Wiem, że wielu zagorzałych kibiców Formuły 1 nie akceptuje nowej wersji Autódromo Hermanos Rodríguez – z sekcją stadionową zamiast groźnej Peraltady – ale klimat, który już w czwartek można poczuć w parku miejskim Magdalena Mixhuca, nieopodal lotniska w Ciudad de México, wynagradza wszystko. Także oczekiwanie w wielogodzinnych korkach, będących jedną z wizytówek stolicy Meksyku. Wielka szkoda, że wyprawa do tego zakątka świata jest tak kosztowna i czasochłonna, bo z czystym sumieniem mógłbym polecić wizytę tutaj każdemu z Was – ale nie chcę nikogo denerwować.

Klimat szybkiego toru w malowniczym parku bardzo przypomina Monzę, można tu też liczyć na podobnie żywiołowych kibiców. Mówi się, że 22-milionowa metropolia jest niebezpieczna i trudno przeoczyć patrole policyjne z bronią maszynową i w kamizelkach kuloodpornych, ale nie jest to jedyne miejsce tego typu na mapie F1. Nie zawsze jesteśmy w Japonii, Kanadzie czy Australii, a biedy można napytać sobie wszędzie.

Organizatorzy Grand Prix robią wszystko, by ich runda zapadła w pamięci na długo – i to z pozytywnych powodów. Na przykład rok temu dziennikarze odbierali akredytacje w miejscu, z którego podróż na Autódromo Hermanos Rodríguez mogła w niesprzyjających okolicznościach potrwać nawet dwie godziny. Jasne, że odbywa się ją tylko raz w trakcie weekendu, ale kiedy człowiek spieszy się do pracy na zupełnie nowym torze, to tego typu atrakcje nie są mile widziane. W tym sezonie do pokonania jest tylko dwa i pół kilometra, a w materiałach prasowych organizatorzy przypominają, że są otwarci na kolejne sugestie, mające poprawić poziom ich imprezy. Trzeba jednak jasno podkreślić, że większych niedociągnięć nie widać, a wizyta w Ciudad de México pozwala przy okazji poznać barwne, lokalne tradycje.

W czwartek jedną z pierwszych rzeczy, które rzuciły się w oczy po wejściu do padoku, był ring ustawiony tuż przed wejściem do wzorowo wyposażonego biura prasowego (jest tu wszystko czego dusza do pracy zapragnie, poza szybkim i niezawodnym internetem). Wieczorem odbyły się na nim pokazy zapasów lucha libre – zapaśnicy noszą charakterystyczne, kolorowe maski, dołączone zresztą przez organizatorów do materiałów prasowych wręczanych każdemu dziennikarzowi. Przed prawdziwymi zmaganiami zawodowcy uczyli amatorów i waleczny Johnny Herbert zebrał tęgie baty od dwóch luchadorów.

Wykorzystując fakt, że wielu dziennikarzy przybyło do Meksyku prosto z Austin, parę dni wcześniej niż zazwyczaj miałoby to miejsce, w środę zorganizowano wyprawę do Teotihuacán. Kamienne piramidy Słońca i Księżyca sprzed dwóch i pół tysiąca lat, Aleja Umarłych, rzeźby azteckich bóstw Quetzalcoatla, Huitzilopochtli czy Tlaloca, przykłady doskonałej wiedzy astronomicznej, kunsztu budowlanego i sprytu przy wykorzystywaniu dostępnych surowców (jak agawy: źródło papieru, igieł i nici oraz napojów: wreszcie spróbowałem pulque) – to wszystko robi znacznie większe wrażenie niż na slajdach, oglądanych podczas zajęć z historii Mezoameryki na UW.

Rzadko pozwalam sobie na tak prywatne stwierdzenia, ale nie po raz pierwszy jestem niesamowicie wdzięczny losowi, że moje wieloletnie hobby i praca umożliwiły odwiedzenie miejsca, o którym kiedyś mogłem co najwyżej poczytać, szykując się do egzaminu. Podobne odczucia mam podczas rozmów z bohaterami dzieciństwa i legendami F1, które kiedyś istniały w zupełnie nieosiągalnym świecie, a dziś spotykamy się co dwa tygodnie.

Tym razem udało się nawet połączyć jedno z drugim: podczas pysznego posiłku przyrządzonego przez rodzinę oprowadzającego nas po Teotihuacán przewodnika, potomka Tolteków, miejsce obok zajął Marc Surer i nie dało się nie skorzystać z okazji do luźnej pogawędki z uczestnikiem ponad 80 Grand Prix w latach 1979-86. Kariera Szwajcara w Formule 1 zakończyła się po tragicznym wypadku podczas Rajdu Hesji 1986, kiedy prowadzony przez niego Ford RS200 wypadł z drogi, uderzył w drzewo i spłonął. We wraku zginął jego pilot Michel Wyder, a Surer został poważnie ranny. Nie zdążył zatem wystartować w GP Meksyku, wracającej do kalendarza właśnie pod koniec sezonu 1986 – oczywiście na układzie pętli z Peraltadą, której zniknięcia Marc zresztą bardzo żałuje. Jego zdaniem taki zakręt, podobnie jak żwirowe pobocza czy wyboista nawierzchnia, są wyścigową esencją i podnoszą poprzeczkę kierowcom, którzy uznawani są za najlepszych w swoim fachu. Miło poznać punkt widzenia weterana, który naprawdę niejedno przeżył…

Przejdźmy wreszcie do bieżących wydarzeń. Lewis Hamilton niezmiennie musi wygrywać, Nico Rosberg zbierać punkty. Obaj są nieźli w tych zadaniach. Ani Daniel Ricciardo, ani Max Verstappen – z przerażającym makijażem na twarzach podczas czwartkowych zajęć na torze – nie myślą o tym, że mogą być języczkiem u wagi w walce o tytuł. Ich dobre wyniki pomogą Hamiltonowi, bo duet Red Bulla ma największe szanse na odbieranie punktów Rosbergowi.

Weekend w Meksyku ma upływać pod znakiem zmiennej pogody, ale zdaniem zaprzyjaźnionych ekspertów z Ubimet wszystkie sesje odbędą się na suchym torze. Pomoże to znaleźć odpowiedź na pytanie, jak przez rok zmieniła się nawierzchnia – rok temu świeża i śliska, teraz powinna być bardziej szorstka.

Najważniejszym tematem poza walką o tytuł są oczywiście ruchy transferowe w ekipach środka stawki. W obrębie dziesięciu oficjalnie wolnych foteli potencjalnych możliwości jest bardzo dużo, a klucze do obsady są w rękach Force India, w dalszej kolejności Renault. Co ciekawe, wygląda na to, że obie ekipy są najbardziej zainteresowane debiutantem Estebanem Oconem. Jeśli Francuz trafi do Force India, to w Renault powinien pozostać Kevin Magnussen – który ma także ofertę od Haasa. Tam Esteban Gutiérrez nie zamierza czekać dłużej niż dwa tygodnie i twierdzi, że ma inne propozycje. Chyba tylko w Sauberze i przy założeniu, że Force India lub Renault skusi się na kilkanaście milionów dolarów, które wnosi ze sobą Felipe Nasr – a nie jest to jedyny atut Brazylijczyka, bo Berniemu Ecclestone’owi zależy na tym, by osamotniony w przyszłym sezonie reprezentant tego kraju jeździł w jak najlepszej ekipie. Ciekawe, czy i jakie zmiany nas czekają…

8 KOMENTARZE

  1. Panie Mikołaju – wiem, że to brzydko ale jak ja bardzo Wam zazdroszczę 😀

    P.S. Wiem, że późno ale dziękuję za sierpniowe życzenia urodzinowe 😉

  2. Miło poczytać felieton na poziomie, ciekawy, mądrze i sensownie napisany, tak ostatnio rzadkie zjawisko.
    Z jednej strony to bardzo fajnie, że los (przy niewątpliwym pana udziale) pozwala panu na takie wyjazdy, z drugiej – jakże bardzo brakuje pana w komentarzu wyścigu (także sesji treningowych i kwalifikacji) F1 w studio Eleven Sport!
    Mój (a z tego co czytam nie tylko mój) ulubiony duet komentatorów – czyli pan i Andrzej – obecnie nie ma szans na zaistnienie, ale może kiedyś…
    Niech pan nie daje się prowokować Mirosławskiemu, nie tylko show się liczy. Pana wiedza i informacje, które nam pan przekazuje są niezwykle cenne, a do tego sposób w jaki pan to robi powoduje, że bardzo miło się pana słucha. Dziękuję, dziękujemy!

  3. PS. Dwa błędy zakradły się do felietonu. Po poprawieniu można ten komentarz usunąć, gdyż moim celem nie jest ich wytykanie, a jedynie chęć pomocy.
    1. „Nie zdążył zatem wystartował w GP Meksyku”
    2. „mogą być języczkiem u wagi w walce o tytuł”
    Chyba wiadomo o co chodzi.

    • Tak, w drugim jest dobrze. Z tego co pamiętam chyba było jeżyczkiem, ale może się mylę, bo kopii nie mam, a od tego czasu już sporo tekstu napisałem i pamięć już nie ta. Może mi się tylko wydawało?
      W każdym razie bardzo miło się czytało!

  4. Ehhh… tylko pozazdrościć takiego wyjazdu! W dodatku nie dosyć że zaliczyłeś super wyścig, to jeszcze po zwiedzałeś!

Comments are closed.