Wszystkie jego rekordy pewnie zostaną kiedyś pobite. Nie był najszybszym kierowcą w historii Formuły 1 – nawet wśród sobie współczesnych zawodników miał rywali, którzy przewyższali go tak zwaną czystą prędkością. Ma legiony wiernych fanów, ale też mnóstwo nieprzejednanych wrogów, którzy widzieli przede wszystkim mroczną naturę jego wyścigowej osobowości. Nikt jednak nie ośmieli się zaprzeczyć, że Michael Schumacher na zawsze zmienił oblicze Formuły 1 – a ściślej rzecz biorąc stworzył nowy wzorzec kierowcy. Sądzę, że nawet ci, którzy nienawidzili go do szpiku kości, chcieliby choć w części być tacy jak on i odnieść chociaż ułamek jego sukcesów. Chyba każdy sportowiec – nie tylko kierowca wyścigowy – mógłby brać przykład z człowieka, który praktycznie znikąd dotarł na sam szczyt. Głównie dzięki ciężkiej pracy i silnej woli.

Wspomniałem już, że nie sama szybkość była atutem Schumachera. Oczywiście pod tym względem nie był ani średnim, ani dobrym, ani bardzo dobrym kierowcą – należał do grona wybitnych, ale to szereg innych cech stał za niesamowitą passą sukcesów, imponującą kolekcją zwycięstw i mistrzowskich tytułów.

Najważniejsza z nich to chyba pewność siebie i wiara we własne umiejętności. W czołówce musi być też – wcale nieskrywana – świadomość, jak ciężko Michael musi pracować nad sobą, by odnosić sukcesy. Także umiejętność budowania wokół siebie grupy oddanych, gotowych do równie ciężkiej roboty ludzi. Pozornie proste gesty, nic nie kosztująca ludzka troska o mechaników i ich najbliższych, wspólne spędzanie wolnych chwil – niemalże rodzinna atmosfera i piekielnie silne więzi w kręgu osób pracujących nad samochodem były straszliwie mocną bronią. Wiedział też, jak ważne jest przygotowanie fizyczne. Gdy rywale słaniali się na nogach po całym dniu testów, on na dobranoc szalał w swojej przenośnej siłowni.

Ten sam człowiek, który mechaników traktował jak członków rodziny, a bez zbędnego szumu i poszukiwania poklasku wspierał grubymi sumami ofiary klęsk żywiołowych, na torze potrafił zmienić się w bezlitosną bestię. W pogoni za sukcesami czerwona mgła przesłaniała mu oczy i zdawało się, że w gorących momentach gry o wielką stawkę Michael nie cofnie się przed niczym. Sytuacje, w których zdarzyło się mu przesadzić, wszyscy doskonale pamiętamy – i do dziś kładą się one cieniem na jego dziedzictwie. Podobnie jak kontrowersyjny sezon 1994, o którym jeszcze nikt nie powiedział – i być może nigdy nie opowie – całej prawdy.

W swojej karierze osiągnął właściwie wszystko. Nigdy mu nie kibicowałem, ale nie sposób nie doceniać jego osiągnięć i nie podziwiać wszystkich dokonań. Z tym, co zdarzyło się pięć lat temu, wciąż trudno się pogodzić. Można bić rekordy, wypracować sobie status absolutnego mistrza w swoim fachu, zarobić miliony i mieć sportowy świat u stóp, ale z losem nikt nie wygra. Mam nadzieję, że wygrzebie się z tego.

8 KOMENTARZE

  1. Zrobił z F1 to, co Sebastian Loeb z WRC. Seryjnie wygrywając odebrał swojej dyscyplinie dramaturgię. Było oczywiste kto wygra, walka była o pozostałe miejsca. Schumi oprócz własnych cech miał jeszcze szczęście trafiać na osoby, które potrafiły go pchnąć do zwycięstw. Briatore czy Todt to naprawdę instytucje. Fakt, Flavio na drugie imię ma pewnie Skandal. Od filtrów paliwa w Benettonie, po planowe rozbijanie aut. Dobrali się z Michaelem, jeden wiedział gdzie przekraczać granice, drugi miał dość odwagi, żeby to zrobić. A że po rozstaniu tak mu zostało i takimi regułami kierował się przez resztę kariery… Historia pokazuje, że zadziałało. Z niecierpliwością czekam aż na starcie GP F1 znów stanie Schumacher, a to może nastąpić za sezon lub dwa. Ciekawość mnie zżera, jakim to gagatkiem będzie synuś w królowej motorsportów 😉

  2. Kilka groszy wtrętu:
    1. Gdzie reszta artykułu? I osoba piszącego i podmiot artykułu nastawiły mnie na dłuższe czytanie. Mikołaj, wiem, ze święta, że wolne, ale oczekiwałem dużo dłuższego wspomnienia Czerwonego Barona. Wybrane przez Ciebie epizody z kariery – najlepsze wyścigi, najbardziej zapamiętane momenty – gdzie to jest? Może całość mi się nie wczytała?
    2. Drażni mnie to jak wielu kierowców w nieuzasadniony sposób próbuje wmówić światu to co i Ty napisałeś o Schumim: „człowieka, który praktycznie znikąd dotarł na sam szczyt”. Serio?, serio znikąd? Tę samą tezę o sobie postawił Webber w książce o sobie – że niby z dalekiej Australii do F1 jest taaaaaak daleko. Niby ciężką drogę miał nawet Hamilton, bo, wiadomo, czarny jest. Żałosne mięczaki! Zarówno Hamilton holowany przez MacLarena od kołyski, jak i Webber czy Schumacher, pochodzący z krajów, gdzie jest i historia, i infrastruktura i kultura wyścigów samochodowych na poziomie F1. Nie znam dokładnej biografii Michaela, ale żyjąc w miejscu i czasie, w którym żył miał wiele sposobów i wiele dróg do Formuły 1. O tym, że ciężko, cholernie ciężko było dojść do startów w F1 może powiedzieć o sobie Kubica, bez możnych sponsorów, bez bogatej rodziny, z kraju, w którym motorsport to nie sport a wyścigi samochodowe to jakaś mrzonka. O podobnych trudnościach mógłby powiedzieć Mongoł, Rumun albo Zambijczyk, o ile jakiś by tu dotarł.
    3. Też nie jestem wielkim fanem Schumachera, ale bardzo go doceniam. Myślę, że wielkich w swoich dziedzinach docenia się zazwyczaj za późno, czego jednak o nim nie można powiedzieć. Miał wielkie zastępy wielkich kibiców, nie tylko spod znaku wierzgającego rumaka, miał i nadal ma.

    • Myślę, że bardziej chodziło o to, że ani Schumacher, ani Hamilton nie wchodzili do F1 z walizkami dolarów, jak np. Stroll. Oczywiście, łatwiej o sponsora i wsparcie w UK czy Niemczech, ale tatuś mu nie kupił fotela. Musiał go wywalczyć postawą w seriach juniorskich. Dokładnie jak RK, tylko punkt wyjścia był nieco inny. Pytanie tylko, czy karierę Roberta można jakoś łączyć z Polską.

    • Skoro Autor „nigdy mu nie kibicował” – po cóż miałby trwonić na jego temat więcej czasu niż to potrzebne dla uhonorowania tej, jak sam przyznał, wybitnej postaci?

    • Wychodzę z założenia, że mając tylko chwilę czasu, lepiej napisać kilka zdań niż nic.

      Michael doszedł do F1 relatywnie znikąd. Ojciec był murarzem. Mama, żeby dorobić do finansowania startów w kartingu, pracowała w stołówce na torze kartingowym. Nie mieli pieniędzy na nowy sprzęt, tak jak rodzice Alonso. Wówczas w Niemczech można było wyrobić licencję kartingową dopiero w wieku 14 lat, więc od 12. roku życia ścigał się z licencją luksemburską. Nie był synem byłego mistrza świata czy chociażby „zwykłego” kierowcy wyścigowego, nie miał rodzinnych kontaktów w tym świecie ani nawet zamożnych rodziców.

  3. tutaj pełna zgoda P. Mikołaju. Tez nie kibicowałem Mu , ale za dojście do F1 znikąd i wyniki (choć nie wszystkie – te bez „polityki”) – pełen szacunek oraz szczere współczucie z powodu tego co Go spotkało.

  4. PANIE REDAKTORZE SOKÓŁ ! DO WYPISYWANIA I GADANIA -TO „WY” JESTEŚCIE STWORZENI !NATOMIAST CO DO NIEMATERIALNEGO OBIEKTYWIZMU -DALECY JESTEŚCIE JAK KONIEC STAWKI W GP F1 !!!

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here