Po 16-letniej przerwie ekipa Ferrari zdobyła Monako, sięgając na ulicach księstwa po podwójne zwycięstwo – pierwszy linię mety minął jednak nie zdobywca pole position, czyli Kimi Räikkönen, lecz Sebastian Vettel. Taka kolejność wzbudziła naturalnie kontrowersje wokół strategii włoskiej stajni, kładąc się cieniem na sukcesie ekipy z Maranello. W niczym nie zmienia to jednak faktu, że w niedzielę wygrał szybszy kierowca, który – tak się składa – jest również liderem mistrzostw świata. – Teraz przynajmniej wiedzą, co ja czułem w takich sytuacjach – skwitował całe zamieszanie Toto Wolff.

Zanim przejdziemy do sedna wydarzeń z księstwa hazardu, na początek refleksja natury ogólnej – jeżeli ktoś miał jeszcze jakieś wątpliwości, kto aktualnie dysponuje najlepszym samochodem w Formule 1, to Monako chyba ostatecznie je rozwiało. W przeciwieństwie do „kapryśnej diwy”, czerwona bogini okazała się bowiem szybka w każdym z dotychczasowych wyścigów. Nic dziwnego, że czterokrotny mistrz świata nie spadł jeszcze nigdy poniżej drugiej lokaty. W Księstwie przewaga włoskiej stajni nad Mercedesem po raz pierwszy była jednak aż tak czytelna. Na krętej pętli niewątpliwym atutem był krótszy (w porównaniu z Srebrną Strzałą) rozstaw osi, aczkolwiek najistotniejszą sprawą było to, że Vettel i Räikkönen mogli znacznie efektywniej wykorzystać atuty ultramiękkiej mieszanki, kluczowej na ulicach Księstwa.

No cóż, wygląda na to, że o losach mistrzowskich laurów może przesądzić lepsze zrozumienie charakterystyki nowej generacji opon Pirelli. Jeśli Mercedesowi marzy się przedłużenie swojego panowania w Formule 1, musi szybko znaleźć skuteczną receptę na trapiące go kłopoty. Pewnie, że w kalendarzu znajdują się tory, pod które Srebrne Strzały są wprost skrojone, ale żeby myśleć o tytułach, trzeba być konkurencyjnym w każdych okolicznościach. W przeciwnym razie Lewis Hamilton i Valtteri Bottas znajdą się na straconej pozycji.

Nie ma zmiłuj
Co najlepszego spotkało Räikkönena w Monako? No cóż, z przymrużeniem oka rzecz ujmując to, że trofeum na podium wręczała mu księżna Charlene. Sęk w tym, że nawet jej osobisty urok nie był w stanie osłodzić „Icemanowi” goryczy porażki. Wydawało się, że po starcie z pole position i wygranym sprincie do Świętej Dewotki Fin w końcu sięgnie po swoje pierwsze od 2013 roku zwycięstwo, tymczasem sprzątnął mu ją sprzed nosa Vettel. Minorowa mina, chłodne gesty i jeszcze bardziej lakoniczne wypowiedzi niż zwykle zdradzały, że „Iceman” był zaskoczony i zdezorientowany takim obrotem sprawy. Przyznam, że natychmiast przypomniał mi się Rubens Barrichello, który w 2009 roku przegrał z Jensonem Buttonem wyścig w Hiszpanii, będąc święcie przekonanym, że zespół spłatał mu brzydkiego figla. Tak to zresztą na pierwszy rzut oka wyglądało.

No to jak, czy Ferrari z premedytacją zmieniło kolejność swoich kierowców, poświęcając Räikkönena, czy może o takim, a nie innym wyniku przesądziły okoliczności oraz to, że Vettel był po prostu szybszy? No cóż, odpowiedź nie jest ani prosta, ani jednoznaczna.

Zacznijmy od tego, że Formuła 1 nie jest sentymentalną zabawą dla grzecznych chłopców (i dziewczynek), lecz twardzieli, którzy zrobią absolutnie wszystko, żeby dopiąć swego. Może nam się to nie podobać, ale taka jest F1. Cyniczna i bezwzględna, z naszpikowanym makiawelizmem DNA. Żadna z wielkich ekip nie wydaje gigantycznych sum dla zabawy. Czasy kierowców w muszkach, inżynierów składających samochody w mikroskopijnych warsztatach i zespołów, w których panowała niemal rodzinna atmosfera dawno minęły. Dzisiejsza F1 to wysoko wyspecjalizowany biznes, obliczony na sukces, który przekłada się na wymierne, łatwo policzalne korzyści. Szefowie mają jasno określony cel, który trzeba zrealizować i tyle. Nie ma zmiłuj.

Rezultat marzeń
Po wyścigu Hamilton stwierdził, że Ferrari wskazało kierowcę numer 1. I to prawda, z tą różnicą, że zrobiło to już dawno temu. Powiedzmy sobie wprost, włoska ekipa została zbudowana wokół Vettela, którego zatrudniono po to, żeby zdobywał dla stajni z Maranello kolejne tytuły. Nie chcę wchodzić w rolę adwokata włoskiej stajni, ale dodam jeszcze tyle, że od kiedy pamiętam, walcząc o najwyższe cele, Ferrari zawsze sięgało po sprawdzoną metodę – w zespole był lider i kierowca, który mu pomagał. Nawet jeśli nikt tego nie mówił głośno, role były jasno rozpisane. Jeśli nie od początku, to przynajmniej od pewnego etapu. Ferrari nie jest zresztą w tej kwestii żadnym wyjątkiem. Odstępstwa od tej reguły były możliwe, ale głównie wtedy, gdy stawka była niższa. To jedna strona medalu.

Z drugiej rodzi się pytanie, czy Räikkönen mógł wygrać ten wyścig? Gdyby zespół tego chciał, zapewne zrobiłby wszystko, aby tak się stało. Nikt nie zaprzeczy, iż zdobywając pole position „Iceman” pomieszał swojej ekipie szyki. Jest bowiem oczywiste, że Ferrari wolałoby, aby to liderujący w generalce Vettel wygrał czasówkę i wyścig, w pełni dyskontując kłopoty Hamiltona. To logiczne z punktu widzenia walki o mistrzowskie laury, zwłaszcza w kontekście kar za wymianę elementów jednostki napędowej, które w przypadku włoskiej stajni znajdują się na limicie. Nie oznacza to jednak jeszcze, że Räikkönen został wystawiony. W całej sprawie rolę odegrały bowiem okoliczności, aczkolwiek szalę zwycięstwa na stronę czterokrotnego mistrza świata przechyliło to, że obiektywnie rzecz biorąc był po prostu szybszy od Fina. Nie tylko w niedzielę, ale w zasadzie przez cały weekend. Wpadkę zaliczył jedynie podczas kwalifikacji, co skrzętnie wykorzystał Kimi.

Problem okna
Zacznijmy od tego, co wiemy na pewno. Otóż przedwyścigowe ustalenia zakładały, że lider pierwszy zjeżdża do alei serwisowej. Zwykle tak strategia stanowi gwarancję, że pozostanie on na czele. W Monako sytuacja wyglądała trochę inaczej, ale o tym za chwilę.

Start przebiegł bez zakłóceń. Kimi przejął prowadzenie i mknął na czele, realizując taktykę polegająca na odskoczeniu od jadącego na trzeciej pozycji Bottasa. Do pewnego momentu wszystko szło sprawnie. Po 16 okrążeniach strata Fina z #77 do jego rodaka z #7 wynosiła 7,8 sekundy. Potem jednak czerwoni wpadli w korek, przez który nie przeciskali się zbyt energicznie. Od 22. kółka Kimi wyraźnie zgubił rytm, tracąc cenne sekundy. Czy była to wina zużywających się opon? Nie do końca, ponieważ czasy niektórych sektorów mówiły co innego. Tak czy owak na 27. rundzie Bottas zbliżył się do podróżującego za Räikkönenem Vettela na 1,5 sekundy.

Na kolejnych pięciu okrążeniach dzieląca ich różnica wzrosła do 4 sekund, więc ryzyko ewentualnego podcięcia zniknęło. Valtteri skierował się zresztą wtedy do alei serwisowej, reagując na pit stop Maksa Verstappena. Na kolejnym okrążeniu Ferrari ściągnęło Kimiego, na sprawę trzeba jednak spojrzeć nie tyle w kontekście Bottasa, co Carlosa Sainza i Daniela Ricciardo. Z jednej strony Włosi musieli bowiem obserwować różnicę dzielącą Kimiego i Seba od Hiszpana, istniało bowiem ryzyko, że jeśli Räikkönen zgubi jeszcze parę sekund, on i Vettel po swoich pit stopach utkną za Sainzem. Z drugiej musieli uważać na rozpędzającego się Australijczyka. W obu przypadkach problem bardziej dotyczył naturalnie Vettela. To mogło przesądzić o zaproszeniu Räikkönena (na 34. okrążeniu) po mieszankę z czerwonym paskiem.

Matematyka nie kłamie
W normalnych warunkach taki zabieg powinien zapewnić Kimiemu przewagę – nawet pomimo wyjątkowo wolnego okrążenia zjazdowego (1.34,0). Tyle tylko, że w Monako występowały problemy z dogrzewaniem ogumienia i jak się okazało stare, rozgrzane ultramiękkie opony spisywały się lepiej niż świeże, ale potrzebujące czasu na złapanie odpowiedniej temperatury gumy z czerwonym paskiem. Na domiar złego na kółku wyjazdowym Kimi nadział się jeszcze na Jensona Buttona i Pascala Wehrleina. W tym momencie wygrana ciągle jeszcze była w jego zasięgu.

Jeżeli zespoły faktycznie miały kłopoty z oceną możliwości obu mieszanek (wskazuje na to próba podcięcia ze strony Verstappena i reakcja Bottasa), to kolejne okrążenia przyniosły odpowiedź. Myślę, że wtedy wykiełkowała w ekipie Ferrari myśl, aby Sebastian spróbował przeskoczyć Kimiego.

Jak? Czterokrotny mistrz świata podkręcił tempo, przejeżdżając jeszcze pięć okrążeń, z czego na 37. i 38. urwał sekundę, a na zjazdowym dorzucił jeszcze cztery dziesiąte. W trakcie pit stopu zaoszczędził kolejne pół sekundy i wrócił na tor przed „Icemanem”. – Wynik byłby taki sam bez względu na to, czy Seb wykonałby pit stop wcześniej niż Kimi, czy też później. Był po prostu szybszy – przekonywał po wszystkim Maurizio Arrivabene. Co do tego ostatniego pełna zgoda. Jeśli chodzi o pierwsza część wypowiedzi, to już niekoniecznie. Tak czy siak, Ferrari i tak znalazłoby się w kropce. Nie wiem, czy nie większej. Wyobraźmy sobie bowiem sytuację, że Vettel podcina Räikkönena i wygrywa. Burza byłaby wtedy nieporównywalnie większa.

– Nie planowaliśmy tego. To był jeden z tych przypadków, gdy przewagę dawało dłuższe pozostanie na torze. Dzisiaj zadziałało to na moją korzyść. Jestem szczęśliwy, aczkolwiek rozumiem rozczarowanie Kimiego. Byłem jednak naprawdę zaskoczony, że znalazłem się przed nim – tłumaczył po wyścigu Vettel. Swoją drogą, jestem ciekaw, co by się stało, gdyby kolejność pozostała bez zmian? Czy Ferrari nie pokusiłoby się jednak o ustawienie kolejności? To pytanie pozostanie bez odpowiedzi.

Ślizgający się Lewis
Na występie Hamiltona w Monako zaważyły kłopoty z dogrzewaniem ultramiękkiej mieszanki. Brzmi znajomo? Ano właśnie. Siódme miejsce po koszmarnej czasówce i „bezsennej nocy”, należy uznać za sukces, ponieważ Anglik zminimalizował straty. – Nie wygrałem wyścigu, nie powiem, żebym setnie się ubawił, ale jestem naprawdę zadowolony – oświadczył trzykrotny mistrz świata, dodając, że „wojna nie jest skończona”. Powody do zmartwienia oczywiście są, ponieważ Bottas po raz kolejny (podobnie było w Soczi) pokazał, że gdy pojawiają się problemy z dogrzewaniem opon, jest w stanie wycisnąć z kapryśnej diwy więcej niż Lewis.

Obecne od początku sezonu kłopoty ekipy Mercedesa z wstrzeleniem się w optymalny zakres pracy opon, szczególnie widoczne w przypadku ultramiękkiej mieszanki, w Monako dały o sobie znać ze wzmożoną siłą. Przy czym, podobnie jak w Soczi, mocniej dotknęły one Hamiltona. Problemy zaczęły się od popołudniowego czwartkowego treningu, w którym mistrzowie świata pogubili się z ustawieniami.

W sobotę trzeba było odkręcać sprawę i kiedy wydawało się, że sprawy poszły w dobrą stronę, w kwalifikacjach dramat Lewisa osiągnął swoje apogeum. Anglik w żaden sposób nie mógł dogadać się z ultramiękką mieszanką i ślizgając się niemiłosiernie, tylko dzięki swoje klasie przetrwał momenty w Massenet i Casino. Gdy w końcu udało mu się złapać odrobinę przyczepności musiał odpuścić, ponieważ przy basenie rozbił się Stoffel Vandoorne. – W ogóle nie miałem przyczepności – podkreślał. – Byłem zdruzgotany, nie mogłem wysiąść z samochodu. Sprawa jest skomplikowana – zaznaczył i dodał, że praca opon w jego Srebrnej Strzale jest zadziwiająca: – To nie jest kwestia przedniej lub tylnej osi. Najpierw jedna opona wypada z okna, potem inna, a później nagle wszystkie znalazły się poza optymalnym zakresem temperatur.

To nie koniec
Jak się okazało, różnice w ustawieniach pomiędzy samochodami Lewisa i Valtteriego, który zdołał przezwyciężyć trudności i wywalczył trzeci czas, były znikome. Nie jest wykluczone, że problemy spowodował jakiś detal, ale trzeba również wziąć pod uwagę również i to, że styl jazdy Lewisa jest bardziej podatny na problemy z dogrzewaniem ogumienia. – Trudno zrozumieć, jak to jest możliwe, że w jednym samochodzie opony pracują, a w drugim nie – podkreślał.

W niedzielę Anglikowi pozostało minimalizowanie strat. Jego nadzieje na to, że Bottas rzuci wyzwanie kierowcom Ferrari, okazały się płonne. Pierwszą połowę wyścigu spędził za Daniiłem Kwiatem, a gdy Rosjanin zjechał do alei serwisowej, przejechał jeszcze dziesięć okrążeń, co pozwoliło mu przeskoczyć nie tylko kierowcę Toro Rosso, ale także duet Haasa. Na finiszu znalazł na plecach Sainza. Nie mając większych szans na wyprzedzenie Hiszpana, darował sobie zbędne ryzyko. Słusznie, bowiem ewentualna utrata sześciu punktów w perspektywie sezonu mogłaby w okazać się brzemienna w skutki. – Wojna jeszcze nie jest skończona. Mamy przed sobą maraton, a nie sprint – podkreślił trzykrotny mistrz świata.

Bolesna strata
Jak ocenić występ Bottasa? Z pewnością warto podkreślić, że Fin całkiem nieźle zapanował nad ultramiękkimi oponami, wspinając się w kwalifikacjach na wyżyny swoich możliwości. Myślę, że jego okrążenie z Q3 było jednym z lepszych, jakie w tym sezonie oglądaliśmy. Valtteri złapał temperaturę i nie tylko wszedł do decydującej części czasówki, ale odegrał w niej jedną z głównych ról, ocierając się nawet o pole position (przegrał z Kimim różnicą 0,045 sekundy). – To było wszystko, co mogłem dzisiaj zrobić – podkreślał autor trzeciego czasu, natychmiast stając się największą nadzieją Lewisa.

W niedzielę tak różowo już nie było, Bottas finiszował bowiem na czwartej pozycji, przegrywając walkę o podium z Ricciardo. Rozczarowanie? Jak na gościa, któremu jeszcze nigdy nie udało się zdobyć punktów w Monako, nie. Poza tym warto mieć na uwadze to, iż mając na ogonie dwóch kierowców Red Bulla, Fin od początku stał na straconej pozycji. Prawdę mówiąc, powinien się cieszyć, że Verstappen nie popisał się na okrążeniu wyjazdowym po swoim pit stopie, ponieważ wtedy wylądowałby na piątej pozycji. – Powiedziałbym, że była to bolesna utrata pierwszego podium w Monako – stwierdził Valtteri.

Inna perspektywa
Jak to okoliczności zmieniają perspektywę. Gdy przed rokiem Ricciardo wymknęło się z rąk zwycięstwo w Księstwie, był zły i rozgoryczony. Tym razem cieszył się z najniższego stopnia podium, choć gdyby nie „głupi błąd” ekipy Red Bulla w czasówce, być może zdołałby powalczyć o coś więcej niż trzecia lokata. Co się wydarzyło w czasówce? – Strategia polegała na tym, żeby przejechać szybkie kółko wyjazdowe i dogrzać opony, tymczasem utknąłem w korku. Za mną tor był czysty, wygląda zatem na to, że popełniliśmy głupi błąd – tłumaczył Dan, nie kryjąc rozczarowania piątą pozycją.

Niedziela przywróciła mu uśmiech na twarzy. Dzięki świetnej jeździe na używanych ultramiękkich oponach przed wizytą w alei serwisowej, Ricciardo przeskoczył zarówno Verstappena, jak i Bottasa, windując się na trzecią pozycję. Po wznowieniu wyścigu dopisało mu szczęście, kiedy na zaskoczony zimnymi oponami solidne pocałował barierę przy Sainte Devote. Na swoje szczęście obyło się bez przykrych konsekwencji, dzięki czemu Australijczyk mógł świętować podium. – Mogę tylko żałować kwalifikacji, bo mógłbym wtedy mocniej nacisnąć Ferrari, a wtedy kto wie? – skwitował.

Niedosyt
Verstappen przyjechał do Monako, żeby udowodnić, że bolesne wpadki z dwóch poprzednich występów w księstwie hazardu to już przeszłość. Od początku weekendu było widać, że jest nieźle. Oglądanie 19-latka przeciskającego się na żyletki pomiędzy barierami Armco, stanowiło czystą przyjemność. W Q1 Max popisał się najlepszym wynikiem, ale potem miał problemy z dogrzaniem przedniej osi i jego RB13 stał się podsterowny. Pomimo tego w decydującej części kwalifikacji sięgnął po czwarty czas, tracąc do Räikkönena zaledwie 0,318 sekundy. Nic dziwnego, że starsi koledzy po fachu nie szczędzili mu komplementów.

W niedzielę Verstappen ostrzył sobie zęby na walkę o podium, ale nic z tego nie wyszło. Próba podcięcia Bottasa zakończyła się fiaskiem, po części za sprawą błędu na okrążeniu wyjazdowym. Co gorsza stracił jeszcze jedną lokatę, ponieważ obu panów pogodził Ricciardo, który dłużej pozostał na torze. Nie mając nic do stracenia, podczas neutralizacji Max zaliczył dodatkowy pit stop, zakładając na finisz ultramiękką mieszankę. Niczego to jednak nie zmieniło, gdyż wyprzedzanie było zwyczajnie niewykonalne. No i cóż, 19-latek wprawdzie zrehabilitował się za wcześniejsze popisy w księstwie, niedosyt jednak pozostał, bowiem podium przeszło mu koło nosa. – 78 okrążeń w korku to naprawdę nic fajnego – podsumował bez entuzjazmu.

Przyciasny garnitur
Sainz już od jakiegoś czasu wyrasta z przyciasnego garnituru, jakim stała się dla niego Scuderia Toro Rosso. Na ulicach księstwa utalentowany Hiszpan po raz kolejny dowiódł, że zasługuje na miejsce w zdecydowanie mocniejszej ekipie, w której będzie mógł nie tylko dalej się rozwijać, ale także realizować swoje aspiracje. Obecna sytuacja staje się coraz trudniejsza zarówno dla Sainza, jak i stajni z Faenzy, ponieważ wszyscy mają świadomość, że Carlos marnuje czas. Sęk w tym, że póki co niewiele z tym można zrobić.

Wracając do jego występu w Monako – spisał się świetnie. Szósty w kwalifikacjach i szósty na mecie. Na pierwszym okrążeniu Hiszpan miał sporo szczęścia, że Sergio Pérez nie przeciął mu opony, uszkodził jedynie swoje przednie skrzydło. Potem Carlos pokazał niezłą szybkość i finiszował przed Hamiltonem. – Myślę, że mamy niezły samochód, jeśli chodzi o przyczepność mechaniczną i to tutaj zaprocentowało – podkreślił kierowca Toro Rosso.

Konto nadal puste
McLaren przywiózł nad Lazurowe Wybrzeże kolejną porcję poprawek MCL32, obejmującą nowe przednie skrzydło, modyfikacje nadwozia oraz zmienioną podłogę. W połączeniu z niewielkimi wymaganiami toru wobec silników, Vandoorne i zastępujący startującego w Indianapolis Fernando Alonso Button mogli poszaleć. Przynajmniej w kwalifikacjach, ponieważ koniec końców punktów z Monako nie wywieźli.

Zacznijmy od Stoffela. Jest w tym sporo ironii, że pomimo dwóch kraks, Belg zaliczył swój najlepszy weekend w Formule 1. Na krętej pętli w Monako, niwelującej niedostatki silnika Hondy, Vandoorne pokazał, że potrafi szybko jeździć. W Q2 wykręcił siódmy rezultat, za drobną niedokładność przy basenie przyszło mu jednak zapłacić wysoką cenę. W wyścigu miał szansę na pierwszą tegoroczną zdobycz punktową McLarena. Niestety, podczas restartu dał się zaskoczyć i wpadł w objęcia Świętej Dewotki. Szkoda, że tak się to skończyło, gdyż to mógł być dla niego przełomowy weekend. Miejmy jednak nadzieję, że mimo wszystko Stoffel złapał trochę pewności siebie, której wyraźnie mu brakowało.

Głupi idiota z PlayStation
Jeśli chodzi o Jensona, to najjaśniejszym punktem jego występu w Monako była celna riposta na prośbę Alonso o zadbanie o samochód. To oczywiście żart, ponieważ Button pokazał, iż kilkumiesięczny rozbrat z F1 zupełnie mu nie zaszkodził. Anglik szybko odnalazł wspólny język z samochodem McLarena, a nie odstając zbyt wiele od Vandoorne’a, postawił go w nieco niezręcznym położeniu.

Po starcie z alei serwisowej trudno było oczekiwać cudów. Czarę goryczy dopełniła kolizja z Wehrleinem, po której kierowca Saubera bez owijania w bawełnę stwierdził, iż manewr byłego mistrza świata w zakręcie Portier był „głupi”.

Pascalowi też się w niedzielę oberwało, tyle że od Péreza, który po tym, jak został przez kierowcę Saubera zablokowany w szykanie, nazwał go „idiotą”. Pretensje do Meksykanina miał z kolei Kwiat, któremu Meksykanin zrujnował wyścig. Rosjanin nie miał wątpliwości, że atak Pereza w La Rascasse stanowił z jego strony „akt desperacji i głupoty” rodem z PlayStation. – To tak nie działa – grzmiał Kwiat, pozbawiony dziewiątej pozycji.

W kontekście kindersztuby muszę się jeszcze odnieść do chwili ciszy poświęconej ofiarom zamachu w Manchesterze. Parafrazując pewnego gospodarza domu z Ursynowa można powiedzieć, że pan spod #11, ja nie będę wymieniał nazwiska, i pan spod #20, nie będę wymieniał nazwiska, stojąc z założonymi rękoma wykazali się sporym brakiem wyczucia. No cóż, jak widać, savoir-vivre jest passé, nawet w księstwie, bez względu na to, że obok stoi książęca para…

Kto by to wymyślił?
Na koniec Alonso i jego start w Indy 500. Z jakiego powodu Hiszpan nie dotarł do mety? Otóż w jego samochodzie zastrajkował silnik… Hondy. Czegoś podobnego nie powstydziłby się ani David Fincher, ani David Lynch, ani nawet Ridley Scott! Może jednak trzeba było ścigać się w Monako? – W przyszłym roku zamierzam znowu spróbować – zadeklarował dwukrotny mistrz świata, mając na myśli słynny owal. Mam nadzieję, że sprawę przetnie szybki samochód, który sprawi, że Alonso nawet nie pomyśli o wyprawie za ocean. Chyba, że zmuszą go do tego nowi szefowie F1, planujący zwiększenie do 25 liczby wyścigów. Jestem jak najbardziej za. To znaczy za tym drugim. Proponuje jeszcze tylko ograniczyć do dwóch liczbę zestawów jednostek napędowych. Myślałem, że chodzi o jakość, a tu się okazuje, że o ilość…

15 KOMENTARZE

  1. To wyglądało jakby wyrolowali Kimiego ale faktycznie Vettel go objechał. Idzie na mistrza, Ferrari tez. Mają bardzo dobry bolid. Nie wierzyłem w nich a tu proszę niespodzianka.
    Szkoda, ze Lewis dołuje. Bottas jakoś sobie radzi z oponami – szacunek. W dwoma Red Bullami był bez szans.
    Ricciardo moim zdaniem pojechał jeszcze lepiej niż rok temu. Red Bullowi brakowało jednak dużo do Ferrari

  2. Co tu dużo kombinować? Ten tor wypacza podstawowe reguły ścigania – szybszy kierowca (bolid) wyprzedza wolniejszego. Tu nie można bo fizycznie nie ma na to miejsca a różnice w osiągach bolidów nie pozwalają na bardzo krótkich „prostych” dokonać manewru wyprzedzania. Nawet głupkowaty DRS nie jest w stanie uratować widowiska. Przykład Pereza pokazał, że nie warto ryzykować, kończy się to rozwaleniem kolegi lub samego siebie. Doskonale było widać, że normalne ściganie w Monako nie popłaca. Komu więc potrzebny taki tor i sztuczne bicie piany o „wisience na torcie”? O ile nie leje żabami, albo ze 3 razy nie wyjeżdża SC (co wprowadza wyłącznie element loterii, ale na pewno nie ścigania) to kierowca nawet zdecydowanie szybszy ale startujący z odległej pozycji (bo np został ukarany za wymianę podzespołów) nie ma żadnych szans. I to ma być motywujące? Nie wiem kogo, bo ani kierowców ani widzów.

    Szczęśliwie dzięki udziale Alonso w Indy 500 większa liczba widzów niż zwykle miała okazję do porównań. Emocje na owalu do tych z „wisienki” miały się jak jazda… niech będzie Mercedesem i Daewoo Lanos…

  3. Bardzo dobry artykuł. Brak tłumaczenia na siłę z przeanalizowaniem każdego okrążenia, ile to Seb odrobił do Kimiego czy stracił. Tylko jasne powiedziane, że taka jest F1 i nie jest to klub dżentelmenów i każdy chce z weekendu wycisnąc jak najwięcej nawet kosztem przyjaciół. Pomiając ile w tym prawdy o ustawienie wyścigu przez Ferrari, miał wygrać Vettel i juz. Gdyby trzeba było zamienić pozycje po prostu na torze, Ferrari pewnie by to zrobiło. Tak to w miarę Seb rzeczywiście czysto tempem wygrał a Scuderia skupiając się na zapewnieniu triumfu Finowi mogło w sumie narazić się na objęcie prowadzenia przez Ricciardo. Nie ma sensu na siłę udowadniać, że Seb wygrał czysto, bo każdy wie, że jakby trzeba było zamienić pozycję, to Ferrari się przed tym nie cofnie.

    • Ricciardo do Ferrari na 2018 za Kimiego, Alonso do Red Bulla obok Maxa 🙂 Byłoby super, bardzo mocne duety.

      • Eeee…. jakby to powiedzieć… nie przejdzie. Miejsce W RBR na 2018 obok Verstappena ma zaklepane Sainz. Też będzie fajny duet, z tą różnicą, że Sainz będzie odwalał robotę Kimiego w Ferrari.

  4. nie wyobrażam sobie zeby było zmian w Red Bullu i Ferrari. Ricciardo widzę w Ferrari, a Sainza w RB. Alonso chyba nie bedzie miał wyboru.

  5. Robert ma testować samochód F1 dla Renault w Valencii. Będzie to model E20, który w 2012 roku do rywalizacji wystawiała ekipa Lotusa. Wiadomo coś więcej na ten temat?

Comments are closed.