Jednym z popularnych tematów, które regularnie powracają w padokowych rozmowach, jest kształt kalendarza mistrzostw świata. Formuła 1 odwiedza niemal wszystkie zakątki świata – spośród zamieszkanych kontynentów nie bywamy tylko w Afryce, mimo że kiedyś ścigano się w Maroku (jeden raz) i Republice Południowej Afryki (aż 23 razy, po raz ostatni w sezonie 1993). O zaszczytne miano gospodarzy Grand Prix rywalizują zarówno legendarne tory i kraje, jak i miejsca, które dzięki obecności w tym prestiżowym cyklu chcą, mówiąc brutalnie, wypromować się na międzynarodowej arenie. Przywilejem goszczenia najszybszych kierowców i samochodów mogą jak dotąd pochwalić się zaledwie 32 kraje, w przyszłym roku do tego grona dołączy Wietnam.

Osobną kwestią jest liczba rund, w których przychodzi rywalizować uczestnikom mistrzostw. Wychowywałem się na kalendarzu liczącym szesnaście wyścigów i pamiętam, jak trudno było przyzwyczaić się do stopniowego wydłużania mistrzostw. Z jednej strony chcielibyśmy jak najczęściej oglądać naszych bohaterów w akcji, lecz z drugiej nie można popadać w przesadę. Stosowny balans pomiędzy zaspokojeniem żądzy kibicowania i zwykłym przesytem kształtuje się chyba w okolicach 20 wyścigów. Tę liczbę rzucam z perspektywy kibica, ale też osoby, która zdaje sobie sprawę z trudów związanych ze zbyt napompowanym kalendarzem.

Samo ułożenie kalendarza nie jest zadaniem łatwym. Mamy do czynienia z trudnym balansem od strony finansowej – niektórzy chętni są gotowi wyłożyć na stół absurdalne sumy, które dla organizatorów mistrzostw są kwotami nie do pogardzenia. Nie zapominajmy, że część tych pieniędzy trafia do zespołów, co pomaga złagodzić ich opór przed wydłużaniem mistrzostw albo koniecznością podróżowania w egzotyczne dla motorsportu miejsca. Do tego dochodzą kwestie logistyczne, jak łączenie wyścigów w pary – wiadomo, że lepiej udać się na drugi koniec świata, żeby za jednym zamachem zaliczyć tam dwa lub więcej wyścigów. Jednak z drugiej strony nasycenie danego regionu kilkoma rundami w krótkich odstępach czasu powoduje spadek zainteresowania i „wyniszczenie” któregoś gospodarza – co potwierdza przypadek Singapuru i Malezji. Z drugiej strony USA i Meksyk potrafią istnieć obok siebie w kalendarzu, a dodatkowo opłaty wnoszone przez promotora tego drugiego wyścigu pozwalają zredukować koszty następującej chwilę później wyprawy do Brazylii – która z kolei płaci nader skromnie za swoją rundę.

Jak zatem mógłby wyglądać kalendarz marzeń, w którym połączymy tradycję z tym, co w nowoczesności jest najlepsze? Musimy zacząć od Australii, bo taki start sezonu stał się już tradycją. W drodze powrotnej można zahaczyć o Singapur – „młody” wyścig, ale z ogromną klasą. Zanim pogoda w Europie ociepli się na tyle, by można było ścigać się na tamtejszych obiektach, proponuję – wzorem przełomu lat 80. i 90. – wyprawę do Ameryki. Brazylia i Meksyk pasują tu jak ulał.

Europejska część sezonu mogłaby zacząć się od kolejnego klasyku, w Monako. Wyprawa do Wielkiej Brytanii późną wiosną byłaby ryzykowna – co zresztą potwierdza historia – więc może udajmy się do Austrii? Jeszcze warto zahaczyć o Holandię, a skoro robi się już coraz cieplej, to wzorem aktualnego kalendarza można wpaść na Silverstone. Kolejne europejskie klasyki to Niemcy, Węgry, Belgia i oczywiście Włochy, ale na pożegnanie ze Starym Kontynentem dorzuciłbym powrót wyścigu w Portugalii.

Jesień zaczynamy od wypadu do Ameryki Północnej. Tam obowiązkiem jest Kanada, a ponieważ Stany Zjednoczone są dość duże, to nie widzę powodu, dla którego nie miałyby się tam odbyć dwa wyścigi. Austin i Las Vegas? A może coś na wschodnim wybrzeżu?

Teraz czas na bodaj najbardziej kontrowersyjny transfer z kalendarza rzeczywistego do fantazyjnego: Azerbejdżan. Tor w Baku ma swój urok, poza tym przy braku kilku innych sowicie płacących gospodarzy (nie widzę miejsca dla Rosji, Chin czy Abu Zabi) warto też pomyśleć o finansach. Kolejnym powrotem do mistrzostw niech będzie Południowa Afryka, a na deser wybierzmy się do ciepłego Bahrajnu. Pozostaje jeszcze runda numer 20 – jeśli pamiętacie fantastyczne rozstrzygnięcia walk o mistrzowskie tytuły na Suzuce, to kandydat może być tylko jeden.

Poza wspomnianymi już kilkoma wyścigami, zabrakło też miejsca dla Francji czy Hiszpanii. Cóż, jakoś nie widzę odpowiednich miejsc do rozgrywania tam zawodów. Tor pod Barceloną przejadł się chyba wszystkim, a Paul Ricard w obecnej wersji raczej odstrasza niż zachęca. Jasne, Zandvoort czy Estoril też nie przyniosłyby festiwalu wyprzedzania, ale są przynajmniej miłą odmianą. Szkoda, że ze względów finansowych nie da się zorganizować częstszej rotacji niektórych rund – jak jeszcze dekadę temu pomiędzy Nürburgringiem i Hockenheim.

Artykuł ukazał się w polskiej edycji miesięcznika „F1 Racing”.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here