– Tak powinny wyglądać wyścigi Formuły 1 – przyznał na mecie w Hiszpanii zmęczony, ale szczęśliwy Lewis Hamilton. Nie sposób nie przyznać trzykrotnemu mistrzowi świata racji, bowiem runda na hiszpańskim torze, zazwyczaj do bólu przewidywalna, tym razem okazała się prawdziwą ucztą dla zmysłów, ze wspaniałą batalią o zwycięstwo pomiędzy Lewisem i Sebastianem Vettelem, strategicznymi szachami ze strony Mercedesa i oraz kilkoma ostrymi pojedynków. Były emocje, trochę Szekspira, zwroty akcji, no i wzruszający gest Kimiego Räikkönena.

Królowa sportów motorowych właśnie definiuje się na nowo. Tak trzymać!

Zacznę od tego, że lubię nową Formułę 1. Cieszy mnie to, iż kierowcy mogą w końcu pościgać się na maksa, wyciskając z siebie i swoich maszyn siódme poty. Podoba mi się również kierunek, w którym prowadzą królową sportów motorowych jej nowi szefowie. Przede wszystkim – jakkolwiek dziwacznie to zabrzmi – otwieranie się F1 na kibiców, czyli tych, dla których współcześni gladiatorzy ryzykują zdrowie i życie. Oczywiście to dopiero początek drogi i nie wszystko idzie zgodnie z planem, ale trzymam kciuki. Optymizmem napełnia mnie ponadto nowa filozofia sędziowania, dającą kierowcom zdecydowanie więcej swobody. Wszystko z korzyścią dla widowiska. Praca sędziów w Hiszpanii mogła się podobać, może poza incydentem z udziałem Lewisa Hamiltona i Sebastiana Vettela. Odniosłem bowiem wrażenie, że panowie nie mieli pomysłu co z tym fantem zrobić i dlatego na pewien czas nabrali wody w usta. Myślę, że odetchnęli z ulgą, kiedy Anglik ich wyręczył, wyprzedzając Niemca. Ale to tylko taka mała łyżeczka dziegciu w beczce miodu, bo cały spektakl był przedni.

Status quo?
Przed weekendem w Montmelo wszyscy wstrzymali oddech w oczekiwaniu na to, co pokażą konkurenci. Wizualnie największe zmiany przeszedł Mercedes W08, który nie tylko otrzymał bogaty zestaw poprawek aerodynamicznych i nową specyfikację silnika (ostatecznie skorzystał z niej tylko Lewis), ale przeszedł także kurację odchudzającą. Ten ostatni aspekt był szczególnie istotny ze względu na możliwość bardziej korzystnego rozłożenia masy i poprawy pracy ogumienia, stanowiącego dla mistrzów świata spore wyzwanie.

Wbrew pozorom ten imponujący pakiet nie zaowocował nokautem Ferrari. Włosi zaprezentowali mniej spektakularne zmiany (podłoga, nowe deflektory i skrzydło T), ale za to równie skuteczne. – Wygląda na to, że wykonaliśmy takie same postępy – przyznał Lewis, nie kryjąc delikatnego zdziwienia, zważywszy na skalę zmian w konstrukcji Srebrnej Strzały. Kwalifikacje i wyścig potwierdziły, że miał całkowitą rację, spodziewając się w niedzielę ostrego boju.

W pewnym sensie budujący dla mistrzów świata był także dobór opon na Barcelonę. Zabrakło bowiem dwóch najbardziej miękkich mieszanek, które w poprzednich rundach przyprawiały ekipę Mercedesa o ból głowy. W piątek Lewis i Valtteri radzili sobie znakomicie, szybko się jednak okazało, że w dalszej części weekendu nie mają co liczyć na taryfę ulgową. Zwłaszcza Bottas, w którego samochodzie konieczna okazała się wymiana jednostki napędowej.

Festiwal błędów
Kwalifikacje przyniosły festiwal błędów, w którym solidarnie wzięli udział zarówno kierowcy Mercedesa, jak i Ferrari. Niewykluczone, że przyczyniła się do tego sięgająca 45 stopni Celsjusza temperatura asfaltu, za sprawą której w ostatniej, krętej części toru miękka mieszanka zaczynała się poddawać. Najmniej błędów popełnił Lewis Hamilton i to jemu przypadło w udziale pole position. Do pełni szczęścia wystarczył mu czas na poziomie 1.19,147 z pierwszej próby w Q3.

Na marginesie trzeba jednak zaznaczyć, że niewiele brakowało, by pole position znowu padło łupem Vettela i Ferrari. Po dwóch sektorach Niemiec był o 0,476 sekundy szybszy od Lewisa (on zresztą też jechał o 0,2 lepiej), w trzecim zgubił jednak całą przewagę, ostatecznie przegrywając walkę różnicą 0,051 sekundy. A podobno to w piątek nie czuł się kapitanem na pokładzie swojej Giny… – Miałem to w garści i wszystko zepsułem w szykanie. Tyle lat tam jeżdżę i ciągle mam tam problemy. Nie pomogły nawet korepetycje u Marka Webbera – tłumaczył Seb. Tak naprawdę, zważywszy na problemy z ładowaniem systemu hybrydowego z początku czasówki (po wymianie turbosprężarki i hybrydy przed kwalifikacjami), czterokrotny mistrza świata powinien się uważać za szczęściarza.

Siła ekipy
Na pierwszy rzut oka był to sukces jakich wiele w dorobku Lewisa Hamiltona – w końcu Anglik wygrał po starcie z pole position. Niby tak, tyle tylko, że po drodze musiał dać z siebie absolutnie wszystko, żeby sprostać Vettelowi, który postawił naprawdę trudne warunki. W trakcie batalii nie zabrakło chwil zwątpienia, ale ostatecznie dzięki znakomitej strategii Mercedesa i zespołowej grze Bottasa piekielnie zmęczony Lewis sięgnął po w pełni zasłużone zwycięstwo. – To była najbardziej zacięta batalia, jaką sobie przypominam. Nie pamiętam, kiedy po raz ostatni tak długo musiałem jechać na limicie, żeby pozostać w grze. Straciłem mnóstwo energii, zgubiłem dwa kilogramy. Ścigam się od 25 lat, a czuję, jakby to było pierwsze zwycięstwo – podkreślał na mecie.

No dobrze, to jak to właściwie stało, że Lewis wygrał wyścig, który w pewnym momencie wydawał się już dla niego stracony? Poza bezapelacyjne znakomitą jazdą Anglika na ten sukces złożyło się jeszcze kilka rzeczy. Pierwszą z nich był incydent, do którego doszło po starcie. Jedną z jego ofiar był Räikkönen, co w dalszej części wyścigu miało niebagatelne znaczenie, gdyż pozwoliło ekipie Mercedesa na szachowanie prowadzącego po starcie Vettela. To po pierwsze. Druga sprawa – nie byłoby tego triumfu bez Bottasa. Po pierwszej wizycie w alei serwisowej prowadzącego od startu Vettela (miękkie opony) Fin skutecznie go przystopował, pozwalając korzystającemu z odwróconej strategii Lewisowi (pośrednie) zmniejszyć straty.

W punkt
Następnym elementem układanki okazało się ściągnięcie Hamiltona na drugi serwis (tym razem po miękkie, szybsze opony) pod sam koniec wirtualnej neutralizacji. Podcięcie nie okazało się zabójcze od razu, ale całkowicie zmieniło warunki gry, niwelując 7-sekundową stratę Anglika. Co więcej, na kołach jego Srebrnej Strzały znalazły się szybsze opony, z których mógł zrobić użytek.

Kiedy po kolejnym okrążeniu – już bez VSC – Vettel opuszczał aleję serwisową, Lewis wyrósł obok niego. Panowie wpadli w pierwszy zakręt koło w koło. Hamilton szukał swoje szansy po zewnętrznej, był już nawet lekko z przodu, lecz Sebastian nie zostawił mu miejsca. – W najgorszym razie byłem obok niego – denerwował się Anglik.

Tak czy siak wyrok zapadł, czekał tylko na wykonanie – z szybszymi oponami i wydłużoną o 100 metrów strefą DRS Hamilton miał w ręku mocne atuty. Decydujący atak Srebrnej Strzały #44 nastąpił, jakby symbolicznie, na początku 44. okrążenia. – Nie miałem żadnych szans. Przemknął obok mnie jak pociąg – skwitował Vettel.

Rodem z Hamleta
Włosi do końca mobilizowali swojego kierowcę, zastanawiając się nad „planem c”, czyli jeszcze jedną wizytą w alei serwisowej i założeniem kompletu miękkich opon. Czy mogłoby to przynieść jakiś skutek? Sebastian musiałby przejechać 15 kółek w szalonym tempie i liczyć na to, że Anglikowi skończą się opony, a biorąc pod uwagę to, że lider na trzeciej rundzie od końca wykręcił najszybsze okrążenie, byłoby to bardzo trudne. Tak naprawdę Ferrari przegrało ten wyścig wcześniej, za sprawą sprytnej strategii Mercedesa, który mając okazję rozpracować Sebastiana, po prostu to zrobił. – Straciłem kilka sekund walcząc z Valtterim, potem kolejnych sześć, gdy Lewis zaliczył pit stop pod koniec wirtualnej neutralizacji – wyliczał niepocieszony Sebastian, dodając że „mógł to wygrać”.

Sprawę przesądził hamletowski dylemat, przed którym stanęło Ferrari w trakcie VSC. Zjechać, czy nie zjechać? No cóż, trzeba było wybrać to pierwsze. Primo, Hamilton musiałby zareagować, secundo, Vettel przynajmniej zachowałby 7-sekundową przewagę. Nie ma oczywiście pewności, że to przyniosłoby skutek, ale Lewis musiałby się bardziej nagimnastykować, mocniej zużywając swoje opony, co w ostatecznym rozrachunku mogłoby odegrać istotną rolę. Podsumowując, możemy chyba zaryzykować stwierdzenie, że Ferrari wypuściło z rąk niezłą okazję.

Na koniec jeszcze jedna refleksja odnośnie lidera mistrzostw świata. Nikt już chyba nie ma wątpliwości, że Vettel poczuł krew. Było to świetnie widoczne w trakcie wyprzedzania Bottasa i obrony przed Hamiltonem. Będzie się działo!

Wyzionął ducha
Bottas nie miał okazji, żeby skorzystać z rady Felipe Massy i pójść w Hiszpanii za ciosem, odnosząc drugie zwycięstwo w rzędu, dzięki któremu mógłby ugruntować swoją pozycję w stawce. Niestety, weekend na katalońskim torze kompletnie nie ułożył się po myśli triumfatora z Rosji. Kłopoty z układem elektrycznym i wyciek wody sprawiły, że w sobotę rano w miejsce najnowszej specyfikacji jednostki napędowej Mercedesa mechanicy założyli starszy silnik, zmęczony czterema weekendami. W związku z tym Bottas stracił większość sobotniego treningu, co w obliczu zmiany wytycznych dotyczących ciśnienia w oponach nie ułatwiło mu zadania. Pomimo tego w czasówce Valtteri pokazał pazur. Potężny poślizg na wyjściu z szykany sprawił jednak, że ostatecznie musiał się zadowolić trzecią lokatą.

Przed startem nie tracił rezonu, deklarując walkę o zwycięstwo. Jakoś przetrwał starcie z Kimim w pierwszym zakręcie, o dotrzymaniu kroku Vettelowi i Hamiltonowi nie było jednak mowy. Mimo to Fin miał odegrać istotną rolę w ich pojedynku. Bez tych kilku okrążeń, które Sebastian stracił za plecami Valtteriego trwoniąc cenne sekundy, szanse Lewisa na zwycięstwo byłoby nieporównywalnie mniejsze. Zgodnie z planem, Bottas miał złożyć tylko jedną wizytę w alei serwisowej. Trzecia lokata była w jego kieszeni, gdy ducha wyzionął silnik.

I jak go nie kochać?
W rolach głównych na katalońskim torze wystąpili Lewis i Sebastian, natomiast za najbardziej wzruszające chwile odpowiada Kimi. Fin punktów co prawda nie zdobył, za to z całą pewnością zyskał spore grono nowych fanów. Wszytko za sprawą gestu, jaki wykonał pod adresem małego Thomasa, który widząc kłopoty swojego idola utonął we łzach. Młody człowiek pewne nie przypuszczał, że to niedzielne popołudnie przyniesie mu jeszcze jakieś radosne momenty. Spotkanie z Kimi, czapeczka z autografem i wspólne zdjęcie przywróciły mu jednak uśmiech na twarzy, krusząc serca nawet największych twardzieli. Jeśli ktokolwiek zastanawiał się jeszcze, dlaczego tak wielu kibiców uwielbia „Icemana”, to właśnie otrzymał kolejną odpowiedź.

Jeśli chodzi o stronę sportową no to cóż, Hiszpania została spisana na straty. W kwalifikacjach Kimi nie ustrzegł się błędów i wylądował na czwartym polu startowym, po czym przyznał bez ogródek, że „jest sobą rozczarowany”. W niedzielę nie musiał wygłaszać już tego rodzaju deklaracji, aczkolwiek jego plany legły w gruzach już w pierwszym zakręcie, w który wjechał pomiędzy Bottasem i Maksem Verstappenem. Kontakt z Mercedesem skierował Ferrari na Red Bulla. Uderzenie okazało się na tyle silne, że nie przetrwało go zarówno zawieszenie w samochodzie Kimiego, jak i Maksa.

Więcej docisku
No dobrze, to ile tak naprawdę odrobił Red Bull? Jest z tym pewien kłopot. Głośno zapowiadane zmiany w konstrukcji RB13 nie przyniosły rewolucji, czego zresztą trudno się było spodziewać. Co wiemy na pewno? Verstappen i Daniel Ricciardo podkreślali, że poprawione auto (przednie skrzydło, deflektory, przednie zawieszenie) zdecydowanie lepiej radzi sobie w szybkich zakrętach. Jest bardziej stabilne, generuje więcej docisku i lepiej współpracuje z oponami.

Sześć dziesiątych straty Verstappena z kwalifikacji nie oddaje prawdziwego obrazu sytuacji. Max złożył bowiem czyste okrążenie, podczas gdy jego rywale z Mercedesa i Ferrari nie zdołali tego zrobić, co uniemożliwia wyciągnięcie kategorycznych wniosków. Wyścig też nie rozwiewa wątpliwości. Z jednej bowiem strony Ricciardo zajął trzecie miejsce, finiszując aż 75 sekund za Lewisem, z drugiej przez cały weekend Max był szybszy, więc jego straty powinny – przynajmniej teoretycznie – być mniejsze. Szkoda, że nie przetrwał pierwszego zakrętu, bo wtedy wiedzielibyśmy zdecydowanie więcej. W każdym razie jeśli Red Bull w ogóle zbliżył się do Ferrari i Mercedesa, to raczej odrobił ułamki sekundy, aniżeli pięć czy sześć dziesiątych. Pomimo tego z zainteresowaniem czekam na to, co Max i Daniel pokażą w Monako.

Zabójczy róż
Jak tak dalej pójdzie, to różowe pantery wpędzą swoich bezpośrednich rywali w nie lada kompleksy. Sergio Pérez i Esteban Ocon jeżdżą bowiem z zabójczą skutecznością i po wyścigu w Hiszpanii wyszło na jaw, że są najlepsi w stawce – przynajmniej jeśli chodzi o punktowanie we wszystkich tegorocznych wyścigach. Pod Barceloną stajnia z Silverstone dorzuciła do kolekcji aż 22 oczka za czwarte miejsce Péreza i piąte Ocona. W rezultacie po pięciu odsłonach mistrzostw świata z 53-punktowym dorobkiem figuruje na czwartej pozycji w klasyfikacji.

Kwalifikacje nie do końca poszły zgodnie z zamierzeniami obu panów, w niedzielę osiągnęli za to maksimum. Jedynym zgrzytem w tej pięknej historii było wezwanie przedstawicieli Force India na dywanik w celu wyjaśnienia, dlaczego zespół nie wpisał się wystarczająco wyraźnie w politykę ułatwiającą kibicom identyfikację kierowców. Niektórzy chcieliby mieć takie zmartwienia…

Przykładowo Williams i Renault, legitymujące się zdecydowanie skromniejszym dorobkiem (odpowiednio 18 i 14 punktów). Trudno jednak dziwić się rozmiarom tej przepaści, skoro stajnia z Grove na dobrą sprawę może liczyć wyłącznie na Felipe Massę, natomiast zespół z Enstone na Nico Hülkenberga. Podziwiam cierpliwość szefostwa obu ekip, zwłaszcza Claire Williams. Na jej miejscu zasięgnąłbym rady księgowych. Może się bowiem okazać, że gruby portfel, który wniósł ze sobą Lance Stroll, nie pokryje wyciekających z każdym wyścigiem milionów z premii wypłacanej corocznie przez FOM.

Punktów brak
Nic tak nie odpręża jak występ przed własną publicznością, gra w tenisa i perspektywa startu w Indy 500 – prawda, Fernando? Kiedy po raz ostatni dwukrotny mistrz świata wyglądał na równie zrelaksowanego i zadowolonego jak po czasówce? Stare dzieje, ale w Katalonii były powody do radości. W kwalifikacjach as z Oviedo dał prawdziwy popis, raz jeszcze dowodząc, dlaczego od lat uchodzi za jednego z najlepszych kierowców świata. Owszem, ulepszenia zamontowane w MCL32 zrobiły swoje, lecz siódma lokata stanowiła przede wszystkim pokaz klasy Hiszpana. Nic dziwnego, że po wszystkim zbierał ochy i achy, kradnąc sobotę Lewisowi i spółce.

W niedzielę tak pięknie już nie było, czego można się było naturalnie spodziewać. Czy były szanse na punkty, gdyby Hiszpan nie zaliczył po spotkaniu z Felipe Massą przejażdżki po żwirze? Zdaniem Fernando nie. – Na prostych brakowało nam prędkości, więc prędzej czy później i tak spadłbym w rankingu – podkreślił.

Sporo frajdy
W tej sytuacji na straży honoru Hiszpanii musiał stanąć Carlos Sainz. Ze względu na niedostatki mocy o siódme miejsce nie było łatwo. „Szalony” Hiszpan (cytat z Magnussena) dzielnie jednak walczył, nie cofając się nawet przed jazdą po trawie. Nie znalazł recepty na sensacyjnego Pascala Wehrleina, ale ze względu na karę nałożoną na kierowcę Saubera zyskał jego kosztem jedno miejsce.

No właśnie, Wehrlein. Niemiec pojechał świetnie, zdobywając dla Saubera pierwsze tegoroczne punkty – i to od razu cztery, czyli dwukrotnie więcej niż szwajcarska stajnia wywalczyła w całym poprzednim sezonie. Wiem, że na mecie zabrakło kilku wyżej notowanych kolegów Pascala, ale finisz na siódmej pozycji (po 5-sekundowej karze stracił jedną lokatę) w samochodzie ze starym silnikiem Ferrari zasługuje na uznanie i potwierdza skalę talentu Wehrleina. Ten chłopak sprawi nam w przyszłości sporo frajdy.

Kciuki w gotowości
Na koniec jeszcze raz Alonso. Z jednej strony trochę mi szkoda, że zabraknie go w Monako, z drugiej cieszę się, że będzie miał okazję spróbować swoich sił w Indy 500. Jak mu pójdzie? Gdyby chodziło o czyste umiejętności, talent, odwagę, pewność siebie czy zdolności bojowe w sytuacji sam na sam, to powiedzmy, że byłbym o Hiszpana spokojny. Sęk jednak w tym, że „ceglane podwórko” ma swoją specyfikę, a koniec końców i tak nader często o wszystkim decyduje to, żeby znaleźć się we właściwym miejscu o odpowiednim czasie. Niemniej zaciskam kciuki i czekam…

19 KOMENTARZE

  1. Witam,
    Jak zwykle świetne podsumowanie, gratuluję.
    Sytuacja z Kimim i tym chłopczykiem niesamowita, dla takich momentów warto oglądać F1.
    Co do walki fetela z lułisem to muszę przyznać, że lułisowi w hiszpanii nawet ściany chyba pomagały 😉
    Świetna walka w pierwszym zakręcie która mogła zakończyć się jak walka maksa i kimiego ale widać mercedes i ferrari fetala mają mocniejsze zawieszenie od redbuli 🙂 ..no i w dalszym ciągu nie rozumiem co przepisy mówią o zachowaniu się kierowcy wyjeżdżającego z alei serwisowej i jak to się ma do zachowania fetela i lułisa oraz strola i sainca z przed kilku tygoni??
    Wracając jeszcze do Kimiego to kraksa z pierwszego zakrętu wyeliminowała 2 kierowców, którzy myślę, odegrali by znaczącą rolę w tym wyścigu – szkoda. Ciekaw bardzo jestem postawy redbuli w Monaco, czy ich poprawki coś dadzą na takim właśnie torze.
    pozdrawiam

    • Podpisuję się w 100%.
      Gratulacje dla Minttu i Kimiego z narodzin córeczki, Robin ma siostrę!
      Do zobaczenia na GP Węgier !
      KIMI FOR PRESIDENT !

  2. Toto już powiedział, że nie ma mowy o żadnych 5-6kg zrzucenia wagi W08. Przekonywał, że rozmawiamy tutaj o gramach, nie da się od tak zrzucić aż tylu kg.

    Co do tej pracy wykonanej przez Bottasa, wiadomo, pomógł, ale mówią, że Seb stracił za nim 4 sekundy, więc po wymianie opon w chwili zakończenia VSC spowodowałoby to, że Seb nie wyjechałby bok w bok z Lewsiem z pitu, tylko Brytyjczyk byłby te 4 sek za nim. Tyle czasu odrobiłby pewnie w 2 okrążenia skoro miał szybszą oponę dającą 2 sekundy na jednym okrążeniu. Przecież i tak kilka kółek spędził za Sebem zanim go wyprzedził. Ale wiadomo, Bottas mimo to pomógł, bo te dwa dodatkowe okrążenia jazdy na maksa może by już zabiło opony? Po wyprzedzeniu Seba Lewis pewnie nie jechał na 100%, trzeba byłoby pamiętać o oponach, o które chyba zadbał skoro pod koniec wyścigu dało się na nich jeszcze wykręcić najszybszy czas wyścigu.

    Aha i naiwnym jest to, że Kimi zainicjował całą akcję z małym Francuzem, który płakał po wypadku swojego idola. Nie mówię, że Kimi nie ma serca, po prostu mógł tego nie widzieć, a wg Chase Careya to zespół wszystko zorganizował. Na prośbę Fina, czy sami na to wpadli widząc te obrazki od razu? Kimi zobaczył je z pewnością dużo później. Przepustki biegał i załatwiał zespół Ferrari, by rodzice i Thomas mogli wejść do paddock clubu. Strasznie idealizujecie tego Kimiego choć w żaden sposób go nie krytykuję.

    „Sześć dziesiątych straty Verstappena z kwalifikacji nie oddaje prawdziwego obrazu sytuacji. Max złożył bowiem czyste okrążenie, podczas gdy jego rywale z Mercedesa i Ferrari nie zdołali tego zrobić, co uniemożliwia wyciągnięcie kategorycznych wniosków.” – ostatnio jeden z czytelników zarzucił mi, gdy pisałem w komentarzu to samo, że skąd ja to wiem. Mam dostęp do telemetrii? A może Max odjął w zakręcie nr 9 za dużo i stracił jeszcze 0,050? Niech teraz zapyta Roberta o to samo 😉

    • Z reguły z Tobą nie polemizuję bo to nie ma sensu, ale tym razem dam upust swoim emocjom i muszę powiedzieć, że….

      SZKODA GADAĆ :-]

        • Bo to, że Merc mógł jednak nie odchudzić bolidu o 5kg, to sobie wymyśliłem. To samo różnicę 2 sekund pomiędzy oponami także sobie wymyśliłem i stratę Seba spowodowaną jazdą za Bottasem także. Nie da się już tutaj dyskutować na temat sportowych aspektów tego sportu. Tylko pisanie komentarzy w stylu takich głupot jak szkoda gadać itd.

          • Dlaczego umniejszasz rolę Bottasa? Hamilton wygrał to GP tylko dzięki niemu i strategii Merca. Co do tego czy wymysliles te sekundy to sądzę, ze powtórzyłes je po kimś bez sprawdzenia. Ja sprawdziłem.
            2 sekundy różnicy pomiędzy nowymi oponami soft i med to była chyba czysta teoria: w żadnym momencie wyścigu nie było takiej różnicy. Na 43 okr Vettel pojechał na med 1.23.6. Hamilton był za nim na soft, więc nie mógł jechać szybciej i na tym samym okrążeniu zrobił 1.23,6. Pod koniec wyścigu pojechał 1.23,5. Zgadzam się, ze mógł pojechać szybciej, ale na pewno nie 1.21,5.
            Napisałeś, że Vet stracił za Bot 4s. Blad logiczny. 4.9 to odrobił Hamilton. To nie to samo. Vettrl stracił więcej. Na 20 i 25 okr jechał w tempie 1.25.2 – 1.25.3. Włączyłem sobie ten fragment wyścigu i Bottas blokowal go na 22, 23 i 24 okr. Czasy Vettela były wtedy o 1.3, 2.1 i 3.1 gorsze. Po dodaniu wychodzi 6.5.
            Najmniejsza różnica w tej fazie wyścigu to 3.3. Od 25 do 33 okr Vettel zyskał 4.5s. Jak podzielimy to przez 9 okr wychodzi po 0.5s na okrążenie.
            Przed VSC Vettel miał nad Hamiltonem 7.8s. Bez pomocy Bottasa To by było 14.3s. Nawet jak odejmiemy 7 sekund odrobionych dzięki pit stopowi z VSC Vet to zostaje nie 4 tylko 7s.
            Dogonienie Vettela w ciągu 2 okr na pewno nie było w takiej sytuacji możliwe. Co by się stało dalej nie wiem, ale bez pomocy Bottasa Hamilton by tego wyścigu nie wygrał.

          • Odpowiedz Arturro na piątkę. Hamiltonowi pomagało w tym wyścigu wszystko a Bottas szczególnie.
            Coraz bardziej podoba mi się Ocon. Ciekawe kiedy zacznie objeżdżać Pereza? Moze w Monako!

    • OJ… Ty zawsze piaskiem po oczach… Oczywiście że Kimi tego nie zaaranżował tylko Scuderia w porozumieniu i pokazaniu Kimiemu materiału na powtórkach…Ale pamiętaj że Kimi był już po wyścigu z podniesionym ciśnieniem po wypadku i równie dobrze mógł to „olać” i wracać do rodzącej żony…. Ale ten człowiek ma klasę którą mógłby obdzielić połowę driverów startujących obecnie w F1.

    • ” mówią, że Seb stracił za nim 4 sekundy” , stracił dużo więcej niż 4 sekundy , przeanalizuj tempo jakim jechał zamin dojechał do bottasa i potem to za nim , wychodzi wiecej niz ta strata z VSC (7s).

  3. Wyscig rzeczywiscie byl niezly. Juz myslalem ze bede przysypial w niedzielne popołudnie 🙂 Lewis zrobil kawal dobrej roboty ale mnie najbardziej szkoda bottasa. Ja wiem, że wszyscy widzą w nim numer 2 ale ja w bottasa jeszcze wierzę. Na razie na tle występów Lewisa wypada dosc blado – ale jak to w F1, każdy pamięta wyniki, za to malo kto pamięta okolicznosci (chociaz trzeba przyznac ze nie bylo ich znow wiele na niekorzyść Fina bo w pierwszych wyscigach wygladal dosc blado). Mysle ze tak samo będzie i tym razem o ile Lewis znów nie będzie miał jakichs spektakularnych awarii.

    Co do wpisu o Alonso to usmialem się z ostatniego zdania 🙂 Być we właściwym miejscu we właściwym czasie to w zasadzie zaprzeczenie jego ostatnich lat kariery zawodowej. Jak znam zycie to w Indy będzie podobnie 🙂

      • albo Roberta:)

        ja liczę ciągle (jeszcze sprzed startu sezonu) że Bottas włączy się do walki ale nie w taki sposób jak w Hiszpanii tylko w taki jak w Rosji .
        Szczególnie czekam na wyścigi które nie leżały Lewisowi jak w Baku czy Singapurze oraz na te na których Bottas świetnie jeździ jak w Austrii gdzie mimo zeszłorocznego sukcesu to co królewskie Nico trzeba oddać jak przebił się na 1 miejsce do ostatniego okrążenia.

        Alonso sądze że podpisze roczny kontrakt jednak mimo wszystko z MC , a po roku zastanowi się czy bolid Renault będzie na tyle konkurencyjny żeby tam przejść .

          • A jest takie bardzo wąskie grono, co to mówi nie tylko o 8, a nawet o 9 gwiazdkach, ale podobno tyle za Chiny nie wejdzie na jeden kask i 7 to jest max. Dość powiedzieć, że to wąskie grono oprócz „tych” ciuchów, nigdy nie założy na koła swojego auta opon „tej” marki.
            😀 😀 😀

  4. Alonso wybrał jeden raz źle i ponosi do tej pory konsekwencje swojej decyzji. A w różowych powinny jeździć kobiety. Wtedy, jak dla mnie, F1 zyska na prawdziwej popularności.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here