Odniesienie zwycięstwa numer 44 w Formule 1 szło Lewisowi Hamiltonowi jak nie przymierzając krew z nosa i zajęło – bagatela – siedem miesięcy. Kiedy jednak w Monako Anglik dopiął swego, to pięć kolejnych triumfów wyczarował w następnych sześciu startach, z zabójczą skutecznością najpierw ścigając, a teraz dystansując Nico Rosberga. 160 punktów zdobytych przez jego rywala w ciągu dwóch miesięcy musiało dosłownie i w przenośni zwalić Niemca na kolana. Czy zdoła się jeszcze z nich podnieść? Z „pomocą” Lewisa i innych czynników zewnętrznych być może, bez niej jakoś tego nie widzę.

Mistrz się pomylił
Żeby nie było, weekend Hamiltona w Niemczech wcale nie był idealny. Nie wyszły mu przykładowo kwalifikacje. Po dwóch pierwszych segmentach czasówki pachniało pole position Anglika, tymczasem w trzeciej musiał pogodzić się z porażką. I to pomimo tego, że Nico zaliczył tylko jeden przejazd. Po pierwszym sektorze ostatniego szybkiego kółka mistrz świata miał co prawda 0,1 sekundy przewagi, ale w nawrocie przyblokował koła i mógł zapomnieć o pierwszej pozycji startowej. – Nie miałem żadnych problemów. Nie przyblokowałem koła. To był jedynie taki subtelny moment. Nawet nie straciłem czasu – ironizował Hamilton, nabuzowany przegraną w czasówce.

Następnego dnia zamierzał powetować sobie wszelkie straty. – W pierwszym zakręcie zmieści się tylko jeden samochód. Na szczęście tutaj można wyprzedzać – podkreślał w sobotnie popołudnie.

Jak się okazało, pomylił się zarówno co do pierwszej (Max Verstappen i Daniel Ricciardo), jak i drugiej (Rosberg) kwestii. Tyle tylko, że jego zupełnie one nie dotyczyły. Mistrz świata popisał się bowiem znakomitym startem i przez resztę popołudnia jego rywale oglądali co najwyżej tylne skrzydło jego Srebrnej Strzały. – Lewis jest bardzo utalentowany i szybki. Kiedy ma swój dzień, jest nie do pokonania – stwierdził krótko Toto Wolff, podsumowując występ Hamiltona. Otóż to…

Keke nadal lepszy
Nico Rosberg przyjechał do Hockenheim z mocnym postanowieniem przerwania seryjnych sukcesów Lewisa Hamiltona, trwających z drobną przerwą od Monako. Chęci były, nadzieje i oczekiwania również. Tyle tylko, że pary wystarczyło mu jedynie do soboty.

Zdobycie pole position stanowiło krok we właściwym kierunku, więc Nico miał powody do zadowolenia. Nie tylko dlatego, że okoliczności były dalekie od perfekcyjnych. – Poza dodatkową presją, wiozłem za sobą więcej paliwa. Tak na wszelki wypadek, gdyby coś poszło nie tak, chciałem przejechać drugie kółko – tłumaczył Rosberg, który wygrał czasówkę na Hockenheim trzy dekady do ostatnim pole position swojego ojca. – To prawda, że pobiłem większość rekordów mojego taty, ale w tej najważniejszej statystyce to on jest lepszy – konstatował podczas spotkania z dziennikarzami Nico, odnosząc się do kwestii tytułu mistrza świata.

Łatwo? Ależ skąd!
Niedziela miała przybliżyć go do tego celu. Niestety, po raz drugi z rzędu Rosberg przegrał wyścig już na starcie, mogąc jedynie bezradnie przyglądać się wyprzedzającym go kolejno rywalom. Lewisowi, Danielowi, a wreszcie Maksowi… – Nie rozumiem, co się stało. Koła zaczęły się kręcić w miejscu – relacjonował później Nico.

Po takim starcie zapowiadało się pracowite popołudnie. Kluczem było uporanie się z Red Bullami. W uszach Rosberga zapewne dźwięczały słowa Lewisa, który po sobotniej porażce podkreślał, że „wyprzedzanie na Hockenheim jest jednym z łatwiejszych”. No cóż, może i tak, ale Nico jakoś nie mógł sobie poradzić z jadącym przed nim Ricciardo, choć jeden z ich pojedynków okazał się niezwykle widowiskowy.

Otworzył drzwi
Jeśli nie bezpośrednie starcie, to może strategia? Akcja podcinająca podczas drugiej serii pit stopów przyniosła skutek. Ściągnięty okrążenie później do alei serwisowej Verstappen wyjechał co prawda tuż przed nosem Rosberga, ale Niemiec miał go na wyciągnięcie ręki i przed nawrotem przypuścił atak po wewnętrznej. Późny, bardzo głęboki. W dużym stopniu przypominający starcie z Hamiltonem w Austrii. Z tą różnicą, że tym razem Nico wcześniej złożył się w zakręt, a Max (znowu zmieniający kierunek w strefie hamowania) zamiast skrętu i kolizji wybrał pobocze.

– Przez chwilę miałem wrażenie, że Nico we mnie wjedzie, więc otworzyłem drzwi. On jednak nie skręcił i wypchnął mnie z toru. Gdybym normalnie skręcił, doszłoby do kolizji – wyjaśniał Max, na Węgrzech sam oskarżany o niebezpieczne manewry. Pięciosekundowa kara stanowiła gwóźdź do trumny dla marzeń Rosberga o czymś więcej niż czwarta lokata. Na sprawę stopera spuśćmy już zasłonę milczenia.

Za dużo polityki
Z jednej strony wszyscy zarzucają Rosbergowi, że w pojedynkach jeden na jeden jest zbyt miękki, z drugiej kiedy próbuje stawiać rywalom twardsze warunki, spadają na niego kary. Z jednej strony wszyscy chcą oglądać więcej bezpośredniej walki, z drugiej kierowcy mogą coraz mniej. Co więcej, nie do końca wiedzą, co im wolno, a czego nie. Do tego dochodzi jeszcze niekonsekwentna ocena podobnych incydentów ze strony sędziów. Można oszaleć.

Zgoda, że niektóre zachowania należy piętnować. Mam jednak wrażenie, że czasami ingerencja sędziów w wydarzenia na torze idzie zbyt daleko, a chyba nie chcemy wylać dziecka z kąpielą. Przepisy muszą być spójne, ale przede wszystkim jasne. Dla wszystkich. Innymi słowy, mniej polityki i zielonych stolików, a więcej sportu.

Łatwo przyszło, łatwo poszło
Hockenheim przyniosło kolejny cios, podkopujący pewność siebie Rosberga. Wcześniej mieliśmy nieporadność w zmiennych warunkach, kilka starć z Lewisem, w których górą był Anglik, no i nieszczęsną kolizję w Austrii. Jej skutki niewątpliwie wpłynęły na stan ducha Nico, a awantura z Niemiec z pewnością jeszcze nadszarpnie jego poczucie własnej wartości.

Owszem, początek sezonu wyszedł mu znakomicie. Wygrywał jak chciał, działo się tak jednak głównie za sprawą kłopotów Hamiltona. Gdy rywal zaczął jeździć, Nico wpadł w tarapaty, z których jakoś nie może się wykaraskać. Podsumowując, nie sztuka wygrywać, gdy pędzisz na czele, a rywal ma kłopoty. Prawdziwe mistrzostwo wykuwa się w trudzie i znoju. Obawiam się, że jak na kandydata do tytułu, arsenał możliwości Rosberga – szczególnie, że za przeciwnika ma tak szybkiego i wyrafinowanego kierowcę jak Hamilton – jest po prostu zbyt skromny.

Nie zmienia to faktu, że nie może go jeszcze przekreślać. Druga połowa sezonu wcale nie musi być mniej zaskakująca niż pierwsza, aczkolwiek jestem przekonany, że teraz Rosbergowi wygrywanie będzie przychodziło znacznie trudniej.

Wzajemne korzyści
Max Verstappen graczem zespołowym? Na Hockenheim Holender pokazał inną twarz od tej znanej dotychczas. Wątpię, żeby to była stała tendencja, ale w Niemczech Max i Daniel zagrali w jednej drużynie i po raz pierwszy stanęli wspólnie na podium, zrzucając przy okazji Ferrari z drugiej pozycji w mistrzostwach świata. – Jestem zachwycony, ponieważ drugi weekend z rzędu stoję na podium – cieszył się z drugiej pozycji Ricciardo, świętujący na Hockenheim swój setny start w F1.

Gołym okiem widać, że wzajemna presja pozytywnie ich motywuje, zmuszając do jazdy na pełnych obrotach. Co więcej, obaj mogą się od siebie uczyć. Nie tylko Max. Daniel również, ponieważ pod pewnymi względami Verstappen jest lepiej przystosowany do życia w świecie, w którymi roi się od piranii. W F1 rzadko zwyciężają mili chłopcy, tu trzeba być łobuziakiem i egocentrykiem, nabrać wyścigowego wyrachowania. Daniel musi sobie to wziąć poważnie do serca.

Przed Ferrari
Wróćmy jednak to tego, co działo się na Hockenheim. W kwalifikacjach Daniel i Max wbili się pomiędzy Mercedesy i Ferrari. Lepszy znowu okazał się Australijczyk, który podniósł stan rywalizacji ze swoim holenderskim kolegą na 7:1. Po starcie górą był za to Verstappen, który po zewnętrznej pierwszego zakrętu przejął drugą lokatę. Australijczyk nie robił większych problemów. Obaj mieli bowiem na głowie Rosberga.

W znacznej mierze właśnie dzięki zespołowej grze zdołali utrzymać go do mety za sobą. Poproszony o przepuszczenie szybszego kolegi, Verstappen wykazał się pełnym zrozumieniem sytuacji. – Kluczową sprawą był dla nas finisz przed Ferrari i to się udało. Co więcej, dotrzymywaliśmy nawet kroku Mercedesom, utrzymując Nico za nami – podkreślał Max na mecie.

Na wyrost
Największym rozczarowaniem weekendu okazało się Ferrari. Który to już zresztą raz? W Niemczech nastąpiło to, na co zapowiadało się od dawna – po kolejnym przegranym pojedynku z Red Bullem Włosi stracili drugą lokatę w mistrzostwach świata konstruktorów. Przy czym 14-punktowa strata to najmniejszy akurat problem Scuderii. W Maranello chyba powinni się przyzwyczajać do perspektywy najniższego stopnia podium, bo Czerwone Byki są naprawdę coraz groźniejsze.

– Trzecie miejsce byłoby fantastyczne – przyznawał przed weekendem Sebastian Vettel. Jak się okazało, były to marzenia na wyrost i piąta lokata była wszystkim, na co czterokrotny mistrz świata mógł liczyć. Konkurencja znalazła się bowiem poza jego zasięgiem. Dobrze, że przynajmniej udało mu się na starcie wskoczyć przed Kimiego Räikkönena. W takiej kolejności panowie osiągnęli zresztą metę.

Konsternacja
I cóż, może na torze ekipa Ferrari nie błyszczała, za to w przekazach radiowych i owszem. – Odmawiam. Opony są jeszcze w niezłym stanie – stwierdził Vettel, poproszony do zjazd do alei serwisowej. Dalej było jeszcze ciekawiej. – To jedyny sposób, żeby kogoś podciąć – argumentował inżynier, wprawiając Niemca w lekką konsternację. – Oni są lata świetlne przed nami. Kogo chcecie podciąć? – dopytywał Vettel. – Verstappena – usłyszał w odpowiedzi. – Zostaję jeszcze na kilka okrążeń – odparł Niemiec. Szkoda, że nie mogliśmy w tym momencie zobaczyć wyrazu jego twarzy. Mam wrażenie, że gdyby Niemiec mógł w tym momencie coś pokazać, to byłoby to palec, ale zupełnie inny od tego, którego demonstruje po zwycięstwie.

Mniejszym sprytem wykazał się w samej końcówce: kończąc 66. okrążenie, od razu zwolnił i zaczął zbierać szczątki gumy na opony w typowej procedurze po minięciu linii mety. Dopiero po kilkunastu sekundach zorientował się, że musi przejechać jeszcze jedno okrążenie… Na jego szczęście Kimi i reszta rywali byli daleko: stracił jakieś sześć sekund na swoim gapiostwie, ale przynajmniej utrzymał piątą lokatę…

4 KOMENTARZE

  1. RedBull udowadnia, że gdyby w zeszłym sezonie i jeszcze poprzednim mieli porządne silniki, to aerodynamicznie są znakomici. Plus oczywiście kierowcy. Gdyby wtedy Vettel został w RedB. może walczyłby o 5 i 6 tytuł, przyjmując oczywiście powyższe co napisałem o silniku.

  2. Oto właśnie chodzi, teraz Max i Daniel naciskają na siebie i przez to obaj jeżdżą szybciej, lepiej. To samo Nico i Lewis. Ferrari konserwatywnie podchodzi do tematu, wolą mieć spokój w zespole, to tak wychodzi. Kimi choć jeździ w tym roku lepiej niż w poprzednim sezonie, to mimo wszystko tutaj nie ma takiego naciskania na siebie jak w Mercedesach i Red Bullach. To jest jedna z przyczyn pikowania w dół Ferrari. Gdy kierowcy naciskają na siebie i wyciągają absolutne maksimum z bolidu, to też łatwiej się bolid rozwija o czym mówił Toto Wolff po przedłużeniu kontraktu z Nico. W Ferrari tego nie widzę, a do tego nie wiem czy naciskany Seb poradziłby sobie psychicznie, czy na niego to tak dobrze działa jak w duetach Red Bulla i Mercedesa? Chyba nie bardzo, co pokazał w 2014 roku…

Comments are closed.