Zwycięstwo na Circuit of The Americas zbliżyło Lewisa Hamiltona do czwartego tytułu mistrza świata, ale przedstawienie skradł mu Max Verstappen. 20-letni Holender dał w Teksasie znakomity spektakl, choć niesmak pozostawiła awantura po odebraniu mu trzeciej lokaty za wyprzedzenie Kimiego Räikkönena jazdą na skróty.

Zacznijmy jednak od ekipy Ferrari, która z myślą o Sebastianie Vettelu przywiozła do Stanów Zjednoczonych pakiet poprawek obejmujący podłogę przed tylnymi kołami, dyfuzor oraz skrzydła. Włosi liczyli, że pozwolą one powalczyć czterokrotnemu mistrzowi świata o zwycięstwo. Plany te zaczęły jednak pękać w szwach po decyzji o zmianie nadwozia. W związku z tym Niemiec spędził sobotnie przedpołudnie na dostrajaniu swojego samochodu. Nie udało się, niestety, optymalnie zbalansować Giny, co w związku z zamiarem przejechania wyścigu z jedną wizytą w alei serwisowej było absolutnie kluczowe. Jego los w niedzielę przypieczętowały kłopoty z nadmiernie zużywającą się lewą przednią oponą. O tym jednak za chwilę.

W sobotę Vettel wycisnął ze swojej Giny drugą lokatę, rozdzielając kierowców Mercedesa. Świetny start pozwolił mu nawet przejąć prowadzenie, ale Srebrna Strzała z #44 była tego dnia po prostu szybsza i na szóstej rundzie Hamilton przejął prowadzenie.

Dostająca coraz mocniej w kość lewa przednia opona przyspieszyła zjazd Sebastiana po świeże opony. Ten ruch zaostrzył sytuację w czołówce, bowiem po zjeździe lidera Vettel znalazł się tuż za nim. Anglik miał jednak wszystko pod kontrolą, poza tym nie przewidywał już wizyt w alei serwisowej i z łatwością sięgnął po czwartą z rzędu, piątą w Teksasie i szóstą w ogóle wygraną w Stanach Zjednoczonych, zbliżając się na wyciągnięcie ręki do swojego czwartego tytułu mistrza świata.

Cud, miód…
Vettel musiał się jeszcze napracować na drugą lokatę. Drugi pit stop piekielnie szybkiego Verstappena (dysponującego mocniejszą wersją silnika Renault) nie pozostawił Ferrari wyjścia – czterokrotny mistrz świata także został ściągnięty do alei serwisowej po komplet supermiękkich opon, po czym ruszył w pogoń za Bottasem i Räikkönenem.

Walka z kierowcą Mercedesa przyniosła jeden z piękniejszych manewrów wyprzedzania sezonu. W pierwszym zakręcie Sebastian wbił się między pilnującego wewnętrznej, a jadącego po zewnętrznej Stoffela Vandoorne’a. Cud, miód, orzeszki! Szkoda tylko, że ta błyskotliwa akcja niewiele mu pomogła w walce z Lewisem.

Koronacja tuż-tuż
W Meksyku do pełni szczęścia Hamiltonowi wystarczy piąta lokata – i to nawet jeśli Vettel wygra. W przypadku drugiej pozycji Niemca, Lewis może być dziewiąty, przy trzeciej nie musi nawet dotrzeć do mety. Biorąc pod uwagę zabójczą ostatnio skuteczność Anglika (wygrał pięć z sześciu powakacyjnych wyścigów i raz był drugi), chyba tylko kataklizm może mu przeszkodzić w koronacji. Co ciekawe, plany trzykrotnego mistrza świat wcale nie są minimalistyczne. – Chcę przypieczętować tytuł zwycięstwem – zadeklarował, jasno kreśląc swoje zamiary.

Popis Maksa
Walka za plecami bezkonkurencyjnego w Austin Hamiltona trwała do samego końca. Dosłownie. Jej animatorem był oczywiście Verstappen, który dał na COTA fantastyczny koncert, aczkolwiek bez happy endu. Po starcie z szesnastej pozycji (kary za wymianę silnika i MGU-H) jadący z odwróconą strategią 20-latek rozpalił amerykańską publiczność do czerwoności. Już na dziesiątym okrążeniu wrócił na swoją pozycję z czasówki (P6).

Na miękkich oponach (w środkowej części wyścigu) Max przejechał tylko 13 okrążeń, po czym zawitał po świeży komplet supermiękkiej mieszanki, na której zamierzał powalczyć o podium. Najpierw dopadł Valtteriego Bottasa, zrzucając do z czwartej pozycji, po czym złapał oszczędzającego paliwo Räikkönena. Do konfrontacji doszło na ostatnim okrążeniu. Za Zakrętem 15 Holender znalazł się tuż za tylnym skrzydłem Ferrari „Icemana”. Panowie popędzili w stronę składającego się z trzech zakrętów prawego łuku. Drugi z nich Verstappen ściął, zostawiając zszokowanego Räikkönena za sobą. Linię mety przeciął na trzeciej pozycji, ale na podium nie stanął, powiem sędziowie uznali – moim zdaniem słusznie – że w zakręcie numer 17 „zyskał trwałą przewagę” i nałożyli na niego 5-sekundową karę, relegując go tym samym na czwartą lokatę.

Déjà vu
Po wszystkim Max dał upust swojej wściekłości, wyrzucając z siebie, że „głupie decyzje jednego z sędziów zabijają sport”. Wytknął również komisarzom niekonsekwencję argumentując, iż w trakcie całego weekendu, ale i samego wyścigu wizyt poza torem było znacznie więcej i nie spotkały się one z ich dezaprobatą. Nie chcę wchodzić w rolę adwokata sędziów, ale być może taka decyzja była podyktowana tym, że Max zrobił to w najbardziej bezceremonialny sposób. W tym chyba tkwiła różnica. Pytanie, czy powinno to mieć jakiekolwiek znaczenie, czy z zasady za ścięcie zakrętu na kierowcę powinny spadać konsekwencje?

W mediach natychmiast zaroiło się od przykładów ilustrujących niekonsekwencję sędziów. Wyciągnięto nawet okrążenie dające Lewisowi pole position, w trakcie którego Anglik znalazł się w dziewiątce czterema kołami poza białą linią. Myślę, że Max mógł poczuć coś na kształt déjà vu, ponieważ przed rokiem w Meksyku spotkało go coś podobnego. Tym razem jego reakcja była jednak zdecydowanie mocniejsza (za co zdążył już zresztą przeprosić). Znacznie liczniejsze było też grono tych, którzy z oburzeniem przejęli decyzję sędziów, pozbawiającą 20-latka podium. Słusznie?

Jak dzieci
No cóż, Verstappen złamał przepisy, aczkolwiek trudno nie zgodzić się z zarzutami „niekonsekwencji i niejasnych zasad”. Swego rodzaju szarej strefy, która istnieje od lat. Pisałem o tym przy okazji zeszłorocznej hecy w Meksyku. Można o tym przeczytać tutaj. Nie ma sensu tego powtarzać, zwłaszcza, że nic w zasadzie się nie zmieniło. Szara strefa ma się dobrze. Dlatego od kolejnej przepychanki bardziej interesuje mnie to, co z tym fantem zrobią szefowie F1? Jakie wnioski zostaną wyciągnięte ze sprawy, która położyła się cieniem na jednym z najlepszych wyścigów sezonu?

Przyznam, że nie dziwię się kierowcom F1, którzy zachowują się trochę jak małe dzieci. W takim sensie, że podobnie jak one, co i rusz sprawdzają, do jakich granic mogą się posunąć. Zresztą dokładnie tak funkcjonuje cała F1. W każdym elemencie mamy zabawę w kotka i myszkę. Kto sprytniejszy, bardziej twórczy, lepiej czyta między wierszami, ten lepszy. To odróżnia sukces od porażki, aczkolwiek moim zdaniem manewr Maksa ma inny ciężar gatunkowy. Prawdę mówiąc, zapachniało mi to nie sprytem, lecz cwaniactwem. Tak samo, jak w sytuacji, gdy naciskany kierowca ścina zakręt, żeby obronić się przed atakującym go rywalem.

Ściana
Wracając od limitów toru, kiedyś problem z automatu rozwiązywały krawężniki (nie płaskie tarki, których najbardziej niebezpiecznym składnikiem jest farba), trawniki, żwir, bariery i murki. Obawiam się jednak, że to już nam nie grozi. Tak sądzę choćby po tym, co zobaczyłem na Hungaroringu. Pamiętacie przygodę Jolyona Palmera, który wracając z pobocza pomiędzy czwórką i piątką zgubił przednie skrzydło swojego R.S.17? Wiecie, co się później stało? Otóż specjalna ekipa zeszlifowała tarkę, uznaną za potencjalnie niebezpieczną…

Tym sposobem chyba dobiliśmy do ściany. Dalej są już tylko gigantyczne asfaltowe place z wymalowaną nitką toru. Bezpiecznie, a przy okazji tanio. Co dwa tygodnie nowy układ pętli. Żadnego Spa, po co komu Suzuka, Monako czy Montreal?

Dobrze, ale żarty na bok. W końcu w całej sprawie chodzi wyłącznie o to, żeby kierowcy mieli jasność, co mogą, a czego nie. Tylko tyle i aż tyle.

Rąbek od spódnicy
Na koniec kilka słów na temat Bottasa, który od wakacji w kiepskim stylu przegrywa ze swoim angielskim kolegą. Na COTA cud się nie wydarzył – piąta pozycja i 35-sekundowa strata do Hamiltona mówią wszystko o występie Fina. Podobnie jak jego kwaśna mina na mecie, delikatnie osłodzona zdobyciem przez Mercedesa czwartego z rzędu tytułu mistrza świata konstruktorów, w czym Valtteri niewątpliwie miał swój udział.

Kłopoty z płynnym hamowaniem i związany z tym brak pewności siebie, uszkodzona w trakcie walki z Danielem Ricciardo podłoga, rąbek od spódnicy… A nie, to ostatnie nie przeszkadzało Bottasowi w Austin. Po starcie Fin przetrwał jakoś australijską nawałnicę. Räikkönena nie zdołał już jednak zatrzymać. Podobnie jak szarżujących w końcówce wyścigu na świeższych oponach Vettela i Verstappena. Kolejny rozczarowujący weekend, stawiający Valtteriego w niezbyt komfortowej sytuacji.

2 KOMENTARZE

  1. „Pamiętacie przygodę Jolyona Palmera, który wracając z pobocza pomiędzy czwórką i piątką zgubił przednie skrzydło swojego R.S.17? Wiecie, co się później stało? Otóż specjalna ekipa zeszlifowała tarkę, uznaną za potencjalnie niebezpieczną…” – tego nie wiedziałem. Porażka. W kółko o tym bezpieczeństwie, ktoś w komentarzach dobrze napisał, ograniczyć elektronicznie prędkość maksymalną bolidów dla bezpieczeństwa. Masakra. Tak jak Grosjean w USA, gadał coś przez radio, że to on ryzykuje życie gdy rozmawiał w inżynierem o stanie jego opon. Porażka. Skoro tak się boi, to nie musi startować. Niech zrobi miejsce dla Antonio Giovinazziego czy Charlesa Leclreca.

Comments are closed.