Lewis Hamilton przyleciał do Bahrajnu po trzecie w swojej karierze zwycięstwo na pustyni pod Manamą. Nie udało mu się jednak ustrzec błędów i w sobotę musiał uznać wyższość Valtteriego Bottasa, natomiast w niedzielę Sebastiana Vettela. Zdecydowanie bardziej bolesna dla Anglika była ta druga porażka, gdyż dzięki drugiej wygranej w sezonie czterokrotny mistrz świata odskoczył mu na siedem punktów w generalce.

Nie ten sam
Palec niby ten sam, ale Sebastian Vettel nie jest już tym samym człowiekiem, który przed laty zwyciężał z Red Bullem. Wtedy jego seryjne sukcesy mogły irytować, zwłaszcza że przewaga sprzętowa Niemca często była bezdyskusyjna. Od tamtej pory minęły trzy lata pełne niespełnionych ambicji, porażek, a czasami wręcz upokorzeń. Mam jednak wrażenie, że Seb tego potrzebował, żeby dojrzeć do roli, z którą przyszło mu się zmierzyć – lidera największej ikony królowej sportów motorowych.

Wygląda na to, że właśnie oglądamy najlepszego Vettela, jakiego mieliśmy okazję widzieć w F1. Kierowcę świadomego swoich atutów i ograniczeń. Zdecydowanego, pewnego siebie, w razie potrzeby agresywnego. Czerpiącego pełnymi garściami ze swojego doświadczenia. Dzisiaj nikt już mu nie zarzuci, że nie radzi sobie z bezpośrednią walką na torze. Mam wrażenie, że Sebastian właśnie zbliżył się do swojego apogeum.

Ryzyko się opłaciło
Sobota w Sakhir należała co prawda do kierowców Mercedesa, lecz w niedzielę górą był już czterokrotny mistrz świata. Drogę do 44. zwycięstwa otworzył mu start, po którym Gina przedzieliła Srebrne Strzały. Nie trzeba posiadać zdolności profetycznych, żeby przewidzieć, jak dalej potoczyłyby się wypadki, gdyby Sebastian utknął na trzeciej pozycji. Na swoje szczęście po pierwszym zakręcie miał przed sobą jedynie Bottasa, który padł ofiarą zbyt wysokiego ciśnienia w oponach, co stworzyło okazję do jego podcięcia. W przeciwieństwie do Chin, tym razem strategiczny manewr Ferrari został nagrodzony. Vettel wyszedł na prowadzenie, natomiast Hamilton ze względu na podwójny pit stop nie tylko spadł za Daniela Ricciardo, ale jeszcze zarobił 5-sekundową karę za blokowanie Australijczyka.

To był punkt zwrotny wyścigu, bo mimo tego, że po ostatniej zmianie opon Hamilton jechał jak szalony, Vettel sięgnął po trzeci triumf w Bahrajnie, wracając na samodzielne prowadzenie w mistrzostwach świata. Podobnie zresztą ekipa Ferrari. Kiedy Włosi po raz ostatni w tak dobrym stylu rozpoczęli sezon? Wieki temu, chociaż istnieje szansa, że Kimi i Felipe jeszcze to pamiętają.

Większe pole manewru
Wyścig o Grand Prix Bahrajnu brutalnie obnażył słabości, które w ostatnich latach ze względu na przewagę sprzętową z reguły uchodziły mistrzom świata na sucho. Teraz to już jednak melodia przeszłości. Stajnia z Brackley musi teraz zadbać o każdy mogący zdecydować o sukcesie lub porażce szczegół, a także poradzić sobie ze znacznie większą presją, która drastycznie ograniczyła margines błędu. W Sakhir tej dbałości zabrakło.

Niewykluczone, że ekipę Mercedesa trochę uśpiły świetne wyniki czasówki. Wyczarowane w decydującym momencie 0,4 sekundy zapewniły im pierwszą linię – z tą różnicą, że w zmienionej kolejności, z Bottasem na pole position. Hamiltonowi nie poszło najlepiej w pierwszym sektorze, popełnił także błąd w ostatnim zakręcie szybkiego okrążenia i w rezultacie przegrał pozycję znajdującą się po czystej stronie toru. W wyścigu nie pozostało to bez znaczenia, choć w żaden sposób nie przekreślało jego szans na zwycięstwo, zwłaszcza że posiadający dwa samochody w czołowej trójce mistrzowie świata mieli nieporównywalnie większe pole manewru niż Ferrari z osamotnionym Vettelem.

Na klatę
Odnoszę wrażenie, że mistrzowie świata padli ofiarą własnego niezdecydowania, nie do końca mając pomysł na rozegranie sprawy Bottasa, który sięgając po pole position wyciął Hamiltonowi nie lada psikusa. Biorąc pod uwagę kłopoty Valtteriego, być może należało po prostu wcześniej ściągnąć do alei serwisowej Lewisa, „biorąc na klatę” zarzuty o faworyzowanie trzykrotnego mistrza świata. Wtedy przynajmniej mieliby w ręku mocny argument – „podjęliśmy taką decyzję, ale chodziło przecież o zwycięstwo, ponieważ istniało ryzyko, że Seb wyprzedzi Valtteriego”.

Kompletny brak reakcji za zjazd Vettela, który na świeżych supermiękkich oponach kręcił różowe sektory, zbliżając się o przeszło dwie sekundy na okrążeniu, mógł oznaczać, że stajnia z Brackley liczyła na to, że Hamilton wygra wyścig, jadąc na jeden pit stop. Czy taki pomysł miał szansę powodzenia, już się nie dowiemy. Bez względu jednak na to, co kryło się za taką a nie inną strategią, kolizja Carlosa Sainza i Lance’a Strolla sprawiła, że mistrzowie świata zaplątali się we własne nogi, pozwalając na podcięcie swoich kierowców nie tylko przez Vettela, ale prawdopodobnie również przez Maksa Verstappena. Szczęśliwie dla nich ten drugi odpadł, zanim zdążył skonsumować przytomną reakcję na zjazd Sebastiana.

Jego błąd
Taki rozwój sytuacji oznaczał dla Mercedesa podwójny pit stop. Drugiemu w kolejce Hamiltonowi nie wróżyło to niczego dobrego. Anglik postanowił trochę sobie pomóc, spowalniając Ricciardo na zjeździe do alei serwisowej, co nie przypadło do gustu sędziom. W rezultacie, poza stratą pozycji, Lewis zarobił jeszcze 5-sekundową karę, która dodatkowo skomplikowała jego sytuację. – Przepraszam, to był mój błąd – przyznał na mecie.

W tym miejscu o skrupułach nie było już mowy. Jeśli Hamilton miał ścigać Vettela, Bottas musiał mu pomóc. Tak się zresztą stało – i to dwukrotnie. Po ostatnim zjeździe Lewis dwoił się i troił, ale metę minął 6 sekund za Sebastianem. Jego szanse byłoby z pewnością większe gdyby nie kara, aczkolwiek jest jasne, że wtedy Vettel też pojechałby inaczej, więc tak czy siak prawdopodobnie i tak Hamilton musiałby się obejść smakiem.

Od bohatera…
Czy to nie ironia, że najlepszy jak do tej pory weekend Valtteriego w Mercedesie zakończył się grecką tragedią? No może niezupełnie, bo w końcu Fin zajął trzecie miejsce, ale po wyścigu wyglądał na kompletnie rozbitego tym, co zaszło.

A początek był taki obiecujący… Pierwsze w karierze pole position i prowadzenie po starcie. Słaby początek jakoś tłumaczą zbyt wysokie ciśnienia w oponach, sęk w tym, że potem wcale nie było znacznie lepiej. Podcięcie przez Vettela było jeszcze do przełknięcia, zdecydowanie bardziej dojmującym doświadczeniem było dla Fina to, że dwukrotnie musiał oddać dżentelmeńską przysługę swojemu koledze.

– Rozumiem powody, nie zmienia to jednak faktu, że jest to najgorsza rzecz, jaką może usłyszeć kierowca – podkreślał Valtteri z takim wyrazem twarzy, jakby przez głowę właśnie przelatywali mu Rubens, Felipe i kilku innych starszych kolegów. Co dalej? Jak chce się przetrwać w akwarium pełnym piranii, trzeba pokazać charakter.

Blisko, coraz bliżej
Co wiemy po trzech odsłonach mistrzostw świata? Wygląda na to, że w trybie kwalifikacyjnym palmę pierwszeństwa dzierży Mercedes. W wyścigach różnica wyraźnie się spłaszcza. Czy Ferrari faktycznie jest w niedzielę szybsze? Odpowiedź na to pytanie nie jest jednoznaczna, gdyż w każdym z trzech rozegranych do tej pory wyścigów pojawiały się elementy, które wpłynęły na przebieg rywalizacji, zakłócając nieco odczytanie faktycznego układu sił.

Możemy się chyba jednak pokusić o stwierdzenie, że najnowsza broń Vettela i Kimiego Räikkönena lepiej wykorzystuje potencjał ogumienia Pirelli – i to niezależnie od warunków panujących na torze. Pierwsze sygnały, że Włosi mogą mieć w tym względzie przewagę, pojawiały się już zresztą w trakcie przedsezonowych testów. Co ciekawe, stajnia Ferrari wypada także lepiej jeśli chodzi o stronę strategiczną (przynajmniej w przypadku Vettela), wykazując się większą odwagą i elastycznością. Na razie przynosi to naprawdę niezłe efekty.

Zimne opony
Czasami człowiek palnie coś głupiego i potem tak się to za nim ciągnie. Pamiętacie podświetlany slogan „RB13 – dla niektórych pechowy”? Po trzech pierwszych wyścigach brzmi on jak kiepski żart, bowiem głównymi ofiarami najmłodszego dziecka Adriana Neweya – jak na razie – są Ricciardo i Verstappen. Rozczarowanie jest najdelikatniejszym określeniem ilustrującym rozdźwięk pomiędzy oczekiwaniami ekipy Christiana Hornera a jej faktycznym miejscem w aktualnym układzie sił. Paleta problemów RB13 jest dosyć szeroka i obejmuje nie tylko zbyt mały docisk, kiepską przyczepność, czy niewystarczającą moc, ale także fatalny poziom niezawodności.

W Bahrajnie Red Bull znalazł się na ziemi niczyjej, choć po starcie wydawało się, że tym razem możliwa będzie walka o coś więcej. Ricciardo był wręcz przekonany, że w grę wchodzi nawet zwycięstwo. Jego nadzieje rychło okazały się jednak płonne, gdyż po restarcie RB13 nie chciał współpracować z miękkimi oponami. Przez chwilę Australijczyk był nawet trzeci, lecz na zimnych oponach musiał skapitulować przed Hamiltonem, Felipe Massą i Räikkönenem. W dalszej części wyścigu wprawdzie poradził sobie z Brazylijczykiem, ale piąte miejsce stanowiło absolutne maksimum.

Verstappen zaliczył zdecydowanie gorszy weekend – nie tylko pod względem sportowym. Po nieudanych kwalifikacjach pozwolił sobie na niewybredne komentarze pod adresem Massy, oskarżając go o zrujnowanie ostatniego szybkiego kółka w Q3. Riposta Brazylijczyka szybko sprowadziła Maksa na ziemie i skłoniła do przeprosin.

Początek wyścigu wyszedł Verstappenowi znakomicie. Na starcie 19-latek znowu pojechał popisowo, objeżdżając Ricciardo i Räikkönena, po czym zaczął niepokoić Hamiltona. – Jestem szybszy, ale nie dam rady go wyprzedzić – stwierdził Max, a widząc akcję Vettela, natychmiast poszedł w jego ślady, zakładając kolejny zestaw supermiękkich opon. Rysowały się przed nim perspektywy na podium (chyba jednak trzecia lokata). Niestety, jego nadzieje przekreśliła awaria hamulców.

Zaniedbania
Co się dzieje z Räikkönenem? No cóż, po pierwsze widać jak na dłoni, że nowa czerwona bogini nie leży mu tak dobrze jak Vettelowi. Nie od dziś wiadomo, że w przypadku „Icemana” kluczem do sukcesu jest stabilny, mocny przód, tymczasem Fin walczy z chroniczną podsterownością. Drugą sprawą jest, niestety, metryka. Przy całej sympatii dla Kimiego, najlepsze lata są już za nim.

Nie oznacza to jeszcze, że byłego mistrza świata nie stać na dobre wyniki. Przeciwnie, zespół musi mu jednak pomóc. Można oczywiście wieszać na nim psy, stawiając na przeciwległym biegunie szybkiego, agresywnego i skutecznego Vettela, pytanie tylko, czy to przyniesie pożądany skutek? I czy Ferrari naprawdę nie ma sobie nic do zarzucenia, trudno bowiem oprzeć się wrażeniu, że strategicznie Kimi jest nieco zaniedbany?

W Bahrajnie nie obiło się to może na jego wyniku tak drastycznie jak w Chinach, ale przeciągnięcie drugiego przejazdu z pewnością nie pomogło mu w walce o podium. Tak samo jak słabe kwalifikacje czy kiepski start w wykonaniu głównego zainteresowanego. Koniec końców warto pamiętać, że doświadczenie Räikkönena może okazać się bezcenne w walce z Mercedesem.

Róbta co chceta
Nie będę się pastwić nad McLarenem, bo nie sztuka kopać leżącego. Stoffel Vandoorne zakończył swój występ zanim rozpoczął się wyścig, po czym postanowił odreagować na bieżni. Fernando Alonso nie miał tyle szczęścia i niemal dotarł do mety, po drodze dzieląc się wstrząsającymi wrażeniami z jazdy.

Jeśli chodzi o rezultaty na torze, współpraca Fernando z McLarenem Hondą najlepsze ciągle ma przed sobą (miejmy nadzieję), za to księga ze złotymi myślami jest już tak imponująca, że w każdej chwili można ją składać do druku. W ostatnią niedzielę wzbogaciła się o zestaw składający się z „trzystu metrów”, „najmniejszej mocy w karierze” i „róbcie co chcecie”.

Wracając do planowanego startu Alonso w Indianapolis, odnoszę wrażenie, że dwukrotny mistrz świata zdecydowanie za nisko zawiesił poprzeczkę. McLaren zgodzi się bowiem teraz na wszystko, żeby tylko zatrzymać go w składzie. Coś mi mówi, że gdyby Fernando wpadł na pomysł lotu na Księżyc, też nie byłoby z tym większego problemu. Pewnie jednak obawia się, jak skończyłaby się wyprawa w kosmos pod patronatem McLarena i Hondy.

15 KOMENTARZE

  1. Bardzo trafna analiza pisana lekkim piórem. 😉 Mam nadzieję że Vettelowi i Ferrari uda się wykorzystać kolejne potyczki Mercedesa w drodze na szczyt. Dzięki temu mamy ciekawe show na torze.
    P.S.: Obawiam się że McLaren-Honda mógłby mieć problem przy wyjściu z atmosfery. 😉

  2. Po ostatnim zdaniu płaczę ze śmiechu. Genialna analiza, zgadzam się w 100% 🙂 (szczególnie cieszą opinie o Kimim i zaniedbaniu strategii, o czym się za mało mówi).

  3. W mojej opinii ta nadzwyczajna forma ferrari w wyścigach jest nieco na wyrost. Trzy dotychczas rozegrane wyścigi nie pozwalają tak w 100% ocenić tej formy, bo wiele razy wmieszały się w to wszystko różne okoliczności. W przypadku pierwszego pola startowego i prowadzenia po pierwszym zakręcie w wyścigu przez Lewisa bez żadnych safety carów, Mercedes bez problemu dowiezie każde zwycięstwo. P1 w sobotę przez Mercedesa jest w tej chwili niemal zawsze pewne, a pole startowe niekiedy ustawia to co dzieje się w niedziele. Ferrari zawsze musi się nastawić na atak w niedziele. Oczywiście takie są wyścigi, wiele rzeczy może się dziać i to jest fajne, ale do takiej rzetelnej oceny tempa obu zespołów, potrzebujemy czystego wyścigu przez przypadków, bez safety carów i popsutych pitów.

      • Tak samo jak Bottas w Bahrajnie jadąć MERCEDESEM wszedł pierwszy w pierwszy zakręt i zbudował taką przewagę że reszta wyglądała jakby miała ,,GP 2 engine”

        • Miał problem z ciśnieniami opon na tylnej osi a mimo to i tak się nieźle trzymał, ale poza tym ja mówiłem o Lewisie. Bottas jak Kimi, raczej nie ma sensu patrzec na ich tempo i ich wyniki przy ocenie mozliwości zespołu.

          • To ironia czy inny wyścig oglądałeś? W Aust wygrał V a nie H.
            Za to Ham jak zawsze miał problemy z wyprzedzaniem (Vest)

            Nie przesadzaj z tym „bez problemu” , bo gdyby nie SC w Chinach możliwe jest wielce że Ferrari miałoby 3 zwycięstwa już.

            Mercedes moze ma ustawienia na Q3 takie które w wyścigu spowodowałyby awarie silnika więc nie moga tak jeździć (może to kwestia lepszego „wykorzystania” paliwa od swojego dostawcy)

          • tak, w Australii ile było manewrów na cały wyścig? trzy? strasznie dużo, wszyscy nie mieli problemów z wyprzedzaniem tylko Lewis miał.

    • SF zwyczajnie lepiej odrobiło przed sezonem lekcję w temacie opony, którą to Mercedes zdaje się nieco zaniedbał, a te w tym sezonie są zupełnie inne.
      To właśnie, jak to mówią, zarządzanie oponami, robi tutaj różnicę na korzyść Ferrari.
      Z opon można nawet wycisnąć więcej niż z reszty pakietu auta.
      Kiedy Mercedes ma lekką przewagę w qualu i nie potrafi jej przełożyć na wyścig /powiedzmy czysty wyścig/, to świadczy to o tym, że nie potrafią optymalnie wykorzystać opon na dłuższych stintach.
      W wyższych temp. przegrzewają opony, szczególnie te najbardziej miękkie, z czym Ferrari zdaje się ni mieć większych problemów.
      Co by nie mówić, Ferrari należy się wielkie uznanie.

  4. Świetny artykuł. Lekki i zabawny, czyta się jednym tchem. Fragment o Alonso rozbawił mnie do łez 😉
    Podoba mi się analiza Vettela.
    Czekam na więcej.

Comments are closed.