosić o zwiększenie ciśnienia w tylnych oponach i podniesienie sztywności tylnego stabilizatora, po czym wyjeżdżał na tor i poprawiał się o pół sekundy. Nigdy nie wiedziałem, czy to dzięki niemu, czy samochód naprawdę się poprawił!

Clark błyszczał w każdych warunkach. W potwornej ulewie na Spa-Francorchamps w 1963 roku pokonał najbliższego rywala – Bruce’a McLarena – o niemal pięć minut i wygrał na torze, na którym rok wcześniej triumfował po raz pierwszy. W tym samym roku na Nürburgringu silnik Climax w samochodzie Szkota pracował na siedmiu cylindrach, a mimo tego „rolnik” dojechał do mety na drugim miejscu – był to zresztą jedyny raz, kiedy ukończył Grand Prix na pozycji pierwszego przegranego.

Jednak nie ze wszystkimi problemami Clark mógł się samodzielnie uporać. Do swojej kolekcji dwóch mistrzowskich tytułów mógł dorzucić jeszcze drugie tyle, gdyby nie defekty Lotusa w decydujących wyścigach w latach 1962 i 1964. W 1967 roku wygrał cztery wyścigi z jedenastu, ale aż pięć razy nie dojechał do mety w wyniku awarii. Sezon 1968 miał być jego, rozpoczął go 1 stycznia od zwycięstwa w Grand Prix Południowej Afryki. Był to jego ostatni start w Formule 1 – druga runda mistrzostw świata zaplanowana była na 12 maja, a 7 kwietnia zespół Lotusa startował w zawodach Formuły 2 na Hockenheim.

Niemiecki obiekt funkcjonował wówczas w pełnej krasie, z długimi prostymi przez nadreński las. Na jednej z nich, wiodącej do zakrętu Ostkurve, Lotus Clarka zatańczył wściekle na torze i kierowca nie zdołał go opanować. Barier nie było i samochód uderzył bokiem w drzewo. Jadący za Szkotem Chris Amon nie widział wypadku. – Jeśli coś takiego może się przydarzyć Jimmy’emu, jakie szanse ma reszta z nas? – mówił potem wstrząśnięty Nowozelandczyk.

Oficjalnie Clark wypadł z toru w wyniku defektu opony, ale późniejsze analizy dowiodły, że ogumienie zostało uszkodzone dopiero w trakcie wypadku. Być może awarii uległo tylne zawieszenie? – Pamiętam wizytę na przyjęciu, podczas którego poznałem Juana Manuela Fangio – wspominał mechanik Clarka, Selzer. – On bardzo mądrze interpretował wyścigi. Powiedział mi dwie rzeczy: Jimmy wypadł [na Hockenheim w 1968 roku], bo coś się zepsuło z tyłu auta. Gdy coś psuje się z przodu, można z tego wyjść. Poza tym powiedział mi, że Jimmy był największym kierowcą wyścigowym wszech czasów. Coś takiego z ust Fangio było niesamowite. Nie można dostać lepszej rekomendacji.

2 KOMENTARZE

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here